lunes, 29 de junio de 2009

Sytuacja w Guano i nie tylko – praca i polityka

Maly update, bo dawno nic nie pisalem na ten temat. Jako ze nasza praca i sytuacja w ogole jest bardzo gleboko uwiklana w tutejsza polityke, nie sposob pisac o jednym bez drugiego. My jako my jestesmy neutralni, nie popieralismy zadnego kandydata ani zadne tym podobne, jednak nasz koordynador od dawna popieral urzedujacego burmistrza i nalezy do tej samej partii, Pachakutik. Poniewaz my pracujemy z nim, a to normalnie oznacza uwiklanie pracownikow w kampanie (przyklad – zona burmistrza, kierujaca Patronato – instytucja publiczna podlegla urzedowi gminy – i „niezalezna” Fundacja FODINIFAR , zaangazowala w kampanie wszystkich swoich pracownikow), wiec niestety nasza prawdziwa neutralnosc nie oznacza nic wobec opinii ludzi. Jestesmy widziani jako ludzie burmistrza, Oswaldo Estrada. Jako ze Oswaldo jest skorumpowanym, cynicznym... urzednikiem, nie koniecznie zalezalo mi na tym, aby wygral wybory, zwlaszcza ze nie zdawalem sobie do konca sprawy z naszej sytuacji. Ostatecznie wyglada na to, ze stare powiedzenie „lepszy znany diabel niz nieznany nieznajomy” (czy jakos tak) w tym wypadku wydaje sie sprawdzac. W Guano polityka, zaangazowanie polityczne i preferencje partyjne wplywaja w bardzo duzym stopniu na zycie obywateli i niestety wplyw ten w dniu wyborow sie nie konczy (cos jak klotnie naszych politykow, niestety przeniesiony gleboko na poziom lokalny... mysle ze musze kiedy przeanalizowac lepiej sytuacje w Krakowie, przeciez tam konflikty rowniez oddzialywuja gleboko, jednak nie jestem pewien na ile przegrana i wygrana w wyborach, wytworzona w kampanii niechec wyklucza przegrane grupy z jakiegokolwiek wplywu na decyzje), lojalnosc znaczy o wiele wiecej niz kwalifikacje (w wiekszosci partii w Polsce tez, jesli nie we wszystkich, tez musze kiedys pod tym wzgledem dokladniej przyjrzec sie naprzyklad PO, bo narazie mam tylko wrazenia). No wiec Oswaldo Estrada wybory przegral, wygral Edgar Alarcón z Izquierda Democrática. Oznacza to, jak sie przypuszcza, ze nasze pomysly, projekty moga pozegnac sie z jakakolwiek nadzieja na finansowanie. Nie to, zeby Oswaldo cos sfinansowal.... duzo naobiecywal, i nic z tego nie spelnil, czego oczywiscie mozna sie bylo spodziewac. Przegrana w wyborach pozostawila go w strasznych dlugach, wyglada na to ze uzyl sporych sum publicznych pieniedzy na jej sfinansowanie (nawet nie wspominam o zaangazowaniu urzednikow publicznych w godzinach pracy w kampanie wyborcza), i pieniedzy urzedu gminy, i Patronato, i przegrawszy o kilka glosow, musi to wszystko splacic – urzad nie przeprowadza wlasciwie zadnych dzialan, bo nie ma na nic pieniedzy, podobnie Patronato. Przez to jeden z naszych projektow, Plan Rozwoju Spolecznego w San Gerardo (Proyecto de Desarollo Comunitario en San Gerardo) ostal sie bez przeznaczonych na niego funduszy, co powaznie utrudnilo nasze dzialania. Nie wspominam nawet o nowych inicjatywach. Tak wiec az do zmiany burmistrza w sierpniu nie ma co liczyc na Urzad Gminy, a i po zmianie, wyglada na to, ze bedzie to trudne. Problem polega na tym, ze tu wlasciwie wszystko sie zalatwia przez Urzad Gminy, i aby cos zdzialac na jego terenie najczesciej trzeba miec pozwolenie. Tak wiec, chwilowy (lub nie) paraliz wiekszosci naszych dzialan.
Co do wspomnianego projektu Rozwoju Spolecznego, przygotowany starannie, aby wyedukowac w roznych sferach ludzi, ktorzy z kolei beda mogli pozniej uczyc tego, czego sie nauczyli w swojej dzielnicy, zakonczyl sie calkowita porazka. Sporo sie przy tym nauczylismy o tutejszej spolecznosci. Naprzyklad, ludzie bardzo czesto zapisuja sie na kursy, czy rozne dzialania, jesli znajduja sie w grupie, na jakims spotkaniu (spotkania czasem, rzadko ale jednak, udaje sie zwolac), dlatego ze nie chca byc zle postrzegani przez innych. Tyle ze nastepnie na zajecia nikt nie przychodzi. Na moj kurs informatyki (ktory starannie przygotowalem od poczatku do konca, wraz z ksiazkami i bardzo prostymi manualami dla uczestnikow, z zalatwiona sala informatyczna i wszystkim), kompletnie darmowy, przyszla jedna osoba, druga sciagnalem z domu, jako ze miala klucze do szkoly i jej potrzebowalem. Z zapisanych 10 osob i jeszcze kilku innych ktorzy zglosili chec uczestnictwa. Przeprowadzilem jedna lekcje, pozniej nie odbyla sie juz zadna, nie przyszedl nikt. Sam postawilem warunek ze kurs odbedzie sie jesli przyjda przynajmniej cztery osoby. Podobnie skonczyly sie kursy wyrobu ciast (tutaj kilku chetnych sie znalazlo, jednak osoba ktora miala nauczac, nie przybyla, dla obu tych zdarzen mial prawodpodobnie znaczenie fakt, ze kurs ten byl w niedziele), kosmetyki naturalnej (przyszla jedna osoba, zajecia przeprowadzono w domu drugiej wiec tez sie zaangazowala, Ruth kurs przeprowadzila jednak zadna z dwoch kobiet realnie nie wziela sie ani za wyrob, ani za promocje, wiec cala idea umarla). Z dwoch zwolanych spotkan dotyczacych projektu pierwsze sie udalo, na drugie nie przyszedl nikt. Jak nam wyjasnil nasz koordynator, czlowiek z ogromnym doswiadczeniem w pracy spolecznej, tego typu zjawiska sa normalne. Ludzie, chociaz chcieliby zmienic swoja sytuacje, w rzeczywistosci nie chca komplikowac sobie zycia. Wszystko co kosztuje ich wysilek, konczy sie porazka, jesli nikt im za to nie placi w krotkim okresie czasu. Mozliwe, ze do porazki przyczynil sie takze wplyw dwoch kobiet, przeprowadzajacych projekt rownolegle dla dzieci ze stypendiami socjalnymi. Podejrzewamy ich zle dzialanie, jako ze wdalismy sie z nimi w powazny konflikt – pisalem o nich wczesniej, Ana i Marta, jedne z najbardziej porazajaco zlych pracownic w edukacji i w sferze spolecznej, jakie mialem okazje spotkac, reprezentujace soba cos dokladnie przeciwnego niz powinny. Ale byly to pracownice burmistrza, a pracownikow publicznych, zwlaszcza jakos powiazanych niezwykle ciezko usunac. Czesc projektu dotyczaca dzieci, z ktorymi pracowalismy z Ruth, szla za to swietnie, jednak nie byla glownym celem i w obliczu faktu braku zainteresowania ze strony rodzicow, stracila sens i skonczylismy ja wczesniej. Czesc poswiecona mlodziezy (ktora zaczela sie od pracy z mlodzieza otrzymujaca stypendia socjalne, ktora musiala w zajeciach uczestniczyc pod grozba cofniecia stypendium, i jest duzo starsza niz caly projekt) dalej dziala, prowadzona przez François i Diane, chociaz przychodza na zajecia 3-4 osoby, czasem mniej, rzadko wiecej. Bank Spoleczny funkcjonuje calkiem niezle, jest starszy niz caly ten projekt i chociaz stal sie jego czescia, przezyl go.
Ostatecznie pozostalo mi ograniczyc sie do pracy w szkolach, jako ze mialem nieco wiecej czasu, powrocilem do pracy dwa razy w tygodniu w kazdej szkole, co zajmuje mi troche czasu. Po ostatnich projektach, mam rowniez czesciowo przygotowane plany nauczania informatyki, ciencia divertida (zabawnej nauki, cos co mozna podciagnac pod dzialalnosc popularnonaukowa wsrod dzieci i mlodziezy), ankiete dotyczaca edukacji obywatelskiej i zarysowany program edukacji obywatelskiej. Jednak te wszystkie obecnie oczekuja na lepsze czasy. Oprocz tego, ciagle pracuje nad ankieta dotyczaca korupcji, i chociaz prace sa juz zaawansowane (juz pare razy zmienilem koncepcje, dlatego tyle to trwa, ponadto pracujac w szkolach i San Gerardo nie mialem na nic czasu, a w miedzyczasie wybralem sie tez na Galápagos, i weekendy poswiecilem na rozrywki i aktywny wypoczynek, i uwazam ze dobrze), skoncze i przeprowadze ja dopiero jak wroce z Perú, czyli po 20 lipca (wyruszamy z François 1 lipca). Prace w szkolach konczymy 30, w sierpniu zamierzamy przeprowadzic kolonie wakacyjne, ktore tez nas beda kosztowac sporo pracy. Oprocz tego, dzieki Jorge (ktory poza tym ze jest znanym technikiem srodowiskowym, byl pierwszym kierownikiem (gerentem) Parku Narodowego Galápagos, do teraz jest honorowym doradca Ingala (Instituto Nacional Galápagos), a niedawno bral udzial w pracach rzadowych nad Konstytucja 2008, jej czescia poswiecona srodowisku) zaangazowalem sie w prace swiezo tworzonej sieci organizacji srodowiskowych. Co z tego wyniknie, jeszcze nie wiem.
François pracuje w szkolach raz w tygodniu i ciagle walczy w San Gerardo, oprocz tego zaczyna konstruowac Otra Esquina –biuro informacji spolecznych. Brzmi interesujaco, jeszcze musze sie o tym wiecej dowiedziec, jak bede cos wiecej wiedzial i bedzie dobrze dzialac, to o tym napisze.
Diana pracuje w Bankach Spolecznych, ma trzy banki ktore niezle funkcjonuja, razem z François w San Gerardo, i na lipiec planuje wlasnie tam kolonie wakacyjne. Jak jej sie to uda, zobaczymy, mam nadzieje ze dobrze. Ze wzgledu na swoje studia, 20 lipca wraca do Hiszpanii.
Ruth pracowala nauczajac edukadorow podleglych zonie Burmistrza w FODINIFAR, jednak projekt ten ze wzgledu na kampanie wyborcza i zaangazowanie edukadorow (a takze ze wzgledu na ogolny brak zaangazowania w zajecia) zakonczyl sie calkowita porazka. Pozniej udalo jej sie jednak zorganizowac bardzo porzadne warsztaty dla nauczycieli z sieci Santa Fé de Galán. Uczyla metod nauczania, nauczyciele byli przytomni i bardzo zainteresowani, wiec Ruth byla bardzo szczesliwa. Warsztaty odbyly sie w perfekcyjnym momencie, poniewaz wlasnie w calym Ekwadorze Ministerstwo Edukacji zorganizowalo sprawdziany dla nauczycieli, z mysla o podniesieniu jakosci edukacji w kraju. Srodowiska nauczycieli sa tym przerazone, chociaz – tak naprawde nie ma czym. Najlepsza czesc to auto-ocena – sciagasz z internetu formularz, w ktorym masz pytania na ktore odpowiadasz zakreslajac numery od 1 do 5. Jest to wazna czesc oceny egzaminu.
Pod koniec kwietnia wybralismy sie na kurs clowna, prowadzony przez Carlosa Gallego, clowna slawnego w Ekwadorze i Hiszpanii. Kurs bardziej praktyczny ale ze spora iloscia teorii byl dla mnie fantastycznym doswiadczeniem. Kazdy z nas potrafi zartowac, prezentowac kawaly, i smiac sie z tego, co zaplanowal i przeprowadzil specjalnie. Co jednak najwazniejsze w sztuce clowna, to smiac sie z tego, czego nie zaplanowales, a co wyszlo Ci przypadkiem. Smiac sie tego, co Ci nie wychodzi chociaz bardzo chcesz, i gdy trzeba, zorganizowac z tego prawdziwy spektakl, wyczuwajac co bawi ludzi dookola i nawiazujac z nimi kontakt. Nie wiele jest rzeczy, ktore tak ucza dystansu do ciebie samego. Nie wspominajac o ogolnej przydatnosci w zyciu, sa to umiejetnosci niezwykle wazne przy wszelkiego rodzaju wystapieniach publicznych, przedstawieniach itd, a takze niezbedne przy pracy z grupami, w edukacji czy terapiach, a szczegolnie przy pracy z dziecmi. Na kursie swietnie sie bawilem, i mnostwo sie nauczylem, jeden z najlepszych kursow komplementarnych w jakim mi sie udalo dotychczas uczestniczyc.
Wracajac pod koniec do polityki, wybory prezydenckie wygral oczywiscie Rafael Correa, a Mi País (poslugujaca sie kolorem zielonym partia Rafaela) wygral wiekszosc prawie wszedzie, sromotnie przegrywajac prefektury w prowincjach amazonskich. Correa zdobyl wladze pod haslami ekologicznymi i wlasnie z kolorem zielonym, a teraz jest zdecydowanie antyekologiczny ze swoim wspieraniem miedzynarodowych firm paliwowych, wydobywajacych rope w Amazonii i swoimi akcjami przeciw obroncom srodowiska, jak np. Acción Ecológica. Jak pisalem wczesniej, prezentuje swoimi akcjami postawe neo-desarollista.
Poza tym, przy wyborach nie obylo sie bez roznych nieprawidlowosci, i wedlug niektorych mediow prywatnych ostatecznie wygral w pierwszej turze majac jedynie ok 45% glosow, podczas gdy powiniem miec co najmniej 50% by nie bylo drugiej. Pierwsze rezultaty glosily 54%, kontrowersje zaczely sie robic glosne juz po tym jak uznano ze nie bedzie drugiej tury. Jego glownym oponentem okazal sie byc byly prezydent i byly pulkownik, Lucio Guitierrez (oficjalnie 34%), jeden z odpowiedzialnych za przewrot wojskowy w styczniu 2000 roku. Alvaro Noboa, populista – mesjanista i najbogatszy czlowiek Ekwadoru, zdobyl zaledwie 8% procent, pozostali kandydaci jedynie kilka procent.
Obecnie prezydent uzyl starego zapisu z czasow dyktadury wojskowej, z lat siedemdziesiatych, by zamknac jedna z najwaznieszych telewizji niepublicznych (i opozycyjnych), co wywolalo powazne obawy, burze opinii i dyskusje w kraju.

