viernes, 6 de noviembre de 2009

Na koniec – podsumowanie krytyczne

Coz, nadszedl czas na male podsumowanie tego, co sie wydarzylo w tym roku, od listopada 2008 do listopada 2009.

Moj pobyt w Ekwadorze to, z punktu widzenia wolontariatu (bylo rowniez sporo osobistych, ale o nich nie chce pisac), historia porazek. Porazek z roznych przyczyn.

Po pierwsze, na pewno sprawy skomplikowaly wybory (zwlaszcza lokalne): takie dzialania jak przygotowania do kampanii wyborczej, kampania wyborcza, wybory, i w koncu ich wynik. Zaangazowanie naszego koordynadora okazalo sie istotne, zajety (przegranymi) wyborami nie przejmowal sie szczegolnie wolontariuszami i wszystko, czym sie zajmowalismy musielismy sobie organizowac sami. Ponadto postrzeganie jako osoby zaangazowane tez nam nie pomagalo.

Do tego dochodza strajki w szkolnictwie i szkolnictwie wyzszym, o czym juz pisalem. Zamkniete szkoly i palenie opon przez studentow nie pomaga w urzadzaniu zajec.

Oprocz tego dochodza konfliktowe charaktery, konflikty w grupie i z innymi ludzmi, ktore nie ulatwily nam zycia i wszystko straszliwie skomplikowaly. Roznice w pogladach i niewielka tolerancja, niestety tez. Opinie, jakie sie pojawily o grupie wolontariuszy nie pomogly dzialac jak nalezy.

Do tego dochodzi nasza niekompetencja w pewnych kwestiach, roznice kulturowe, brak zrozumienia co jest grane kiedy trzeba bylo, brak zaufania, problemy osobiste, czasem lenistwo.

Ale na szczescie byly tez pewne sukcesy:

Udalo mi sie podszkolic lub nauczyc sporo dzieci, jak uzywac komputer – czesto calkowicie od podstaw, a takze troszke angielskiego na tych kilku lekcjach, ktore z jezyka przeprowadzilem. Na informatyce uczylem tez liczyc i pisac i dzieci robily postepy... Zajecia z Zabawnej Nauki rowniez zakonczyly sie sukcesem, udalo sie tez przeprowadzic kilka innych zajec na rozne tematy, o korupcji, o ekologii... Pracy z dziecmi w San Gerardo, mimo ze projekt zakonczyl sie niepowodzeniem, tez nie moge zaliczyc calkowicie do porazek, dzieci niezle spedzily czas i, mam nadzieje, czegos sie nauczyly.

Co osobiscie wygralem na tym wszystkim?... Troche sie nauczylem, w wielu sferach.

Sposrod roznych, najwazniejsze – byc naprawde soba i robic to, co naprawde chce robic... I kochac ludzi, takimi, jakimi sa...

Mysle, ze udalo mi sie osiagnac cos, co chcialem – pozbyc sie europocentrycznego (czy zachodniocentrycznego) punktu widzenia...

Wygralem rowniez troche ludzi, ktorzy mysla o mnie dobrze, i troche ludzi ktorzy mysla o mnie zle. I byc moze kilku przyjaciol.

Zrozumialem tutaj jeszcze jedna bardzo wazna rzecz: Jak wspaniala mam rodzine i przyjaciol w Polsce (podobno lepiej pozno niz wcale =)). Tutaj sposob relacjonowania wydaje sie byc inny. Wielu ludzi nie ma prawdziwych przyjaciol, ma jedynie kumpli. Kumpli, ktorych sie wykorzystuje do roznych rzeczy... Nie ma byc moze tego zindywidualizowania ktore mamy w Polsce, ludzie chetniej wspolpracuja, ale przyjaznie w Europie, i w Polsce,wydaja sie byc zupelnie inne, glebsze. Albo po prostu ja mam szczescie zyc obok wlasnie tych wlasciwych ludzi, i to wlasnie dzieki nim mam ochote wrocic do Polski, przynajmniej na jakis czas. Gdyby nie oni, pewnie zostalbym tutaj, tutaj mam o wiele wiecej swobody... Mowia, ze dom jest tam, gdzie jest serce... A tam, gdzie sa bliscy i przyjaciele, jest przynajmniej jego spory kawalek. Co jednak nie znaczy, ze spedza sie tam duzo czasu.

Coz, teraz imprezy pozegnalne, i przez Atlantyk...

