viernes, 24 de abril de 2009

Quilotoa

Dwa tygodnie temu mielismy wolny weekend, ktory postanowilismy wykorzystac na pewna mala podroz - by zwiedzic Laguna Verde (Zielona Laguna) w kraterze wulkanu Quilotoa.

Quilotoa nie jest daleko od Guano, mysle ze ok 150-200 km. Mimo tego, przez uksztaltowanie terenu jedzie sie okolo 5 godzin. I szczerze powiedziawszy, jak jechalismy rozpadajacym sie autobusem (co skret wydawal przerazajace dzwieki) kolo mniejszych i wiekszych przepasci, waziutka droga z zakretami co 100 metrow i samochodami jezdzacymi w dwie strony, naprawde uwazalem ze jedziemy duzo, ale to duzo za szybko. Pomimo strachu jaki mozna odczuwac jadac ta droga (i rowniez sennosci, spowodowanej wysokoscia, nawet w takim autobusie latwo zasnac), trudno nie zwrocic uwagi na niesamowite piekno krajobrazow. Autobus wjezdza na wysokosc okolo 3900 metrow, mniej wiecej tyle ma Quilotoa w najwyzszym punkcie (3,914 m). Jest to park krajobrazowy, wiec na samej gorze trzeba zaplacic - 1 dolar dla ekwadorczykow i 2 dolary dla obcokajowcow (dualizm cen, ktory jest powszechny w Ameryce Lacinskiej osobiscie uwazam za cos bardzo ponizajacego, mniej wiecej daje odczuc jak sie tutaj traktuje "gringos"... Tym razem udalo mi sie wjechac jako ekwadorczyk, hehe :) I jestem w trakcie wyrabiania papierow imigracyjnych, wiec niedlugo z tutejszym dowodem osobistym jako imigranta problem nie bedzie mnie dotyczyl).
Z gory rozciaga sie niesamowity widok na krater, do ktorego pozniej zeszlismy - podobno jakies 400 metrow w dol, jezioro na dnie ma glebokosc 250m. Zejscie nie bardzo trudne, gorzej pod gorke :)
Mielismy duzo szczescia, bo Quilotoa to miejsce bardzo turystyczne, a jako ze odwiedzilismy je w Wielka Sobote i Wielka Niedziele, moglismy cieszyc sie niesamowita cisza i spokojem, jakie tam panuja. Wzielismy ze soba namioty, ale poniewaz bylo bardzo zimno i prawie caly czas popadywalo (a namioty byly beznadziejne :), moj byl jak te najbardziej prymitywne wojskowe, z palatek), skorzystalismy z hostelu* (jedyna "budowla" na dnie krateru) ktory jest nad jeziorem, gdzie zaplacilismy 10 dolarow za lozko (co prawdopodobnie bylo pomylka, powinno raczej byc za osobe), czyli wyszlo 5 dolarow za osobe, w tym sniadanie i kolacja. W tej sytuacji pozostanie w namiotach byloby co najmniej dziwne, jesli nie szalone.... Rano razem z François wsiedlismy na kajak i jakies poltorej godziny plywalismy po jeziorze, wiekszosc czasu w ciszy podziwiajac widoki i zapachy wody i powietrza. I pelne babelkow gorace zrodla przy brzegach - dziwne wrazenie, plywac kajakiem po jeziorze na dnie wulkanu na wysokosci jakichs 3500 - 3700 metrow (nie wiem dokladnie) i ogladac wode, ktora przez bable sprawia wrazenie, jakby sie gotowala... Zrodelka jednak niewielke, a woda, zmieszana z woda jeziora, choc ciepla, nie parzyla.
Co ciekawe, woda jest slona - mozna uslyszec mnostwo historii o tym, ze to przez polaczenie z oceanem (obecne czy w przeszlosci), a takze ze ciala ludzi, ktorzy zagineli tutaj znajdowano w Pacyfiku. Osobisicie jakos mi sie w to nie chce wierzyc :) Zasolenie jest spowodowane prawdopodobnie przez obecnosc minieralow pochodzenia wulkanicznego.
A po kajakach wspinaczka. Po przemysleniach zdecydowalismy sie nie korzystac ani z koni ani mulow, z ktorymi ludzie schodza i wracaja na gore przez caly dzien, kazdy jakies siedem razy dziennie, i razem z plecakami jakos udalo nam sie dotrzec na szczyt o wlasnych silach. Stamtad, po kolejnych pieciu godzinach, znow bylismy w Guano.