Montañita, Puerto Lopez, wieloryby i Inti Raymi – weekend pelen wrazen

Niedlugo po powrocie z Galápagos poznalem fajna dziewczyne, ma na imie Andrea. Razem z nia postanowilismy sie wybrac na wybrzeze, aby milo spedzic czas. Sam chcialem juz od jakiegos czasu wybrac sie do Montañita, o ktorej mnostwo slyszalem, najbardziej turystyczny zakatek na Coscie, i do Puerto López, skad jak slyszalem mozna wziasc tour lodzia aby zobaczyc wieloryby Humbaki, co oczywiscie ciagnelo mnie najbardziej. Wybralismy sie w czwartek w nocy samochodem razem z Ruth i Yuberem, jej chlopakiem, ktorzy jechali odebrac rodzicow Ruth, ktorzy przylecieli ja odwiedzic, z lotniska. Poniewaz pomylilismy droge, spedzilismy w samochodzie 7 godzin w nocy – pomylka nie byla mala, jako ze odleglosci w Sierze sa spore. Jechalismy wiec przez Ozogoche, Alausi i Chunchi na poludnie, pozniej zjechalismy dopiero na Coste i stamtad na zachod do Guayaquil. Prowadzilem najgorszy kawalek drogi, od Alausi do Chunchi, gdzie nie ma asfaltu, droga jest straszna, i pelno jest ostrych zakretow, skal dookola, przepasci, a jedyne samochody jakie sie spotyka to ciezarowki – ci, ktorzy wiedza jak prowadze, moga sobie wyobrazic stres, w jakim znalezli sie moi wspolpodroznicy, ktorzy w Chunchi postanowili zabrac mi kierownice i dlugo nie chcieli jej oddac J Ale w koncu dotarlismy do Guayaquil, cali i zdrowi, gdzie nasze drogi sie rozeszly, Ruth i Yuber pojechali na lotnisko a my odwiedzilismy Ricardo, ktory udzielil nam noclegu. W piatek rano udalismy zdecydowalismy sie jechac do Montañita, i tak zrobilismy.
Montañita to piekne miejsce, ladna plaza, i sliczne miasteczko, z mnostwem turystow, wiec wlasciwie dwujezyczne, swietne miejsce by sie zrelaksowac i milo spedzic czas. Ale, to co jest jego zaleta, z drugiej strony jest wada – jest straszliwie turystyczne, wiec ceny sa podwojone w porownaniu z Ekwadorem. Poza noclegami – udalo nam sie znalezc jeden za 6 dolarow od osoby, proponowano nam za 5. Ten za 6 byl naprawde fajny, wiec go wzielismy. Wieczorem odwiedzilismy fajna knajpke, gdzie akurat byl koncert bluesowy, wiec milo spedzilismy czas. Wrocilismy do hotelu spac, poniewaz chcialem rano udac sie na tour zeby zobaczyc wieloryby. Niestety, mila pani, ktora nas zaprowadzila do tego hotelu, nie powiedziala nam, ze na przeciwko jest najwieksza dyskoteka w Montañita, calonocna, a obok inna. Spac wlasciwie nie spalismy. Niemniej rano wybralismy sie na tour, wykupiony w Montañita, ale wyruszajacy z Puerto López. Chcialem tez udac sie na inna wycieczke, na Isla de la Plata, nazywana Mini Galápagos (podczas tej wycieczki tez mozna zobaczyc wieloryby, jednak nie jest to zagwarantowane), ale niestety nie mialem kasy, wiec pozostaly nam „jedynie” wielkie ssaki.
Prywatnym samochodem udalismy sie do Puerto López, gdzie zorientowalismy sie w cenach lepiej. Mielismy szczescie, bo sami przeplacilismy tylko kilka dolarow, jakbysmy wzieli wycieczke na wyspe w Montañita, zaplacilibysmy podwojnie. Wsiedlismy na statek, i poplynelismy. Wieloryby robia ogromne wrazenie, zmienilem swoja koncepcje wielorybow i ich miejsca w oceanie, nieco podobnie jak wczesniej na Galápagos koncepcje ptakow morskich. Widzialem oslawiony wyskok wieloryba z wody, wszyscy na lodzi wydali z siebie cos na ksztalt cichego „oh”, albo „lal”. Wrazenie niesamowite. Ciekawe wrazenie robi tez tylnia pletwa, u ssakow ulozona poziomo, a u ryb generalnie pionowo, i gejzer wydalanej z organizmu wody. Mielismy szczescie zobaczyc dwa wieloryby Humbaki naprawde z bliska, kolo lodzi. Mam to na video, niestety wyskoku nie.... tylnej pletwy tez nie. Wydaje mi sie, ze nie jest latwo zobaczyc w zyciu zwierzeta wieksze od sloni (a Humbaki sa podobno 5 wzgledem wielkosci na swiecie, cztery pierwsze to oczywiscie rowniez gatunki wielorybow z Pletwalem Blekitnym na czele), i wrazenie jest niesamowite, wieloryby sa naprawde ciekawe i piekne.
Pozniej poplynelismy w poblize wyspy Salango, gdzie poplywalismy chwile uprawiajac snorkeling, pogdybalismy chwile nad znalezionymi na jednej skale mieczakami, ale nie widzielismy wiele ciekawych rzeczy – nie poplynelismy w poblize wyspy (blad) gdzie podobno byly ryby i korale, widzielismy dwie rybki i skorupiaki.
W drodze powrotnej, jednemu facetowi, ekwadorczykowi, zginal telefon, ktory zostawil pod opieka sternika. Poniewaz nie mial wielkiej szansy wypasc za burte, uwazal ze telefon zostal skradziony – rzecz ogolnie ciezka do pomyslenia na zamknietej, malej lodzi pelnej obcokrajowcow. Ostatecznie nikt nikogo nie przeszukiwal, i choc troche czas stracilismy, zeszlismy w koncu na lad.
Po tej wycieczce zdecydowalem, ze jesli bede mial mozliwosc, w sierpniu jade do Puerto López, biore tour na Isla de la Plata, a jesli nie zobacze wielorybow, to drugi raz tour im poswiecony.
Po powrocie do Montañita, poszlismy jeszcze chwile pospacerowac po plazy, i udalismy sie w droge powrotna do Guano. Dystans Guayaquil – Riobamba przebylismy w rekordowym czasie, 4,5 godziny, z szalonym kierowca busa, co chwila czujac sie jak kartofle przewozone z miejsca na miejsce. Rano, w niedziele, Intiraymi.
Intiraymi to fiesta na czesc slonca, ktora miala miejsce w Cacha, spolecznosci rdzennej ludnosci 8 kilometrow od Riobamba. Tance i piesni ludowe, male muzeum, i typowe potrawy. Co do tancow, przyjechalismy troche pozno i widzielismy jedynie ostatni. Ogolnie bylo bardzo ciekawie.
I jedno dodatkowe doswiadczenie – to, czego nie moglismy juz zjesc, zeby nie wyrzucac, zostawilismy kilku kobietom indígena. Bardzo chetnie wziely, przypuszczam ze czesc z tego wezma do domu. Dla nich fiesta, gdzie rozdaja jedzenie za darmo, jest waznym wydarzeniem, ktore staraja sie wykorzystac jak najlepiej, jako ze niejednokrotnie zyja w skrajnej biedzie. Podejrzewam, ze tutaj ogolnie zjesc cos, co ktos zostawil i ci zaoferowal (zwlaszcza obcy), nie ma az tak negatywnego znaczenia jak w Polsce, ale nie jestem pewien. Zaoferowal im to Ekwadorczyk Yuber z cala szczeroscia dzielenia sie zamiast wyrzucania i bez zadnej checi ujecia im czegokolwiek, a one to zaakceptowaly dziekujac, zwlaszcza w swojej prawdopodobnie trudnej sytuacji. Nie wiem czy sie nie myle, ale mam wrazenie, ze w Polsce sa bardzo male szanse, aby cos takiego przeszlo, sytuacja musialaby byc raczej skrajna. A moze wlasnie ta rowniez byla skrajna....