Na polnoc od Quito

W weekend bylym w Quito aby zawiezc swoje bagaze, korzystajac z chwili wolnego postanowilem udac sie do Otavalo, aby zobaczyc to miasteczko i kupic pare pamiatek, a takze odwiedzic Chota i Mascarilla, dwie miejscowosci afroekwadorskie. To moja ostatnia podroz podczas wolontariatu, pozniej juz tylko powrot do domu...

Otavalo to ladne miasteczko troche na polnoc od Quito, polozone nad jeziorem, jedna z jego atrakcji turystycznych jest rowniez jakas kaskada. Otavalo jest jednak znane z tego, ze ma wielki i bardzo tani rynek, na ktorym mozna kupic mnostwo rzeczy, glownie turystycznych. Wchodzic na ten rynek powinno sie majac przy sobie malo pieniedzy, bo sie wychodzi bez nich, obladowanym siatkami.

Chota ma swoja specyficzna magie... Polozona w ladnej dolinie, malutka i sucha miejscowosc afroekwadorska, (bialy czlowiek rzuca sie tam w oczy =)), z ktorej pochodza najlepsi pilkarze Ekwadoru. Podobno pilke nozna sie tam kocha. Poza tym, miasteczko jest biedne i poza swoimi mieszkancami niczym sie nie wyroznia. Ludzie wydaja sie byc mili, w restauracji (nie szczegolnie czystej i pelnej much), mialem okazje zjesc dobrze i tanio i pogadac z kilkoma zyczliwymi osobami (interes rodzinny).

Mascarilla jest jeszcze mniejsza (obecnie mieszkancy dzialaja, aby stala sie... parroquia) i nie mialaby soba nic do zaoferowania zwiedzajacym, gdyby ktos tam nie wpadl na genialny pomysl wyrobu i sprzedazy masek. Maski to nieodlaczna czesc kultur afrykanskich, i afroekwadorczycy z Mascarilla postanowili ten motyw wykorzystac w swojej ekspresji kulturowej i rozpetac interes. I, udalo im sie - przez jeden sklep i grupe ludzi, Mascarilla stala sie znana, moze jeszcze nie slawna, ale juz w miare znana. Maski sa ciekawe, niektore nawet bardzo, pani ktora sprzedawala zyczliwa i otwarta. Do Ibarra wracalem stopem, podwiezli mnie mieszkancy miasteczka (rodzina, jeden z nich, mlody chlopak, byl pilkarzem), co mile nie musialem nic placic, kiedy w Ekwadorze bardzo czesto za podwiezienie trzeba dac odrobinke wiecej niz za autobus, przynajmniej na krotszych dystansach). Droge powrotna do Ibarra, na pace, spedzilem na rozmowie z facetem, nazywal sie Angel Espinoza, rolnik z Mascarilla, wydawal sie madrym i milym czlowiekiem (chociaz czasami przygladal mi sie dosc krytycznie=)), spedzilismy niezle czas, czegos sie od siebie uczac.

Coz, w tej krotkiej podrozy spedzilem milo czas, chociaz na rynek w Otavalo nie powinienem byl wchodzic=) Wydalem tam kupe kasy i wrocilem do domu z mnostwem rzeczy. A, i jak sie cos tam kupuje do ubrania, lepiej to wyprac zanim sie ubierze, kupilem sobie sliczne zielone spodnie od ktorych mam sporo slicznych czerwonych kropek... Ot, nauczka.

Swieto Zmarlych

Sam bym pewnie o tym nie pomyslal, ale ktos (ktos, kto ciagle komentuje moje wpisy =)) mnie poprosil, abym cos o tym napisal, wiec niniejszym to czynie =)

Swieto Zmarlych to obchody katolickie, rdzenne tradycje, a takze fiesta z okazji Helloween i zamieszanie jakie to ostatnie wywoluje.