Quilotoa sporo zmienila w naszych zyciach w Ekwadorze. Powiedzialbym ze zaskajujaco duzo. Na razie nie bede pisal wiecej, bo zbyt wczesnie na oceny zmian, mam nadzieje ze wszystko co na lepsze pozostanie i za jakis czas o tym napisze :) Zdjecia sa w galerii. Tez w necie i troche informacji na Wikipedii. Quilotoa bardzo fajnie wyglada tez na Google Earth.

21 kwietnia to dzien wyzwolenia Riobamba - wiec tydzien temu rozpoczely sie fiesty. Bylismy zobaczyc przemarsz, szczerze powiedziawszy po fiestach w Guano nic specjalnego, w Guano byly lepsze. Pare zdjec mozna znalezc w galerii.

Wczoraj skonczyla sie kampania wyborcza. Dzisiaj pierwszy dzien ciszy w Guano. Spalem po poludniu przy otwartym oknie, niesamowite :) Pierwszy z 2 dni ktore tutaj sie nazywa "Dniami refleksji" :D No tak, w koncu kampania byla ich pozbawiona, wiec teraz sa dwa dni zeby sie zastanowic i w niedziele isc zaglosowac. W Ekwadorze glosowanie jest obligatoryjne dla 18 -65 lat, od 16 do 18 i po 65 jest fakultatywne. Rowniez fakultatywne jest dla policjantow i wojskowych (ci ostatni wczesniej nie mogli glosowac). W niedziele razem z François idziemy razem z aparatem obserwowac, jak to wszystko wyglada tutaj.

No coz, na razie tyle.

*no dobra, Hostel to nie jest slowo na kilka pomieszczen krytych strzecha z lozkami z jedna dziura w ziemi sluzaca jako toaleta wspolna dla wszystkich, bez wody i elektrycznosci i prowadzonych przez dzieci - jest to wlasnosc spolecznosci mieszkajacej na szczycie krateru, i kazdy musi tam pracowac. Zmieniaja sie co tydzien, za ktory dostaja 15 dolarow (!! ........). Jakos sie nie dziwie, ze posylaja tam dzieci, by pracowaly i przypuszczam ze tak jest przez wiekszosc czasu....

domingo, 5 de abril de 2009

¡¡¡Viva mi Pilsener, viva mi Ecuador!!!

Takie zawolanie uslyszalem na stadionie, czekajac na mecz Ekwador - Brazylia. Autorem byl komentator meczu, a Pilsener, najlepsze piwo dostepne w Ekwadorze (nie ma nic wspolnego z tym, ktore mamy w Polsce, oprocz marki, tu jest naprawde dobre a w Polsce nie da sie tego pic), glownym sponsorem meczu, z potezna kampania reklamowa. Mecz znakomity, nie wiem czy emitowany w polskiej telewizji. Ekwador ma swietna ekipe i gral duzo lepiej niz Brazylia, chociaz mecz skonczyl sie 1:1, niestety. W rezultacie 2 meczy, tego i Brazylia - Paragwaj (pierwszego w eliminacjach do mistrzostw w Ameryce Poludniowej), ktory tez zakonczyl sie 1:1 - Paragwaj zapunktowal w ostatniej minucie, po golu pozostalo 10 sekund meczu) szanse Ekwadoru na gre w Republice Poludniowej Afryki stanely pod znakiem zapytania. Ale mecz byl wspanialy i fajnie bylo zobaczyc tych wszystkich slawnych Brazylijczykow na zywo, Ronaldinio (ktorego byl to chyba najslabszy mecz w karierze, w prasie brazylijskiej opisano, ze zachowal sie jak turysta :) ), Julio Cesar czy Batista.