Co nieco o podrozowaniu

Mam wrazenie, ze w Europie mamy bardzo wyidealizowany obraz podroznika i podrozowania, przynajmniej ja nie zdawalem sobie sprawy z wielu rzeczy, nie bralem ich pod uwage i nie myslalem o nich. Na sporo spraw zwrocil uwage Wojciech Cejrowski w swoich ksiazkach, czego jednak nie zaznaczyl, ze wiele z tych rzeczy moze Ci sie przydarzyc poza Amazonia, czesc troche inaczej, co jednak nie oznacza ze lepiej. Z oczywistych wzgledow, ponizsze uwagi dotycza Ameryki Lacinskiej, nigdzie poza Europa i Ameryka Lacinska jeszcze nie bylem.
Oczywiscie mozna podrozowac drogimi samolotami, jedzac jedynie w drogich restauracjach, tylko po co? I kto moze ten moze, zdecydowanie nie kazdy. Mozemy czekac az zarobimy pieniadze i wtedy wyruszyc w podroz, ale, jak slusznie zwrocil uwage moj Tata, podroze najlepiej smakuja za mlodu. I wydaje sie, ze w celach poznawczych, aby zrozumiec pewne rzeczy, otworzyc swoj umysl, wtedy maja najwiecej sensu. Podroze luksusowe, aby zwiedzic miejsca turystyczne i porobic pare zdjec, no coz – lepsze niz nic, ale sa przykra parodia tego, czym moim zdaniem podroz powinna byc. A jesli chce sie podrozowac naprawde, zyc razem z ludzmi w innej czesci swiata, jesc to co oni, jezdzic ich srodkami transportu, patrzec na pewne sprawy z ich punktu widzenia (jak najbardziej sie da), rozmawiac, podrozowac z plecakiem lub mieszkac, trzeba sie przygotowac na pewne rzeczy, ktore maja duze szanse Cie spotkac.
Pierwsza sprawa, o ktorej nalezy wspomniec, to to, ze bardzo trudno jest wmieszac sie w ludnosc z danego regionu, danej kultury. Udaje sie to bardzo rzadko, prawie zawsze w jakis sposob sie odstaje. Jesli nawet wygladasz jak oni (rzadko, bo twarz przewaznia zdradza odrobinke inne cechy), masz odrobinke inny akcent, jesli uda Ci sie poradzic z Twoim akcentem, poruszasz sie w troszeczke inny sposob. Jak zwrocil mi uwage Ricardo, kumpel z Guayaquil, widac ze nie jestem stamtad, poniewaz jak chodze, poruszam oboma rekami, a oni jedynie prawa, w specyficzny sposob, lewa sie nie rusza... Oczywiscie mozna sprobowac to nasladowac, ale nie jest to latwe, i kiedy my nie widzimy roznicy, mieszkancy, przyzwyczajeni do dostrzegania pewnych wzorow, widza je od razu.
Wiec podroznik przewaznie odstaje. Tym samym, jest wystawiony na cel ludzi, ktorzy podejrzewaja ze moze miec wiecej pieniedzy lub ciekawsze urzadzenia niz oni, i sa chetni to sprawdzic. Czesto konczy sie to tym, ze podroznik jest: obrabowany z brionia w reku (i podczas gdy w takich sytuacjach w Polsce nie jeden raz ludzie wdaja sie w dyskusje, ryzykuja, wiedzac ze czesto jest to tylko proba zastraszenia, i staraja sie negocjowac, nie jest to najmadrzejsze na pewno, ale czasem sie udaje, w Ameryce Lacinskiej absolutnie nie wolno tego robic, bo najczesciej konczy sie smiercia lub powaznymi obrazeniami) lub przez kieszonkowca. Poza przestepcami, rowniez wielu sprzedawcow, taksowkarzy, czy innych swiadczacych uslugi stara sie wykorzystac fakt, ze nie jestes stamtad, nie orientujesz sie w cenach i podwyzszaja jak tylko moga.
Poza ludzmi, ryzyko stanowia bakterie. Jako ze roznia sie od tych w Europie, nie mamy na nie odpornosci. Co oznacza, ze na poczatku chorujemy prawie caly czas. Inne jedzenie i klimat dodatkowo wzmacniaja ten efekt. Jesli w koncu przyzwyczaisz sie do mieszkania w gorach, jesli wybierzesz sie do Amazonii lub na wybrzeze, zachorujesz znowu. Czasem choroby sa niegrozne, czasem jednak sa bardzo grozne lub wrecz smiertelne, a jesli wloczysz sie po dzungli, rowniez takie, ktorych jeszcze nikt w szpitalach jeszcze nie widzial, i czesto w takiej sytuacji jest za pozno aby Ci pomoc. Oczywiscie standard, taki jak choroby weneryczne, HIV, rowniez stanowi zagrozenie, jednak w regionach, w ktorych swiadomosc jest nieco mniejsza a serca nieco goretsze, wzory kulturowe i postrzeganie pewnych spraw nieco inne, ryzyko sie zdecydowanie zwieksza, szczegolnie jak nie znasz statystyk. Oznacza to, ze nalezy sie zabezpieczac, jednak te same powody oznaczaja, ze jest to nieco trudniejsze niz w Europie.
Inna kwestia jest to, ze jesli zdecydujesz sie tu zyc, jesc to co tutejsi, pic to co oni, oznacza to, ze podobnie jak oni, bedziesz miec pasozyty. Bedziesz miec, i tyle, trzeba sie z tym pogodzic albo zrezygnowac z pomyslu.
Inna kwestia to hotele, mieszkania, pokoje do wynajecia. Podrozujac po Ameryce Lacinskiej, probujac oszczedzac prawdopodobnie nie jeden raz spedzisz noc w pokoju z karaluchami, czasem bez okien, bez swiatla w lazience czy z limitowana woda, czyli bez wody poznym wieczorem. Czasem napotkasz jakis bardzo tani, i bardzo fajny, czysty hotel. Raz trafisz szczesliwie i obudzisz sie radosny i wypoczety, innym razem okaze sie, ze naprzeciwko i obok sa calonocne dyskoteki siedem dni w tygodniu, z bardzo glosna muzyka i nie zmruzysz oka w nocy.
I oczywiscie musisz sie przygotowac na wszechobecny brud. Tutaj kultura jest nieco inna, inne jest podejscie do brudu i czystosci, a poziom higieny zdecydowanie nizszy. Wspominalem juz wczesniej o czystosci w restauracjach. Hotele rowniez czesto sa wrecz przerazajace, podobnie jak prywatne domy.
Czesto bolesny jest rowniez szok kulturowy, jaki przezywa podroznik w Ameryce Lacinskiej. My europejczycy, podobnie jak amerykanie, czesto go przezywamy, widzac tutejsza biede, role kobiety w spoleczenstwie (ja wiem ze nigdzie nie jest doskonale a juz na pewno nie w Polsce, ale tutaj uwierzcie mi, jest gorzej), i to jak wlasnie kobiety z powodu braku edukacji, i glebokiego zakorzenienia podtrzymuja kulture macho. Znam osobe, ktore nie mogac zniesc pewnych cech tutejszego spoleczenstwa, traktujac je bardzo osobiscie stala sie strasznym szowinista, strasznie nietolerancyjna.
To jest wlasnie druga strona podrozowania po Ameryce Lacinskiej. Mysle, ze dobrze jest ja brac pod uwage, przed udaniem sie w droge, do czego wszystkich jak najbardziej zachecam.

Wyspy Galápagos

W maju postanowilem oderwac sie od wszystkiego, i jechac na tydzien na wyspy Galápagos, gdzie chcialem sie udac jeszcze zanim tu przylecialem, i uznalem, ze wlasnie teraz jest odpowiedni moment. Jak postanowilem, tak tez zrobilem, chociaz nie wszystko odbylo sie zgodnie z planem – z jednego tygodnia zrobily sie dwa, a suma ktora chcialem tam wydac, rowniez, co przykre, ulegla podwojeniu. No coz, uwazam ze zdecydowanie warto bylo, poniewaz wiele sie nauczylem, widzialem mnostwo przepieknych rzeczy i wiele fajnych robilem, jednym zdaniem – wspaniale spedzilem czas. Ale od poczatku.

Przygotowania i podroz

Poniewaz w Ameryce Lacinskiej maja strasznie brzydki nawyk podzialu cen na ceny dla obywateli i innych (czasem dla ludzi z Ameryki Lacinskiej i inych), wiec jesli sie chce oszczedzac, nalezy podroz dobrze przygotowac. Szczegolnie w przypadku Galápagos. Wlasnie z powodu Galápagos wyrobilem sobie karte imigranta (ktora podobno trzeba sobie wyrobic jak sie zostaje na dluzej w Ekwadorze bo inaczej grozi ci kara grzywny, ale tak naprawde nie wiem...). Roznice w cenach sa straszne – sam samolot to ponad 120 dolarow roznicy. Mialem tez nadzieje opuscic cene wejscia do Parku Narodowego, co oznaczaloby kolejne 94 dolary roznicy, ale to okazalo sie niemozliwe. Niestety, okazalo sie dopiero na miejscu. Co bylo bardzo powaznym kopniakiem w portfel, po zapewnieniach w agencji podrozy, Policji Imigracyjnej, a takze telefonicznym zapewnieniu instytutu Ingala z wysp Galápagos ze na pewno nie dotycza mnie zadne podatki dla obcokrajowcow i na pewno zaplace tylko 6 dolarow na wyspach. Desinformacja byla potezna i brzemienna w skutkach. No coz. Park Narodowy Galápagos ma swoje wlasne, bardzo jasne prawo dotyczace tylko niego, i ostatecznie trzeba bylo zaplacic stowke za wejsciowke. Bardzo sie staralem to ominac, ale sie nie udalo. Ale wesprzec ten Park jest warto, wiec ostatecznie nie bylo mi bardzo zal. I przekonalem sie ze Galápagos jest miejscem w ktorym prawa sa troszke bardziej egzekwowane niz w reszcie Ekwadoru. Ogolnie rzecz biorac, miejscem bardzo innym pod wieloma wzgledami.