Swieto Zmarlych rdzenni mieszkancy Andow Ekwadorskich (zwlaszcza na poludniu) obchodza mieszajac nieco religie katolicka i rdzenne tradycje, osobiscie ten synkretyzm wydaje mi sie bardzo ciekawy. Ludzie ida na cmentarz, i na grobie zostawiaja jedzenie dla zmarlego, i opowiadaja mu, co sie stalo przez caly ten ostatni rok, od jego smierci lub od ostatniego Swieta Zmarlych. Placza i wspominaja. Tradycyjnym napojem jest Colada Morada (Napoj Fioletowy =)), ktora robi sie... Hm, wykorzystuje sie kompot z owocow, ktory razem z czyms jeszcze gotuje sie, i powstaje Colada Morada=) Mi osobiscie zimna smakuje duzo bardziej niz goraca. Zostawiona na jakis czas, kilka dni, fermentuje, i zamienia sie w napoj troszke alkoholowy. Oprocz Colady, je sie Wawa (na polski dziecko...), duza bulke w ksztalcie dziecka, z nadzieniem podobym do Colady w srodku, z kremem na wierzchu, ktory przedstawia oczy, buzie itd. Niestety, wiecej nie wiem, nie mowiac juz nawet o pozostalych kulturach Ekwadoru.

W swieto Zmarlych sporo osob przebiera sie i maluje (USA to jeszcze nie jest, ale wyglada na to ze idzie w te strone), jest sporo imprez, otwieraja sie domy strachow - do jednego mnie zaprosili, czekalem w kolejce dwie i pol godziny (dwie kolezanki wystepowaly w srodku, gdyby nie to pewnie bym zawrocil na widok ogonka), i... naprawde bylo warto, dom byl swietnie przygotowany, mimo kilku niedociagniec naprawde milo mnie zaskoczyl... Jak zobaczylem pokoj narkomana obwieszony strzykawkami i chlopaka ze strzykawka w ramieniu, ktory swoja droga naprawde swietnie zagral swoja role, nieco oslablem =) Widocznie zasugerowalem sie napisem nad drzwiami, ze bez wyobrazni nie ma strachu, i wyszedlem nieco przestraszony =)
Ale Helloween ma rowniez swoich przeciwnikow. Do tej pory mam ulotke jakiegos kosciola ewangelickiego, w ktorej dokladnie tlumacza, ze jest to tradycja celtycka (z Irlandii) itd, ale obecnie jest... wykorzystywana przez satanistow, ze pod koniec pazdziednika zawsze znika i ginie wiecej dzieci i satanisci rekrutuja w ten dzien... Ulotka jest niezle przygotowana, ale stwierdzenie ze Helloween to seks, alkohol i narkotyki jakos nie podzialalo na mnie tak jak by mialo =) I fakt ze Helloween odwoluje sie do tradycji druidow celtyckich (i ze z tego powodu Swieto Zmarlych jest w ten dzien) i ich wierzen, tez jakos nie dziala na mnie odstraszajaco, wiecej, w koncu widze w tej komercji cos ciekawego...

lunes, 26 de octubre de 2009

..... ...... ......

No coz, ostatnio nie mam duzo szczescia jesli chodzi o prace. Tzn, zalezy jak na to patrzec, mozna powiedziec nic nie robic+wynagrodzenie=szczescie...

Wszystko zaczelo sie od projektow egzaminow dla nauczycieli - sprawdzenia ich umiejetnosci z mysla o poprawie poziomu edukacji w Ekwadorze. Sam pomysl w sobie - swietny, nic tylko przyklasnac wzdychajac czemu tak pozno. Niestety, wprowadzenie go w zycie to juz zupelnie inna sprawa. Projekt Ministerstwa Edukacji okazal sie byc zupelnie oderwany od rzeczywistosci, ktora ministerstwo w pewnej mierze pomaga tworzyc. Egzaminy ogolne - latwe, egzaminy dotyczace poszczegolnych materii - bardzo trudne. I wszystko byloby prawie ok, gdyby nie to, ze istnieja szkoly z jednym lub dwoma nauczycielami, tzw. Unidocente y Bidocente (wlasnie w takich pracuje). Istnieja z roznych powodow - daleko, nikt inny nie chce, i dlaczego wiecej niz dwoch na taka grupke dzieci. Niestety, ewaluacja nie bierze ich pod uwage, wiec ci nauczyciele beda musieli zdawac wszystkie przedmioty ktorych ucza co skonczy sie wywaleniem wiekszosci z nich. Moze i to nie byloby takie zle, gdyby ktos mial ich zastapic, ale w szkolach w dzungli, gleboko w gorach czy na innym krancu swiata nie wielu chce uczyc, a juz na pewno nie wielu dobrych. (POPRAWKA) Jesli nauczyciele nie zdadza egzaminow i powtorki, traca prace i ida na emeryture, z odprawa. Zmiany w prawie zakladaja tez obnizki plac - nauczyciel, ktory dotychczas zarabial 1000 dolarow ma zarabiac 450... Mowi sie rowniez ze rzad planuje skonczyc z mianowaniem nauczycieli, i od teraz beda dominowac kontraty roczne. Nauczyciel kontraktowy zarabia 250 dolarow. Wiec rozpoczal sie strajk nauczycieli. UNE (Unión Nacional de Educadores - Narodowy Zwiazek Nauczycielstwa) urzadzalo demonstracje, protesty, blokade drog i takie tam. Trzeba podkreslic ze wiele z tego to interesy samej organizacji i ochrona wlasnej niekompetencji, ale wyzej wymienione powody sprawiaja ze jestem sceptyczny wobec tej poszczegolnej reformy. Protestowano przeciw nowej ustawie o szkolnictwie, szkoly publiczne odwolywaly zajecia. Rzad postawil sie bardzo autorytarnie i oglosil ze nauczyciele sa zli (podobnie jak wczesniej media a wczesniej jeszcze kilka innych sektorow).