Mecz byl w Quito, mialem W KONCU okazje troszke pozwiedzac to miasto. To miasto jest tak inne od reszty Ekwadoru, jak Dublin od reszty Irlandii (wybaczcie porownanie, ale nic innego nie przychodzi mi do glowy ;) ), tyle ze - dla odmiany - roznica jest na plus. Kultura jazdy o wiele bardziej... cywilizowana (nie trzeba uciekac przed samochodami na pasach), taksowki w ciagu dnia maja taksometry (ale i tak sa strasznie drogie....), miasto nie idzie spac o 10 - ma bogate zycie nocne, o wiele ciekawsze niz w Riobamba jak latwo mozna sie domyslic.... Oczywiscie mnostwo turystow. Stare miasto atmosfera przypomina nieco Krakow (co ciekawe, starowka razem z Krakowem znalazlo sie na pierwszej liscie UNESCO w 1978 roku), sliczne male kawiarenki, waskie uliczki.... Zabudowa kolonialna. Jako ze znajduje sie w gorach, widok w nocy jest niesamowity - wszedzie dookola mozna zobaczyc rozswietlone wzgorza, migajace w ciemnosciach. Quito jest piekne i doprawdy wyjatkowe, jedne z najpiekniejszych miast jakie widzialem w zyciu (razem z Tallinnem, Paryzem i Krakowem:P). Swoisty klimat ameryki lacinskiej przybiera w nim piekne i zarazem tragiczne ksztalty, mieszanka piekna, biedy, zabawy i walki o kazdy grosz (hm, cent), nie pozwala przestac myslec ani na chwile. Pogoda za to jest.... koszmarna. Jak to w gorach, zmienia sie jak w kalejdoskopie - albo upal nie do wytrzymania, albo leje jak z cebra, a w nocy zimno. Na stadionie, bez nawet odrobinki cienia, oblewalismy sie olejkiem do opalania (w Europie najsilniejsze olejki maja filtr ok 30, tutaj przewaznie maja 60-100, krem do makijazu potrafi miec 30), i nie dalo sie wytrzymac. Po paru godzinach zaczelo walic zabami, po chwili znowu upal, zaraz potem sie zachmurzylo, i znowu upal. Podsumowujac, czuje, ze odwiedze Quito jeszcze nie jeden raz (z olejkiem 100), w koncu zostalo jeszcze sporo do zobaczenia....

Przy okazji wybralismy sie na Mitad del Mundo - rownik. Zarowno ten hm, tradycyjny, jak i ten prawdziwy (jakies 100? metrow roznicy miedzy nimi, prawdziwy wyznaczony przez gps do 5 metrow, bardziej dokladnie przez przyrode, eksperymenty itd, poza tym juz dawno wyznaczony za pomoca obserwacji m.in. roslinnosci przez Indian - na reklamach widnieje ze przez GPS by przyciagnac turystow). Na prawdziwym rowniku robilismy eksperymenty - stawianie jajka na glowce gwozdzia, kierunek splywania wody (na polkuli poludniowej zgodnie z ruchem wskazowek zegara, polnocnej przeciwny, a na rowniku - woda sie nie kreci i rownomiernie z kazdej strony spada w dol), eksperymenty z sila (na srodku swiata obiekty waza mniej, ludzie mniej wiecej 2 kilo, oczywiscie zalezy od wagi, i o wiele latwiej rozstrzepic czyjes zlaczone palce czy obnizyc wyciagniete do gory rece) a takze z rownowaga (na rowniku mozna zlapac swoista rownowage miedzy biegunami, ale trzeba byc linoskoczkiem - grawitacja bardzo latwo sciaga w jedna i druga strone, jak tylko odrobinke sie przechylisz). Odwiedzilismy tez muzeum owadow (dla mnie osobiscie badzo ciekawe bo sie nimi interesuje - nowa informacja, nie wiedzialem, ze 25% gatunkow znanych zwierzat to cykady).