Poczatek podrozy – Guano – Riobamba, Riobamba – Guayaquil. W Guayaquil troche sie zakochalem. Costa jest... inna niz Sierra. Kultura jest inna – zaczelo sie od tego, ze w Sierze, od okresu kolonialnego a takze po wyzwoleniu Wielkiej Kolumbii i pozniej odlaczeniu sie Ekwadoru, panowal system wlasciwie feudalny – wladza ekonomiczna nalezala do posiadaczy ziemi, bedacych panami i wladcami chlopow – indian oczywiscie – dla nich pracujacych. Tymczasem Costa, jako okno na swiat, zyla bardziej z handlu, dominowal ciezko zwyrodnialy system kapitalistyczny, w ktorym biala ludnosc posiadala fabryki i spore firmy, a indianska ludnosc pracowala dla nich za glodowe stawki. Z tej roznicy, ktora przerodzila sie w konflikt interesow (handel miedzynarodowy nie byl na reke posiadaczom ziemi, a bardzo na reke handlarzom z Costy) powstaly dwie jakze inne kultury Ekwadoru, liberalna na wybrzezu i konserwatywna w gorach. Dzialalnosc Kosciola, o wiele skuteczniejsza w gorach (ziarno na zyzna glebe i te sprawy :), dodajmy ze Kosciol tez byl znaczacym posiadaczem ziemi i jakos nie traktowal swoich owieczek o wiele lepiej) dodatkowo zwiekszyla ta przepasc, podobnie jak powstanie pierwszych partii politycznych Ekwadoru, Konserwatywnej i Liberalnej. Wplyw zapewne ma rozniez klimat. Roznica kulturalna jest drastyczna az dotychczas. Po tym krotkim wprowadzeniu, po raz kolejny chce napisac, ze troche sie zakochalem w Guayaquil. Miasto jest ogromne, niebezbieczne, ale – pelne zycia, a ludzie sa o wiele bardziej otwarci, i imprezy sa wspaniale. Co prawda tylko w Guayaquil mi sie przydarzylo, zeby ktos w nocy wylal mi na glowe wiadro zimnej wody z ostatniego pietra budynku, ale – wlasnie w Guayaquil to nie ma wielkiego znaczenia, bo zaraz wysychasz i smiejesz sie z tego, co sie stalo. Moj dobry kumpel, Ricardo, i kumpela Carlita, nie po raz pierwszy bawiac sie w przewodnikow oprowadzili mnie w nocy po Starym Miescie Guayaquil, tlumaczac historie, powstanie miasta, obrone przed Holendrami, a takze pokazujac granice bogactwa i biedy, ktora zyje tuz kolo siebie w Centrum, nad rzeka Guayas. Miejsca turystyczne, a takze domy ktorym zarzadzeniem wladz pomalowano i wyremontowano fasady, aby wygladaly dobrze dla turystow, ktore z drugiej strony, podobnie jak od wewnatrz, wygladaja jak slumsy. Jakze piekny i bezposredni obraz hipokryzji naszej rzeczywistosci, czyz nie?
Z Guayaquil, po 2 godzinach snu, udalem sie na lotnisko by wziac samolot na wyspy.
Widok lotniska przerazonego przez Swinska Grype (kiedy tam bylem, pojawily sie pierwsze przypadki w Guayaquil) nie nalezy do najprzyjemniejszych. Caly personel w maskach, niektorzy w gumowych rekawiczkach, czesc pasazerow rowniez. Wszyscy obracajac sie nerwowo slyszac kazde kaszlniecie i kichniecie (w moim przypadku spowodowane nagla zmiana klimatu z gorskiego na wybrzezny), musze przyznac ze nie moglem powstrzymac sie od zartow:) To interesujace, zalecenia Swiatowej Organizacji Zdrowia przypuszczam ze sa sluszne, i sa pewnie odpowiednimi srodkami zapobiegawczymi, nie ma w nich nic zabawnego – to co jest komiczne to nie prewencja, ale strach ludzi, panika spowodowana wiadomosciami w mediach, wyczuwalne napiecie i skrajna podejrzliwosc.
Ale co bylo naprawde zabawne, zaczelo sie troche pozniej. Zaczelo sie od tego, ze nasz samolot opoznil sie ladnych kilka godzin. Dlaczego? Dlatego ze w Quito, skad zaczynal podroz, dzien wczesniej piorun rozwalil cos zwiazanego z elektrycznoscia i na lotnisku nie bylo pradu(!!!), wiec planowany remont samolotu musieli przelozyc na dzien naszego odlotu. No coz, oczywiscie linie lotnicze skapily jakichkolwiek informacji. Razem ze mna czekala spora grupa starszych juz nieco Francuzow, ktorzy nie bardzo wiedzieli co sie dzieje, i ktorym pomoglem jako tlumacz, tlumaczac powoli i wyraznie czesc po hiszpansku i czesc po angielsku, co kto rozumial. Razem z nimi z powodu opoznienia samolotu, otrzymalem wstep do VIP Area linii lotniczej Aerogal;) Gdzie juz zostalem prawie caly czas az do przybycia samolotu.
Wiec wsiedlismy do samolotu, i odlecielismy, dolecielismy nad ocean, gdzie..... musielismy zawrocic z powodu awarii samolotu. Takie rzeczy nie zdarzaja sie codziennie, wiec ludzie zaczeli sie nieco denerwowac. Siedzialem kolo grupy z Hiszpanii i jednej dziewczyny z Argentyny, razem z nimi zaprzyjaznilismy sie troche z jedna stewardessa, i w koncu sie dowiedzialem dlaczego to opoznienie i cala ta sytuacja. Wyladowalismy, znowu w Guayaquil, ale nikt nam nie wytlumaczyl, czy lecimy na Galápagos czy czekamy na inny samolot, czy co, wiec ludzie zaczeli sie coraz bardziej denerwowac. Z samolotu tez nas nie chcieli wypuscic. W koncu kapitan nas powiadomil, ze naprawiaja usterke, i zobaczymy czy lecimy czy nie, i jesli ktos chce to moze teraz opuscic samolot. Poniewaz usterka spowodowala wieksze zuzycie paliwa, trzeba bylo dotankowac. Juz mielismy leciec, gdy ktos zaczal wrzeszczec “Stop! Stop! Pare! Pare!” Okazalo sie, ze tankujac, wlali troche za duzo paliwa, co skonczylo sie rozchlastaniem benzyny po lotnisku, co pasazerom absolutnie nie wydalo sie normalne, wbrew zapewnieniom stewardess (a jednak jest w miare normalne i zdarza sie nie tak znowu rzadko, i nie tylko w Ekwadorze). By uniknac paniki, kapitan po raz kolejny powiedzial, ze kto nie chce leciec moze zostac. Ostatecznie ponad polowa pasazerow zostala w Guayaquil, jak zostala zalatwiona sprawa biletow itp, nie wiem, poniewaz samolot w koncu dolecial na miejsce przeznaczenia i sytuacja nie byla szczegolnie powazna..... Interesujace widziec taki przyklad wzrastajacego napiecia, paniki, szczegolnie w miejscu pelnym ludzi w maskach, caly czas w strachu przed swinska grypa... I interesujace doswiadczenie leciec prawie pustym samolotemJ W koncu dolecielismy na wyspy, spoznieni jakies 5-6 godzin, co zrujnowalo mi pierwszy dzien pobytu, bo wlasciwie go stracilem. Dodatkowo, na lotnisku dostalem kolejnego kopa – zabrali mi paszport, bo nie chcialem zaplacic 100 dolarow:) Spozniony przez klotnie na autobus, do kanalu miedzy wyspami Baltra (lotnisko) i Santa Cruz dostalem sie autobusem pelnym pracownikow lotniska. Pozniej okazalo sie, ze hotel, ktory mial byc najbardziej ekonomiczny ze wszystkich, jest calkiem pelny, bo chwile wczesniej przybyl oddzial armii ekwadorskiej (w celach w duzej mierze jesli nie calkiem turystycznych) i zajal caly, a takze sasiedni. W koncu jednak znalazlem sobie miejsce w hotelu Flamingo, wylazlem w nocy zobaczyc Puerto Ayora, zapytalem jedna dziewczyne na ulicy o droge dokads i tym samym poznalem Gabriele, z ktora spedzilem duzo czasu na wyspie Santa Cruz i wybralem sie na “przejazdzke” taksowka morska po zatoce, poogladac Pacyfik w nocy, pod gwiazdami. W koncu, nie bylo zle:)

Troche o historii naturalnej Wysp Galápagos

Galapagos to oczywiscie wyspy pochodzenia wulkanicznego. Mniej wiecej pod nimi znajduje sie Hotspot, miejsce aktywne wulkanicznie, ponad ktorym w strone Ameryki Poludniowej i plyty tektonicznej poludniowo - amerykanskiej powolutku plynie sobie plyta tektoniczna Nazca. Hotspot co jakis czas przebija ta plyte jak gwozdz deske, a poniewaz jest ona w ruchu efekt jest podobny jak w maszynie do szycia (tyle ze do gory nogami, i w maszynie do szycia nie powstaja wyspy J ) – kolejne przebicia tworza kolejne wulkany i razem z nimi wyspy. Z czasem wyspy ulegaja erozji, podrozujac na poludniowy - wschod, w strone kontynentu Ameryki Poludniowej, i z czasem koncza swoj „zywot” zanurzajac sie z powrotem w Oceanie Spokojnym (podobno, miedzy kontynentem a Galápagos znajduja sie ponoc poprzednicy obecnych wysp). Wyspy na wschodzie sa starsze, najstarsza – Española – ma prawie 5 mln lat, a najmlodsza i najbardziej wysunieta na zachod – Fernandina – ok 400 tys lat, i w dalszym ciagu ewoluuje, wybuchajac ostatni raz pod koniec kwietnia 2009 roku, skonczyla (chwilowo) jakies 2 tygodnie przed moim przybyciem na Galápagos. Wraz z uplywem czasu, z wiatrem i pradami morskimi przybyly na Galápagos pierwsze rosliny, nizinne i wyzynne, jakis czas pozniej pierwsze zwierzeta, pozniej inne nieco bardziej zaawansowane, z pomoca naturalnych „tratw” – mas roslinnosci. Ze wzgledu na odleglosc, nie mogly przezyc zadne plazy – podroz trwa okolo 2 tygodni od wybrzezy Ameryki Poludniowej (zdecydowana wiekszosc gatunkow na Galápagos pochodzi wlasnie stamtad), wiec zwierzeta zyjace na Galápagos to te, ktore potrwafia dlugo przezyc bez wody (swoja droga wody slodkiej na wyspach prawie nie ma, zadnych rzek, jedno jezioro powstale czesciowo z wody deszczowej). W miedzyczasie przybyly tez wraz z pradami morskimi zwierzeta morskie, takie jak pingwiny, zolwie morskie, lwy morskie, itd – na wyjatkowosc wysp sklada sie rowniez to, ze wlasnie tam spotykaja sie zimne i cieple prady morskie, tworzac interesujaca mozaike gatunkow tropikalnych i tych preferujacych chlod. We wzglednej izolacji od reszty swiata i w specyficznych warunkach, wiele gatunkow ewoluowalo w inne, ktore staly sie endemiczne dla Galápagos. Poza tym, ze wyspy sa niezwykle piekne i bogate w unikalne formy zycia (i ogolnie bogate w formy zycia szczegolnie morskiego), sa niezwykle wazne dla nauki, poniewaz tworza specyficzne laboratorium przyrodnicze, gdzie mozna obserwowac ewolucje zycia i ladu (przeciez wlasnie z tego powodu stalo sie slawne, pierwszym ktory to dostrzegl byl Charles Darwin, ktory tutaj, po poprzednich przemysleniach na wybrzezach Argentyny i Chile, tworzyl podstawy teorii ewolucji), badac niezwykle ciekawe formy zycia, a takze jak to niezwykle, czesciowo izolowane srodowisko reaguje na zmiany klimatu, i w koncu na bezposredni wplyw czlowieka i sprowadzonych swiadomie i nieswiadomie gatunkow roslin i zwierzat. Wlasnie z powodu tych ostatnich archipelag Galápagos znajduje sie na liscie Dziedzictw Zagrozonych UNESCO, a wladze Ekwadoru bardzo by chcialy, zeby go z tej listy zdjac. Czego osobiscia ja bardzo bym nie chcial.