I tym samym prawie nie pracowalem w szkolach od wrzesnia, nie zrealizowalem programu ktory chcialem.

Oprocz tego przygotowalem (przygotowywalem, nie skonczylem jeszcze) zajecia na Uniwersytet, o korupcji i antykorupcji. Moj kurs zaakceptowano, zorganizowano mi sale, itd. Wszystko pieknie. Wyjechalem na tydzien do Perú, gdzie mialem konferencje miedzynarodowa mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu, jak wrocilem, spokojnie sobie pracowalem w biurze nad prezentacja pp na kurs, nieswiadomy tego co sie dzieje w kraju, kiedy przyszedl koordynator i mi oznajmil, ze wlasnie trwa... strajk szkolnictwa wyzszego... Rzad przedstawil projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyzszym :) I prawdopodobnie kurs sie nie odbedzie. Przyszedlem na wyznaczona godzine, UNACH zamkniety, kiedy w koncu go otwarli, studenci nie chcieli przyjsc na zajecia. Strajkowano przeciwko naruszaniu autonomii uniwersyteckiej.

Wyglada na to ze sytuacja nie zmieni sie zbytnio w ciagu najblizszych dni, w przyszlym tygodniu poniedzialek i wtorek sa wolne a w kolejny poniedzialek juz wybywam, wiec podczas rozmowy z poddziekanem zdecydowalismy odwolac kurs i przeniesc go na odlegly termin styczen-luty (jesli w ogole...).

Wiec tak oto, przygotowawszy mniej lub bardziej pewne rzeczy (kursu nie skonczylem, ale sporo nad nim pracowalem...), zadne dzialanie w edukacji nie doszlo do skutku w ciagu ostatnich dwoch miesiecy. No coz, wiele z tym juz nie zrobie. Tyle przynajmniej, ze pracujac nad kursem sporo sie nauczylem i czasu nie moge uznac za stracony, warto bylo.

Co do konferencji miedzynarodowej mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu w Perú, w miare sie udala, chociaz nie byla az tak ogolnolatynoamerykanska jakby sie chcialo, i tak dobrze zorganizowana. Byly ciekawe wyklady, sporo informacji, i wspolna praca nad listem na szczyt ONZ w Kopenhadze, ktory CANLA (Cliamate Action Network - Latin America) czy wlasciwie CAN wysle (ta organizacja globalna ma taka mozliwosc) i zostanie tam przeczytany, jak wszystko pojdzie dobrze. Oprocz tego, jesli sie uda rozpoczniemy troszke bardziej intensywna wspolprace miedzy organizacjami srodowiskowymi i mlodziezowymi z Ekwadoru i Perú. Poza praca, kolejne wrazenia z Perú - nie cierpie Limy, a granicy w Tumbes-Huaquillas po prostu nienawidze. W Mancora jest fajna plaza, a jedzenie peruanskie jest dobre :)

Nic, teraz juz tylko mi pozostaje pozegnac sie w szkolach, przygotowac pare rzeczy i pare akcji zakonczyc, i az do powrotu do Polski, wakacje...