Niedaleko rownika odwiedzilismy tez krater wulkanu Pululahua, ktory przed wybuchem ponad dwa tysiace lat temu mial przynajmniej 6700 metrow wysokosci, jednak podczas erupcji stozek zostal calkowicie zniszczony i pozostaly tylko niewysokie (hm, 3000 metrow nad poziomem morza ? :) gorki dookola. Wybuch musial byc straszliwy. Obecnie na dnie krateru zyja ludzie.

Kilka slow o kampanii wyborczej. No wiec nie wiele sie zmienilo, poza tym ze usuneli mi radnego z okna i zamontowali na dachu (gdzie bardzo szybko sie zniszczyl i wyglada tak, jakby zaraz mial spasc, na co liczymy, jesli tylko nikogo przy tym nie zabije i nie uszkodzi), programow dluugo nie bylo, teraz zdaje sie ze juz sa (jakos od piatku, od debaty wyborczej), ale jeszcze ich nie widzialem. Muzyka dalej nie przestaje grac. Wywieslismy na naszym tarasie wieli plakat, nad ktorym pracowalismy pol dnia, ktory glosi WIECEJ PROGRAMOW MNIEJ MUZYKI WYBORCZEJ JUZ DOSC !!!! :) Bedzie na zdjeciach. Co ciekawe, 10 kwietnia wchodzi w zycie nowe prawo wyborcze (robota prezydenta republiki, ktory mogl je podpisac wczesniej, ale czekal do ostatniego dnia), o ktorym wiekszosc ludzi (i kandydatow) nie ma zielonego pojecia. No coz, Estamos en Ecuador. Co do debaty, nie byla najgorsza, ale.... Organizatorzy, Prensa, tutejsza gazeta, zapomnieli wspomniec ze nie powinno byc promocji kandydatow na sali albo zorganizowac ja w sprawiedliwy sposob. W rezultacie dwa komitety wytapetowaly sale swoimi plakatami - jedna jedna, a druga druga strone, pozostala czworka pozostala bez miejsca na reklame (swoja droga nie wiem czy w ogole o tym pomysleli). Nie bylo rowniez podzialu tematycznego (szkoda, chcialbym uslyszec wypowiedzi wszystkich kandydatow na kilka waznych tematow, a nie tylko zarys planu dzialania), a dla jednego kandydata ktory sie spoznil nie zostawiono wolnego miejsca i siedzial z boku, razem z reporterami. Poza tym, nienajgorzej.

I kilka slow o wodzie. W Europie traktujemy ja jako cos normalnego, danego, z czym raczej nie ma zadnych problemow. W Ekwadorze jest inaczej, chociaz na tle Ameryki Lacinskiej ma szczescie posiadania duzych ilosci wody. Pomimo tego, ok 30% kraju ma problemy z dostepem do wody - centrum i poludnie. W Guano nie ma jeszcze tak zwanej "wody pitnej", jest "woda do spozycia ludzkiego". Oznacza to mniej wiecej tyle, ze w wodzie moga byc grozne bakterie i fekalia (sic!), i trzeba ja zawsze gotowac bo spozycie z kranu moze oznaczac wizyte w szpitalu. Ponadto, tej wody czesto brakuje, i potrafi jej nie byc przez dobrych kilka dni, wowczas ludzie biegaja z wiadrami w strone miejsca, gdzie robi sie pranie i, obawiam sie, rzeki. Oczywiscie brak wody oznacza stosy brudnych naczyn w domu i brak kapieli przez kilka dni. W Riobamba jest podobnie, mam wrazenie ze nawet gorzej. Woda pitna, zamontowanie porzadnej sieci rurociagow i filtrow to wazny element kampanii wyborczej w Guano.

Innym waznym dla ludzi problemem jest zabezpieczenie Cantónu przed wybuchem wulkanu Tungurahua, na co niestety podczas debaty zaden z kandydatow nie mial dobrego pomyslu.