Ludzie na Wyspach Galápagos, kolonizacja, turystyka i konserwacja

Archipelag probowano skolonizowac od dawna, rozne panstwa chcialy go odebrac Ekwadorowi, ale z wielu roznych powodow pozostal przy Ekwadorze, a kolonizacja tak naprawde zaczela sie w drugiej polowie XX wieku, wczesniej na wyspie Isabela znajdowala sie kolonia karna (oczywiscie destrukcyjny wplyw ludzi zaczal sie wczesniej, wielorybnicy i piraci, ktorzy odwiedzali wyspy by uzupelnic zapasy wody i pozywienia, i ktorzy mieli tutaj swoje bazy, rozpoczeli wprowadzanie obcych gatunkow zwierzat i dla jedzenia i tluszczu wybili wiekszosc populacji Zolwi Sloniowych z Galápagos). W 1959 roku (za niedlugo obchody 50- lecia, zdaje sie 4 lipca) zalozono Park Narodowy Galápagos, obejmujacy 97% terytorium wysp. Dopiero pozniej rozpoczela sie prawdziwa kolonizacja – jeszcze w latach 1972 populacja ludzka na wyspach liczyla 3488 osob, obecnie szacuje sie, ze liczy okolo 40 tysiecy, z powodu nielegalnej imigracji dokladnie nie wiadomo. Ponadto Galápagos jest odwiedzana rocznie przez okolo 200 tysiecy turystow. Mimo wszelkich wysilkow Parku Narodowego i Charles Darwin Foundation, te liczby niestety musza miec wplyw na srodowisko. Jako wody do mycia itd uzywa sie slonawej wody (brackish water), ktora znajduje sie w zbiornikach naturalnych pod powierzchnia wysp, powstalych poprzez filtrowanie wody morskiej przez skaly. Niestety, te zbiorniki nie sa nieskonczone, i duza liczba ludzi za jakis czas zuzyje wszystkie jej zapasy, a ich odtworzenie nie nastapi szybko... Zagrozen, niestety, jest wiele, i sa ogromne. Musze jednak zaznaczyc, ze Galápagos to jedyne miejsce, w ktorym widzialem ekoturystyke rzeczywiscie funkcjonujaca. Smieci itp jest naprawde malo, wielu turystow ma swiadomosc gdzie jest i jak nalezy sie zachowac. Mieszkancy wysp od urodzenia lub od wielu lat maja ochrone przyrody juz gleboko zakorzeniona (w koncu, przeciez z niej wlasnie zyja), niestety ci, ktorzy mieszkaja tu krocej, niekoniecznie.... Jednym z istotnych problemow spolecznych na Galápagos jest migracja ostatnich lat, czesciowo nielegalna. Jest ona spowodowana w wiekszosci poszukiwaniem pieniedzy – Galápagos jest troche dla Ekwadorczykow jak Irlandia dla nas – placa minimalna wynosi 400 dolarow (na kontynencie 200), i chociaz ceny rowniez sa dwa razy wyzsze (czesciowo jest to spowodowane kosztami transportu – statek lub samolot, a czesciowo przez turystyke), to to co zostaje po wydatkach kazdego miesiaca rowniez jest dwukrotnie wyzsze i jest co poslac do domu jesli trzeba, albo co zaoszczedzic. Nowi mieszkancy niestety nie sa jeszcze tak srodowiskowo-swiadomi, i nowe dzielnice to te, w ktorych mozna znalezc najwiecej smieci, i najczesciej nowi mieszkancy to ci, ktorzy nie szanuja tutejszych zwierzat. Przykladem niech bedzie mieszkajacy na Santa Cruz cztery lata taksowkarz, ktoremu razem ze znajomymi zaplacilismy za wycieczke do Rancho Primicias by zobaczyc zolwie sloniowe w swoim „naturalnym” srodowisku (ktore chociaz zolwie przyszly tam same naturalne juz dawno nie bylo, pelne wprowadzonych drzew maracuya, ktore zolwie same rozprzestrzenialy po okolicy jedzac owoce i wydalajac nasiona, podobnie jak dawniej rozprzestrzenialy flore naturalna dla Galñápagos). Aby „zachecic” zolwia do wyjscia z pancerza, w ktorym chwilowo sie schowal, wbil mu paznokiec miedzy klepki na pancerzu, sprawiajac mu bol i wyrzadzajac krzywde, pozniej zachecal jedna z dziewczyn aby sobie na nim usiadla i zrobila zdjecie. Strasznie mnie tym wszystkim rozjuszyl. Podsumowujac, wielka fama Galápagos przynosi im korzysci, i powazne szkody, mimo wszystkich bardzo powaznych restrykcji prawnych przeciw niszczeniu przyrody, konserwacji i wszystkim staraniom instytucji. Ekonomicznie Galápagos odnosi ogromne korzysci, jednak przyroda w tym samym momencie jest konserwowana, i niszczona. Osobiscie uwazam, ze Park (z doradztwem Charles Darwin Foundation) odnosi ogromne sukcesy, polaczenie turystyki na ta skale z ochrona przyrody, jakie na Galápagos udalo sie utworzyc, jest naprawde imponujace, w tym samym czasie podejmuje sie walke z gatunkami wprowadzonymi, takimi jak kozy, swinie, szczury, dzikie koty i psy, ogniste mrowki i inne insekty, i roslinnymi (ktorych jest wiecej niz endemicznych i tubylczych razem wzietych...), ktore sa obecnie chyba najwiekszym zagrozeniem dla przyrody naturalnej wysp. Bez pomocy ludzi, zolwie by nie przezyly, stad te wszystkie galápagery – miejsca, w ktorych choduje i trzyma sie zolwie sloniowe – nazwa, podobnie jak wysp, pochodzi od hiszpanskiego Galápago, nazwa wlasnie zolwi sloniowych (dokladnie, rowniez kilku innych gatunkow zolwi tez). Sporo tez mozna sie nauczyc z Centro de Interpretación (w Charles Darwin Station i jedna na wyspie San Crístobal), a o zolwiach wlasnie w Galápagerach. Sporo przeprowadza sie akcji informujacych i edukujacych ludnosc, wprowadza restrykcyjne prawa chroniace przyrode, to wszystko robi wrazenie. Jednak przy starych i nowych problemach, w dalszym ciagu jest jednak zbyt wczesnie, aby usunac Galápagos z listy Dziedzictw Zagrozonych. Dodatkowym problemem jest nastawienie prezydenta Ekwadoru Rafaela Correa, ktory, chociaz mowi podwojnym jezykiem – „nie potrzebujemy doradztwa miedzynarodowego by wiedziec, ze Galápagos jest zagrozone” (przy okazji jednej z uwag ktorejs z instytucji w Ekwadorze o zagrozeniu wysp, brzmi antyzachodnio, ale w oryginale brzmialo bardziej jako „my tez jestesmy swiadomi w sprawach srodowiskowych, nie jak wiekszosc krajow trzeciego swiata niszczacych swoje dziedzictwo naturalne, nie gorsi pod tym wzgledem od krajow rozwinietych”, lub cos w tym rodzaju), w tym samym czasie chcac umasowic turystyke na Galápagos (jakby nie byla juz wystarczajaco masowa). Niestety, Correa juz wielokrotnie przedstawil swoje nastawienie „neo-rozwojowca” (neo-desarrollista), gloszace rozwoj, rozwiazywanie problemow spolecznych jak najszybciej wszelkimi dostepnymi srodkami, nie liczac sie, przynajmniej w krotkiej skali czasu, z konsekwencjami dla srodowiska (czego konsekwencje wlasnie, jak mozna sobie wyobrazic, sa niejednokrotnie druzgocace, zwlaszcza w dluzszym okresie czasu). Starsi mieszkancy Galápagos sa jego planami zaniepokojeni.
Jest jeszcze jedna rzecz, ktora przyciaga na archipelag ludzi z Ekwadoru – spokoj. Galápagos jest najbardziej bezpiecznym miejscem w Ekwadorze. Mozna tam spokojnie zostawic swoje rzeczy na plazy i nic sie z nimi nie stanie, w kazdym miejscu mozesz wyciagnac aparat fotograficzny i telefon i nikt do Ciebie nie podejdzie zadajac, bys mu je oddal. Oczywiscie, takie rzeczy sie zdarzaja, ale rzadko, nieco czesciej zdarzaja sie rabunki domow, zwlaszcza bogatych i pozostawionych bez opieki. Ogolnie jednak poziom przestepczosci na Galápagos jest bardzo niski – ludziom tam mieszkajacym i zyjacym z turystyki zalezy, aby tak bylo, a poza tym na Galápagos nie jest latwo sie dostac ani je opuscic. Istnieja drogi morskie, slabo monitorowane, ale dostep do nich jest ograniczony.

Przyroda i piekno Wysp Galápagos

Glowna atrakcja turystyczna Galápagos to mozliwosc kontaktu z licznymi, rzadkimi zwierzetami. Wiekszosc mozna ogladac z bardzo bliska, a nawet z nimi plywac (ale dotykac nie nalezy) - poczynajac od zolwi sloniowych i morskich, przez iguany morskie (jedyne jaszczurki na swiecie zywiace sie w wodzie) i ladowe, lwy morskie, delfiny, rekiny mloty i white-tip reef shark (jakos nie znalazlem polskiej nazwy), plaszczki manta i plaszczki orle, orki, wieloryby, poprzez pelikany, zieby darwina, albatrosy, flamingi, fregaty, gluptaki niebieskonogie, pingwiny, moreny, rozne gatunki owadow, az po liczne gatunki tropikalnych ryb. Osobiscie udalo mi sie wielokrotnie ogladac zolwie sloniowe, rowniez w „naturze” (hm, Galápagera Natural na wyspie Santa Cruz, miejsce do zwiedzania, gdzie zolwie zyja naturalnie, a ludzie pobudowali swoja infrastrukture turystyczna itp, poza tym Galápagera Semi-natural na wyspie San Cristobal i rozne gatunki zolwi z roznych wysp w Galápagerach zwyklych na Isabela i Santa Cruz), w tym oslawionego Lonesome George (przykre wrazenie, patrzec na ostatniego ze swojego gatunku... George pochodzi z wyspy Pinta, obecnie znajduje sie w Galápagera w Charles Darwin Station, pod staranna opieka i obserwacja, gdzie staraja sie go rozmnozyc, mieszajac z najblizszym mu gatunkiem, spod jednego wulkanu z wyspy Isabela – gatunki zolwi sloniowych roznia sie w zaleznosci od wyspy, a takze od wulkanu na wyspach, ktore tworzac przeszkody dla nich prawie nie do pokonania izolowaly jedne grupy od innych). Udalo mi sie rowniez, w Rancho Trimisci, posiedziec chwile w trawie sam na sam z zolwiem, i porobic mu kilka zdjec. Zolwie sloniowe maja bardzo slaby wzrok, bardziej widza kolory, i jak rozumiem, ruch – jak sie ruszalem byl bardzo nerwowy i sie chowal w skorupie, jak siadlem w spokoju w trawie, chyba uznal, ze mnie juz tam nie ma, albo ze przynajmniej chwilowo nie stanowie zagrozenia, i wrocil do spokojnej konsumpcji trawy, pozwalajac mi tym samym na spokojna obserwacje i zrobienie paru zdjec. Poza zolwiami, widzialem wlasciwie wszystko wymienione poza rekinem mlotem, plaszczka manta, orka, wielorybem i albatrosem, i udalo mi sie poplywac z lwami morskimi, zolwiami morskimi, pingwinami (kiedy plynalem za trzema pingwinami, jeden z nich oddal kal i musialem szybko sie wycofac J ), white-tip shark, iguana morska, plaszczka orla i morena. Lwy morskie w wodzie, gdy patrza na mnie w ten swoj uwazny, oceniajacy, szacujacy sposob, przywodzacy na mysl obserwacje ofiary, budza we mnie niepokoj, szczegolnie ze w wodzie nie bardzo umiem rozroznic samice (niegrozna, czasem lubia podgryzac pletwy) od samca (mogacego stanowiacego raczej powazne niebezpieczenstwo gdy broni swojego terytorium). Szczegolne wrazenie zrobily na mnie zolwie morskie i plywanie z nimi (chociaz poszukiwanie zolwia w przedostatni dzien prawie skonczylo sie fatalnie, jako ze wyplynalem za daleko od plazy i prad morski odciagal mnie od brzegu, nie moglem wrocic i prawie wpadlem w panike, ostatecznie jednak walczac z pradem udalo mi sie doplynac do zatoki, straszliwie zmeczony, po to by zastac tam pierwszego w moim zyciu zolwia morskiego :) ). Jedna z najpiekniejszych plaz, jakie widzialem w zyciu, Tortuga Bay (jedna z dwoch, obie na Galápagos, druga w Puerto Chino na wyspie San Crístobal, plaza pusta i samotna, piekna – razem z grupka amerykanow plywalismy tam o zmierzchu, wsrod polujacych pelikanow, jeden zanurkowal i wbil sie w wode jakies 1,5-2 metry ode mnie), jest miejscem skladania jaj przez zolwie morskie i dlatego dostepna tylko do godziny 17.30. No wlasnie, dwie sprawy o Galápagos – pierwsza, jako ze jest to rezerwa, poruszanie sie po wyspach jest bardzo ograniczone, po wielu miejscach mozna chodzic wylacznie z przewodnikiem, po wiekszosci nie mozna w ogole, dostep tam maja jedynie ludze z Parku Narodowego (ktory poza miastami, na terenie rezerwy, ma najwieksza wladze, co mowi Park, jest prawem J i bardzo dobrze). Druga sprawa sa krajobrazy – druga atrakcja turystyczna Galápagos. Krajobrazy wulkaniczne, lasy endemincznych kaktusow Tuna Gigante (kaktus – drzewo, z czyms na ksztalt kory), bialych drzew i innych roslin, plaze z bialego piasku powstalego z drobno pokruszonych pancerzy koralowcow, niebiesko-zielone wody Pacyfiku przy brzegach, widok odleglych i bliskich wysp, skal wystajacych z morza, naprawde, naprawde robia olbrzymie wrazenie. I na Galápagos, poza miastami, w nocy mozna obserwowac gwiazdy, mnostwo, widok naprawde piekny. Z wysp, ktore odwiedzilem (Baltra, Santa Cruz, Bartolomé, Isabela, Plazas, Seymour, San Crístobal) najwieksze wrazenie zrobila na mnie Isabela – najwieksza, i z najpiekniejszymi krajobrazami (no, razem z Bartolomé, jedne i drugie podobne pod wzgledem krajobrazow wulkanicznych, tyle ze na Bartolomé zycia prawie nie ma, kilka prymitywnych roslin i malych zwierzatek, przywodzi na mysl krajobraz z poczatkow Ziemi), szczegolnie wulkanicznymi – jej wulkan Sierra Negra ma drugi na swiecie wzgledem wielkosci krater, mierzacy 7.2x9.3 km srednicy (ostatni raz wybuchl w 2005 roku), niesamowity. Z wulkanu Chico, wulkanu pasozytniczego Sierra Negra mozna w oddali zobaczyc wyspe Fernandina, na ktora niestety nie ma wstepu. Miasteczko na Isabela, Puerto Villamil, rowniez jest najpiekniejsze ze wszystkich, z ulicami z piasku, tyle ze troche brudne. Spore wrazenie robi tez wyspa Seymour, siedlisko gluptakow niebieskonogich i fregat, a takze iguan ladowych. Wyspa pelna iguan (oprocz nich kaktusow i malych roslinek, a takze morskich ptakow) to z kolei Plazas (tego samego dnia co Seymour, tyle ze troche wczesniej), gdzie calkowicie zmienilem swoja koncepcje, wizje ptakow morskich i ich relacji z oceanem.

Kilka doswiadczen i przemyslen

Przez pierwsze kilka dni lazilem do Parku Narodowego tlumaczac wielokrotnie dlaczego nie moge zaplacic 100 dolarow, ze pracuje tutaj i wydaje mi sie to zupelnie niesprawiedliwe ze ludzie ktorzy sie tu urodzili placa 6, a ja, ktory pracuje zeby im pomagac place 100. Ostatecznie, bez zadnych rezultatow. Kolejni ludzie mowili mi to samo, i dla odmiany w Ekwadorze okazalo sie ze przepisy sa bardzo jasne, a ich egzekucja jest bardzo dokladna, prawo jest prawem, i nawet nikt nie oferuje zlamania go ani nic z tych rzeczy. Ogolnie bardzo dobrze, chociaz 100 dolarow bolalo, ale jako kontrybucja dla Parku Narodowego i Rezerwy Morskiej Galápagos – nie jest ich szkoda. Jednak aby sie o tym wszystkim przekonac, tez stracilem troche czasu i jedna niewielka podroz, wiec ostatecznie postanowilem, ze zostaje dluzej na Galápagos, co okazalo sie bezproblemowe – bilet lotniczy byl otwarty, date powrotu zmienilem kilkakrotnie, a nawet lotnisko, z ktorego wracalem, i nie musialem za to zaplacic nawet centa.

Kolonizacja wysp Galápagos w ciagu swojej historii byla raczej wielonarodowa. Oczywiscie w wiekszosci Ekwadorczycy, ale takze wielu Europejczykow osiedlilo sie tam i pobudowalo swoje domy. W jednym z nich mieszkala Gabriela, o ktorej wczesniej wspomnialem – Ekwadorka podrozniczka, ktora w Europie zwiedzila wiecej niz ja, mowi po angielsku i niemiecku. Ma 26 lat, pogodna i z otwartym umyslem. Podczas mojego pobytu tlumaczyla mi mnostwo rzeczy odnosnie Galápagos. Jej kolezanka, Francuzka, mieszka jakies 20 lat na wyspie Santa Cruz, i poniewaz postanowila sie wybrac w podroz dookola swiata, co zajmie jej przynajmniej rok, zaproponowala Gabrieli by pracowala w jej sklepie i mieszkala w jej domu przez ten czas, opiekujac sie jej posiadloscia. Na Galápagos Gabriela mieszkala juz 1,5 miesiaca gdy sie tam pojawilem. Dom polozony z dala od wszystkiego, w lesie, byl zdaje sie najpiekniejszym prywatnym domem nie przemienionym w muzeum jaki widzialem w zyciu, z tarasem wychodzacym na ogrod pelny drzew papaya, tylko kawalek dalej las, poza ktorym w oddali mozna bylo zobaczyc Puerto Ayora i jeszcze troche dalej Pacyfik. W nocy niesamowita cisza i spokoj, slychac tylko dzwieki owadow i innych nocnych zwierzat. No, i jeszcze w domu karaluchow lazacych po czym tylko sie da, szczegolnie na tarasie. Gatunek, jesli sie nie myle, wprowadzony, i zbyt powszechny na archipelagu. No ale coz, powszechny prawie wszedzie na swiecie, w Polsce mamy szczescie ze ich prawie nie ma.

Galápagos to miejse dwujezyczne. Wiekszosc turystow jest anglojezyczna, a jezykiem mieszkancow jest hiszpanski. Czesc turystow stara sie cos mowic po hiszpansku, ale przewaznie sa to zwroty typu „hola”, „cuanto cuesta”, „gracias” i „ciao”, a wielu mieszkancow stara sie mowic po angielsku, jednak wiekszosci wychodzi cos.... aby zacytowac wlasciciela jednego hotelu, ktory chcial sie pochwalic swoja elokwencja, „don´t speak english very donkey”. Tak wiec istnieja dwie grupy ludzi, zyjace (turysci chwilowo) obok siebie i nie bardzo mogace sie ze soba porozumiewac. Przewodnicy przewaznie maja komunikatywny, ale dobrze pokaleczony angielski, spotkalem jednego, ktory mowil naprawde dobrze, tak ze przyjemnie go bylo sluchac. Mowic tutaj oboma tymi jezykami plynnie jest prawdziwym przywilejem. Ze wszystkimi mozna porozmawiac, dowiadujac sie mnostwa rzeczy i wymieniajac doswiadczenia, odkrywajac swiaty dla innych niedostepne.
To doswiadczenie sklonilo mnie do przemyslen. Kontakt z turystami, ktorzy mowia po hiszpansku i z tymi, ktorzy podrozuja po calej Ameryce Lacinskiej jezyka nie znajac, odslonil mi nowy obraz znaczenia jezyka dla odszyfrowywania rzeczywistosci i ogromny wplyw, jaki to ma na podroze. Bez znajomosci jezyka, moim skromnym zdaniem, podroz po Ameryce Lacinskiej traci ponad polowe swojego sensu. Bo co bez niego mozna zrobic w miejscu, gdzie malo kto mowi po angielsku? Mozna razem z plecakiem odwiedzic miejsca najbardziej turystyczne. Roznica miedzy bogatym turysta ktory przylatuje z wycieczka wykupiona w USA albo w Europie a mlodym turysta z plecakiem na plecach jest mniej wiecej taka, ze ten drugi spedzi tu wiecej czasu, zobaczy wiecej krajobrazow z autobusu, i troche wiecej biedy Ameryki Lacinskiej. Bez jezyka jednak prawie niemozliwym wydaje sie zrozumienie kontekstu, w jakim sie znajdujemy (przy czym jezyk jest warunkiem zdaje sie koniecznym, ale na pewno nie wystarczajacym). Cennym zrodlem informacji staja sie ci nieliczni ktorzy mowia po angielsku albo inni turysci ktorzy mowia oboma jezykami. Ta konstatacja, ktora chociaz tutaj szczegolnie mnie nie dotyczy, dala mi sporo do myslenia, jako ze moim wymarzonym celem podrozy jest Azja... Gdzie bede sie znajdowal w tej samej sytuacji, co ci biedni turysci tutaj, albo i w gorszej.
Co ciekawe, wiekszosc podroznikow planuje sie nauczyc hiszpanskiego juz tutaj, ale podrozujac jakos im sie nie udaje – podrozuja z jednego oslawionego turystycznego miejsca do drugiego, i posluguja sie jedynie najbardziej podstawowymi slowami i zdaniami. Ze wszystkich napotkanych podroznikow, jedynie Vlad, 29-letni Rumun mieszkajacy w USA od kiedy mial 11 lat, podrozujac naprawde nauczyl sie hiszpanskiego. I dlatego, ze po zwiedzeniu Gwatemali, udal sie do Kolumbii, w ktorym to panstwie tak sie zakochal, ze planujac tam spedzic tylko jeden miesiac, zostal na czternascie, i mial powazne trudnosci z wyjechaniem stamtad. Vlad poza zwykla turystyka uprawia sekso-turystyke (co umozliwia mu jezyk hiszpanski) i stara sie swietnie spedzac czas w Ameryce Lacinskiej. Ogolnie, jest bardzo ciekawym czlowiekem o niezwyklym poczuciu humoru, z ktorym spedzilem mnostwo czasu na Galápagos swietnie sie bawiac na zwiedzaniu, fiestach i innych szalenstwach (przyklad: wybranie sie bez butow w miejsce, gdzie byly jedynie kaktusy, inne rosliny kolczaste i ostre skaly... przeplynelismy Las Grietas – kanion pelen wody, dwa zbiorniki kolo siebie - i postanowilismy sie wspiac po scianie kanionu, i na gorze zastalismy wlasnie to miejsce... kolce wyciagalem przez kolejne kilka dni) i duzo sie z nim i od niego nauczylem. Po tym wszystkim moge napisac, ze jest moim dobrym kumplem.
Ciekawym doswiadczeniem byla rozmowa z dwojka amerykanow i niemcem, Rolandem. Rozmowa zaczela sie od cudow natury, a skonczyla na polityce J Razem z Rolandem reprezentowalismy myslenie hm, europejskie, podczas gdy amerykanie w duzej mierze bronili polityki swojego kraju. Rozmowa o krajach arabskich, ataku na Irak i Afganistan, torturach, polityce Busha, Obamie... Nauczylem sie sporo nowych rzeczy.
Kolejnym waznym przemysleniem z Galápagos, jest, dlaczego wlasciwie podrozujemy? Dlaczego podrozuja ludzie z roznych kultur, dlaczego ludzie ogolnie, dlaczego podrozuje ja? Jaki wplyw na to wszystko ma moda? Czy ludzie podrozuja, bo sa ciekawi swiata, czy dlatego, by pozniej wrocic do domu i o tym wszystkim opowiedziec znajomym i pokazac zdjecia, by zdobyc szacunek i wzbudzic zazdrosc? Gdziekolwiek nie jestem, najczesciej spotykam podroznikow z Niemiec i Izraela, tutaj w Ekwadorze takze ze Stanow Zjednoczonych (w Ameryce Lacinskiej Polakow spotyka sie niezwykle rzadko, wszyscy poznani ludzie byli gleboko zaskoczeni obecnoscia tutaj jednego z nas.. chociaz spotkalem wycieczke dziesiecu bogatych ludzi z Polski na wyspach, ktorzy placac 4 tysiace dolarow od osoby za sam rejs statkiem przylecieli tutaj nurkowac). Jak to jest z japonczykami, ktorzy jeszcze jakis czas temu byli wszedzie ze swoimi aparatami, teraz jakos ich mniej, dlaczego podrozuja? W Izraelu, jak mi opowiedziano, czescia kultury, pewna tradycja stalo sie podrozowanie po ukonczeniu sluzby wojskowej. Ile w tym wszystkim jest wlasnej ciekawosci swiata? Checi zdobycia doswiadczen? Ilu z nas naprawde planuje podroze, ktore odbywa? Czy widzimy w nich jakichs cel, ktory realizujemy, czy moze raczej podroze sa rezultatem zagubienia, realizacja oslawionego powiedzenia „jesli nie wiesz, co zrobic ze swoim zyciem, czas zaczac podrozowac”? Jeszcze nie mam jasnych odpowiedzi na te pytania, czego jest wiecej a czego mniej... Co moge powiedziec, ze moim zyciowym celem jest cel nie do spelnienia - zrozumiec i poznac swiat, bawiac sie przy tym jak najlepiej. Ironia jest, ze jakis czas po postawieniu sobie tego celu stalem sie agnostykiem poznawczym. Przynajmniej mam cel i zajecie do konca zycia J To jest wiec rowniez cel moich podrozy, zrozumiec i poznac swiat. Pomimo tego, nie moge zanegowac faktu, ze kontekst spoleczny podrozowania silnie na mnie wplywa, o wiele zbyt silnie. Na Galápagos zrozumialem w koncu, jak wazny, przynajmnie dla mnie, jest podrozowanie w jakims celu, by go zrealizowac, i dokladne (w miare mozliwosci) przygotowanie podrozy (zadanie domowe).
Sporo czasu spedzilem rowniez rozmyslajac o teorii ewolucji, teoriach jej opozycyjnych, manipulacji ideami i ich wplywie na swiat (gdy czlowiek zdaje sobie sprawe, jakie rozne grupy maja interesy w proklamowaniu pewnych idei, przekonuje sie jasno o znaczeniu nauk spolecznych, szczegolnie socjologii i politologii w kontekscie pozostalych nauk), o rzeczywistosci ogolnie i naczej ludzkiej rzeczywistosci (agnostycyzm poznawczy). Szczegolnie duzo czasu spedzilem analizujac wazki z wyspy San Crístobal – ich kolory i ksztalty, roznice miedzy gatunkami i plciami, rozwazajac nad naturalna selekcja i preferencjami seksualnymi wzgledem ksztaltow i kolorow jako motorami ewolucji. Zastanawialem sie tez troche o osach i gniazdach, ktore tworza, roznicy miedzy gatunkami i ich przyczynach. Sporo tez myslalem o konserwacji i ochronie przyrody, o relacji czlowieka z przyroda (mysle ze niewiele jest miejsc tak sklaniajacych do takich przemyslen jak Ekwador, szczegolnie Galápagos, ale Amazonia, Sierra i Costa tez - ten temat interesuje mnie coraz bardziej im dluzej tu jestem).

Z doswiadczen troszke innych – na Galápagos pierwszy raz bawilem sie w snorkeling, kilka razy. Jak wspomnialem wczesniej, jest to bardzo fajna sprawa, chociaz jedynie nedzna namiastka prawdziwego nurkowania. Poza tym, pierwszy raz naprawde jezdzilem na koniu na wyspie Isabela, na wulkan Sierra Negra – moj kon mial na imie Ranchero, ale wlasciciel nazywal go Avioncito (Samolocik) – szybko sie przekonalem, dlaczego J Udalo mi sie jednak w miare szybko nauczyc jezdzic na koniu i wypracowac z nim pewne porozumienie J, tym samym w miare go kontrolowac, i robilem prawie co chcialem, az do galopu, ktory jednak byl dla mnie troche za trudny. Musze sie nauczyc jezdzic lepiej, strasznie mi sie spodobalo, jezdziectwo wydaje sie byc swietne.

Chociaz latwo o tym zapomniec, Galápagos jest jednak czescia Ekwadoru, i czasem czlowiek sie o tym przekonuje – pieknym przykladem bylo, jak wykupilem wycieczke na wyspe Isabela, ale jakies dwie kobiety (zamaskowane by chronic sie przed swinska grypa) zajely moje, i jeszcze jednej dziewczyny, miejsce w lodzi. Blad byl tych, ktorzy je na lodz wpuscili, pozniej juz nie dalo sie ich w cywilizowany sposob z niej usunac. Zaczela sie dluga klotnia, teksty typu „tenga la bondad” (bardzo czesto uzywane w Ekwadorze, znaczy mniej wiecej „prosze miec dobroc”), kobiety, oficer marynarki pracujacy w porcie i pracownicy z lodzi, a takze ja i Mabel, ktora byla w tej samej sytuacji co ja. Ostatecznie skonczylo sie na tym, ze poszedlem na poklad lodzi (juz nie chcialem sie wyklucac, stajac na sloncu jak idiota) na ktorym odbylem, lezac i opalajac sie (pod sporymi ilosciami olejku) na morderczym sloncu, smagany rozpryskiwana przez lodz woda. Ogolnie wyglada na to ze bylo duzo lepiej niz pod pokladem, gdzie ludzie czesto bardzo zle znosza podroze w tym typie lodzi (male i bardzo szybkie) i gdzie co jakis czas ktos wymiotuje. Jakis czas pozniej sam wybralem podroz na pokladzie, i po podrozach na gorze i na dole stwierdzam, ze na gorze jest o wiele fajniej J Chociaz nielegalnie, jako ze marynarka na to nie zezwala, i jesli zlapie taka lodz, daje jej mandat...

I jeszcze o pewnym hotelu. Hotel nazywa sie Albatross, znajduje sie na wyspie San Crístobal, w Puerto Baquerizo Moreno. Hotel reklamuje sie jako w miare luksusowy, i normalnie do najtanszych nie nalezy. Ma wentylatory i telewizje, i jak mowia, wygodne pokoje. Jesli kiedys zdarzy sie wam znalezc na tej wyspie, mozecie sobie ten hotel zwiedzic, ale dla wlasnego dobra nie zostawajcie tam na noc, dobrze radze. Poniewaz porzadny i bardzo tani hotel obok byl calkiem pelny, po okolo godzinie czekania na recepcji, zapytalem sie wlascicielki (jak sadze), po ile ma najtanszy pokoj (bylem juz prawie bez kasy). Powiedziala mi, ze ma jeden za 10 dolarow za noc, ucieszylem sie, zaprowadzila mnie tam, i go wzialem. Dopiero po pewnym czasie zdalem sobie sprawe z jego pewnych wad. Po pierwsze, byl brudny, z grzybami w lazience, nie wiem kiedy ktos go ostatnio sprzatal, naprawde sprzatal. Po drugie, nie mial okna, jedyne okno mial w lazience, gdzie z kolei nie bylo swiatla i smierdzialo niemilosiernie. Aby spac, musialem wlaczac wentylator i otwierac drzwi od pokoju, zamykajac lazienke. Poza tym, w hotelu byly karaluchy (w innych wczesniej tez widzialem, w sumie zdaje sie, ze sa prawie wszedzie na Galápagos, przynajmniej w miastach). Jestem juz przyzwyczajony do nedznych warunkow, ale to przeszlo moje oczekiwania. Zdecydowalem, ze nie bede placil za to 10 dolarow za noc, i gotowy szantazowac wlascicielke zamieszczeniem informacji w internecie, po pierwszej nocy poszedlem rano z nia rozmawiac. Opisujac po kolei warunki w moim pokoju, zaznaczylem, ze za ten pokoj zaplace 20 dolarow za trzy noce, na co z niewesola mina pani sie zgodzila. Obylo sie bez szantazu, a chociaz skandaliczny, hotel stal sie wystarczajaco tani, aby to zniesc (tak czy inaczej, spedzalem w nim tylko noce). Obejrzalem sobie kilka pokoi w poblizu mojego, i stwierdzilem, ze warunki sa podobne. Ostatecznie na ostatnia noc, poszedlem spac do pokoju obok, ktory przynajmniej mial okno, za to mial zniszczony zamek w drzwiach, ale jako ze moje musialem otwierac, bylo mi wszystko jedno J Przez sciane konczaca sie jakies pol metra pod sufitem, moglem sluchac pary Francuzow mieszkajacych obok, i ich rozmow nad ranem. No ale okej. Po przeczytaniu tego opisu, mam nadzieje ze jesli przyjdzie tam wam sie znalezc, dobrze sie zastanowicie zanim skorzystacie z tego hotelu o jakze pieknej nazwie.

Co sie nie udalo – podsumowanie negatywne

Ogolnie z pobytu na Galápagos jestem bardzo zadowolony, ale oczywiscie nie wszystko sie udalo. Poza wspomnianej koniecznosci zaplacenia 100 dolarow, wydalem duzo wiecej pieniedzy niz chcialem – Galápagos jest dwa, trzy razy drozsze niz kontynent, najdrozsze sa tours i podroze miedzy wyspami. Nie udalo mi sie zwiedzic kilku wysp, ktore bardzo chcialbym odwiedzic -
Española (tylko rejs, strasznie drogi), Fernandina (nie ma mozliwosci jej zwiedzenia, mozna wziac bardzo drogi rejs ktory przeplywa obok niej) Floreana (moja ignorancja, a w koncu brak czasu – kiedy moglem, okazalo sie ze nie ma rejsow lub miejsc w tym czasie, czego nie przewidzialem), i wyspy na polnocy, m. in. Darwin (tylko rejs...). Bardzo zaluje rowniez, ze nie mialem licencji na nurkowanie, musze ja sobie w koncu wyrobic (podobnie jak skydiving i climbing). Snorkeling jest fajny, ale jest jedynie nedzna namiastka nurkowania. Wlasnie z tego powodu wlasciwie nie mialem szansy zobaczyc rekina mlota i mniejsze by zobaczyc plaszczke manta, co rowniez sie nie udalo. Nie udalo mi sie zobaczyc albatrosow (bardzo ciezko je spotkac poza wyspa Española), gluptakow czerwnonogich (brak czasu i pieniedzy na wyspie San Crístobal), gluptakow zamaskowanych (podobnie), orek ani wielorybow, flaminga tylko jednego z daleka, a delfiny tylko przelotnie w wodzie (pisze o tym, bo zwierzeta mnie fascynuja i uwielbiam je obserwowac, fajnie zobaczyc je na wlasne oczy a nie tylko w telewizji, przekonac sie, ze naprawde istnieja i ze naprawde mozna je samemu spotkac, chociaz nie zawsze jest to latwe, mozna tez zwrocic uwage na detale srodowiska, kontekstu spotkania, ktore nie zawsze widac w programach przyrodniczych). I na wyspach, na ktorych bylem, nie wszedzie udalo sie dotrzec, gdzie chcialem i zobaczyc to, co chcialem. Ogolnie, spedzilem na Galápagos za malo czasu, i czesc z tego czasu zmarnowalem :P na fiesty i szeroko rozumiane socjalizowanie sie (spedzanie czasu ogolnie nie takie zle, ale niekoniecznie na Galápagos, gdzie moglem go spedzic lepiej, niemniej w ten sposob tez duzo sie nauczylem, chociaz mozliwe ze w inny moglbym nauczyc sie wiecej J). Podsumowujac, wiem, ze to bedzie trudne, ale naprawde chcialbym odwiedzic Galápagos jeszcze raz.

Powrot

Ostatecznie wracalem w niedziele, dwa tygodnie po przybyciu, z lotniska na wyspie San Crístobal i kolejny raz samolot byl opozniony – wrocilem do Guano okolo 1.30 w nocy, a o 6.25 musialem wstac do pracy.

Homero

Wiedzialem, ze w Ekwadorze mozna spotkac wiele fascynujacych gatunkow zwierzat, ale ze napotkam skorpiona na ulicy w Guano, tego sie nie spodziewalem. Ludzie tutaj rozrozniaja dwa gatunki – skorpion czarny, ktorego nazywaja inaczej, jego jad nie jest tak bardzo niebezpieczny, i skorpion jakby zielonkawy, z jadem o wiele grozniejszym, ktorego nazywaja skorpion. Ten byl czarny, o tym podziale dowiedzialem sie dopiero spro pozniej. Wzialem go ze soba do domu w plastikowym pudelku, zeby porobic mu zdjecia i pozniej zaniesc w jakies bardziej bezpieczne miejsce, jak jakis las. Jako ze zakazano mi go wniesc do domu (Ruth i François, jak rzadko, mowiacy jednym glosem J ), zostawilem go na dachu. Nadalem mu imie Homero J Nastepnego dnia bylem bardzo zajety, i nie mialem czasu sie nim zajac, wstyd mi, ale ostatecznie zostal na kolejna noc. Drugiego dnia w koncu wzialem aparat i postanowilem mu zrobic zdjecia, wyjalem go z pudelka w miescu, gdzie robi sie pranie, i ze smutkiem stwierdzilem, ze sie nie rusza... Cholera, pomyslalem ze sporymi wyrzutami sumienia, bardzo mi przykro, ale trudno, porobie mu pare zdjec i zaniose gdzies, gdzie bedzie spoczywal w pokoju. Jak zaczalem robic zdjecia, Homero ozyl, okazalo sie ze jedynie byl w letargu. Przejety, podniecony i radosny robilem zdjecia jak sobie lazil po rodzaju umywalki, ostatnie zdjecie zrobilem jak wlazi do dziury, ktora odprowadza sie wode J W podnieceniu nie myslalem o tej mozliwosci... No wiec Homero uciekl do rury, ktory prowadzila do rzeki. Spuscilem za nim troche wody (ale nie duzo, zeby go nie utopic), aby byc pewny, ze uda sie do rzeki i nie zabije kogos, kto bedzie tu robil pranie. Mialem nadzieje, ze przy rzece jakos sobie poradzi. Aby postraszyc François i Ruth, zazartowalem ze uciekl na schodach, zeby byli ostrozni, jednak pozniej powiedzialem, ze bylo to jedynie niewinne klamstwo, zreszta ogladajac zdjecia w swojej lustrzance François zdal sobie sprawe sam J
Minely zdaje sie dwa dni, wracalem w nocy do domu z biura, i akurat rozmyslalem o Homero, o tym jak ludzie reagowali jak go widzieli lub o nim slyszeli, aby mniej wiecej miec oszacowac czy jest to zjawisko czeste czy rzadkie, i wyszlo mi ze raczej rzadkie. Wszedlem do budynku, wchodze po schodach do mieszkania.... I zobaczylem Homero jeden stopien pod naszym mieszkaniem... Przez chwile zastanawialem sie, czy jest to halucynacja, czy jestem bardzo zmeczony, czy moze zwariowalem.... Bo przeciez dopiero co zartowalem sobie o jego zagubieniu na schodach, dopiero co o nim rozmyslalem wracajac do domu, a wlazl do rury dwa dni wczesniej! Przez chwile naprawde podejrzewalem swoje zmysly o zdrade. Jednak Homero nie znikal, wiec wzialem plastikowy pojemnik i postawilem go tam, gdzie wczesniej, przy wyjsciu na dach. Ciagle zdumiony, poszedlem wstac, rano wzialem aparat François i zrobilem mu nowe zdjecia. Wzialem go razem z pojemnikiem, i poszedlem do najblizszego lasu, zeby go tam zostawic, po drodze spotkalem François, ktory zaczal podejrzewac ze caly czas go mialem i ogolnie byl bardzo, bardzo zaniepokojony obecnoscia Homero. Przy lesie spotkalismy znajoma kobiete, ktora mieszka i pracuje tuz obok, jak jej pokazalismy skorpiona powiedziala nam, aby zostawic go w lesie przy kamieniach, bo tam wlasnie mozna spotkac skorpiony (a troche sie balem ze nie spodoba jej sie pomysl nowego sasiada, w koncu ma male dzieci, widac ze jeden mniej lub jeden wiecej nie robil jej roznicy...). Jak powiedziala, tak zrobilismy – w odleglosci od sciezki przy jednym z wielkich glazow Homero znalazl swoj nowy dom. Mam nadzieje J I mam nadzieje ze ma sie dobrze J Jeszcze dlugo po tym wydarzeniu, az do teraz, nasz koordynador wspomina o Homero. Dzien po zaniesieniu go do lasu, skomentowal, ze teraz Homero musi byc mniej wiecej w okolicy mostu na rzece (czy cos w tym rodzaju), w drodze do domu J François na tego typu zarty reaguje, moim zdaniem nieco nerwowym, smiechem :)

Chimborazo

Na poczatku maja, zgodnie z wczesniejszym planem, razem z François wybralismy sie na Chimborazo, z planem wyjscia powyzej 5 tysiecy metrow. Razem z nami chcialo sie wybrac jeszcze kilka osob, ale najwyrazniej nie byli wystarczajaco przekonani i w koncu poszlismy sami. Mielismy maly problem z transportem, bo nasz bus byl pelny i nie chcial nas wziac, a kolejny nie przyjechal, jednak ostatecznie roznymi srodkami transportu – jednym z nich byl samochod skupujacy i rozwozacy mleko, mielismy okazje poobserwowac jak sie kupuje mleko porozumiewajac sie na migi z osobami, ktore zdaje sie nie mowia w ogole po hiszpansku albo nie mowia w ogole – zachaczajac po drodze o Casa Condor - jedno z najslawniejszych miejsc turismo comunitario (turystyki spolecznej), ktore akurat bylo calkiem puste i jedynie je sobie poogladalismy - dostalismy sie na miejsce, czyli podnoza Chimborazo. Zaczelismy sie wspinac, pogoda byla bardzo zmienna, chmury poruszaly sie ze z duza predkoscia. Napotkalismy Vicuny, najmniejsze przedstawiciele wielbladowatych na swiecie, porobilismy pare zdjec. Po jakiejs godzince lub cos w tym rodzaju dogonil nas autobus, pelny obcokrajowcow, jak sie pozniej okazalo Holendrow, ktory milosiernie wzial nas ze soba az do pierwszego schroniska. Mialo to sporo skutkow, dobrych i zlych – dobrych - zaoszczedzilismy sporo czasu i udalo nam sie byc na gorze kiedy pogoda byla jeszcze ladna, zlych – jako ze szybko znalezlismy sie na sporej wysokosci, nie mialem czasu na spokojna aklimatyzacje, i bardzo duzo mnie kosztowala podroz do drugiego schroniska, znajdujacego sie na wysokosci wlasnie 5000 metrow. W schronisku poczatkowo chcielismy pozostac, polozylem sie na chwile spac, zeby odpoczac, bolaly mnie oczy od swiatla, bardzo ciezko mi bylo oddychac i bylem zmeczony. François zniosl to wszystko o wiele lepiej niz ja. Zasnac jednak nie moglem, jako ze za kazdym razem jak moj oddech robil sie wolniejszy, wybudzalem sie z uczuciem duszenia sie. Oddychac moglem jedynie szybko i plytko. Ale po chwili spedzonej w lozku poczulem sie lepiej, i przyzwyczailem sie do wysokosci (stosunkowo szybko, prawdopodobnie wplyw mialo to, ze mieszkam na wysokosci prawie 3 tysiecy metrow), wstalem i razem z François, ktory uzupelnial w miedzyczasie swoj dziennik, postanowilismy pojsc jeszcze troche wyzej. Teraz juz nie mialem problemow i wspinalem sie wzglednie normalnie. Weszlismy moze jakies 100 metrow ? wyzej niz schronisko, i chcielismy isc dalej, ale niestety zmiana pogody zmusila nas do powrotu. Nie wygladalo na to, ze ma sie wypogodzic (zwykle wieczorem w tych miesiacach Chimborazo nie jest widoczne, rano o wiele czesciej), wiec zdecydowalismy sie wracac. Wrocilismy razem ze wspomnianymi Holendrami – wycieczka zorganizowana przez jednego z nich, przyjezdza do Ekwadoru okolo dwoch razy w roku od 17 lat, uczestnicy pomagaja w jednej wiosce np. przy budowie budynkow komunalnych itp. Razem z nimi odwiedzilismy hodowle ryb, pozniej Gorace Zrodla, ktore nie majac zadnej reklamy zwykle sluza jedynie okolicznej rdzennej ludnosci. Widzielismy tradycyjne kanaly irygacyjne, ktore jeszcze uzywa sie by regulowac nawodnienie pol, proste kanaly w ziemi, jak sie uszkodza naprawia sie je za pomoca ziemi, robia spore wrazenie na zboczach gor, prosta „konstrukcja”, tradycyjna, w dalszym ciagu uzywana i dzialajaca. Holendrzy zaprosili nas na kolacje z kupionych wczesniej ryb, i zawiezli nas do Riobamba. W drodze posluchalismy sobie muzyki Quichua, jako ze przewodnicy, czlonkowie spolecznosci w ktorej Holendrzy pracowali, byli indígena i mowili tym jezykiem. Przy kilku okazjach podczas tej podrozy zamienilismy z nimi kilka zdan, i nauczylismy sie nowych slowek w Quichua.
Podsumowujac, nie bez trudnosci, ale udalo nam sie osiagnac cel, ktory sobie postawilismy. Wyszlismy na wysokosc okolo 5100 metrow. Widzac szczyt gory z tak bliska, postanowilismy, ze ktoregos dnia, jakos we wrzesniu, wrocimy tam z przewodnikiem i sprzetem, i zdobedziemy szczyt Chimborazo, 6290 metrow, najwyzszej gory w Ekwadorze.