sábado, 10 de octubre de 2009

Chwila refleksji

Mysle, ze czasami aby cos zrozumiec, trzeba dostac porzadny lomot od zycia. Wtedy czlowiek sie zastanawia nad swoja hierarchia wartosci, nad swoimi plusami i minusami, co moze zmienic aby bylo lepiej. Czasami trzeba sie gdzies zatrzymac, siasc na chwile w trawie, i nie myslec, po prostu obserwowac swiat dookola Ciebie, aby cos do Ciebie dotarlo. Cos spoza tych wszystkich struktur, ktore masz w glowie. Tyle rzeczy ktore nas tak martwia, w rzeczywistosci nie maja wiekszego znaczenia. Czasami sie zastanawiam, skad mamy tyle bzdur w glowie, skad to wszystko sie tam wzielo, kiedy stalo sie czescia nas samych? Kiedy CV stalo sie wazniejsze od tego, kim naprawde jestesmy? To po prostu niesamowite.
To cale myslenie ambicjonalne, ochrona wlasnje dumy, ten glod przejawiajacy sie na tyle roznych sposobow, swoiste uzaleznienie "wiecej wiecej wiecej". Po co to wszystko jest jednostce potrzebne?... Tak czesto bardziej nam zalezy, aby wydawac sie, aby sie dobrze sprzedac, tworzyc pozory, niz faktycznie byc. To wydaje mi sie tak smutne, zapominamy czego tak naprawde chcemy, co jest tak naprawde wazne dla nas w tym zyciu. Tyle tak pieknych rzeczy tracimy w pedzie, w ktorym nieustannie jestesmy. Omijamy, niezauwazamy zajeci codziennoscia, czasem po prostu deptamy. Nie rozumiem. Za czym biegniemy tak szybko? Czy to jest naprawde to, czego chcemy? I kiedy, dokladnie, tracimy nasz cel z oczu, rozpraszamy sie na tysiace i biegniemy w tysiacach kierunkow? Ile z tego, co robimy, robimy bo to lubimy, bo to chcemy robic?
I jeszcze jedno, bardzo wazne pytanie: Kiedy zycie stalo sie droga?.... I dokad?
Na tym swiecie tak naprawde nie wiele rzeczy jest waznych. Chcialbym sie nauczyc zyc momentem, czerpac przyjemnosc z kazdej czynnosci, umiec zatrzymac sie na chwile, aby tak naprawde podziwiac krajobraz. I nie w momencie ktory sobie do tego wyznaczylem bo akurat mialem czas w moim planie zajec, i spogladajac na piekno gor nie myslec o tym, ze gdzie indziej na pewno jest piekniej i to moj nastepny przystanek, bez tego glodu "wiecej wiecej wiecej". Wlasnie, zatrzymac sie na chwile i polezec sobie w trawie, nie myslac.
Tak wyewoluowalismy, ze lubimy zycie (inaczej dawno by nas tu nie bylo...), a jednak z jakiegos powodu tak je potrafimy marnowac. A zycie krotkie jest, i trzeba wykorzystac kazdy moment. I nie po to, zeby osciagnac cos nowego, czy zarobic kolejne pieniadze. Wykorzystac kazdy moment, aby zyc i cieszyc sie zyciem. Piszac te slowa nie moge nie przypominac sobie mojego dziadka Stanislawa, ktory potrafil sie cieszyc kazdym dniem, siedziec w ogrodzie i obserwowac piekny dzien, obserwowac jak "trawka sobie wesolo rosnie". Dziadek nie mial porzadnego wyksztalcenia i byl prostym czlowiekiem, i jednoczesnie tak madrym....
Jakze chcialbym sie tego nauczyc. Ktos madry kiedys powiedzial, "Wazne aby byc czlowiekem" (nie pamietam, kto). Jestem magistrem politologii, mowie piecioma jezykami (dobra, trzema, dwoma bardzo slabo), tyle miejsc zwiedzilem, a w dalszym ciagu tak naprawde nic sie nie nauczylem. To wszystko tak naprawde tak niewiele znaczy. Chcialbym nauczyc sie byc, a nie sprawiac pozory. Chcialbym umiec sie zatrzymac. Te lekcje na pewno nie beda latwe.

lunes, 28 de septiembre de 2009

Cultura Andina

W tym wpisie chcialem przedstawic dwa przyklady wspolczesnej kultury andyjskiej, jeden bardzo negatywny, i jeden bardzo pozytywny. Dwa wydarzenia z wrzesnia, jedno z dziewietnastego, i drugie z dwudziestego szostego.

Festiwal Andino en Ozogoche - Tributo al aves Cuvivis

Ozogoche lezy na wysokosci 3800 m.n.p.m., i czesc jest juz w Parku Narodowym Sangay. Wlasnie tam odbyl sie Festiwal, trybut dla ptakow Cuvivis. Historia tych ptakow jest naprawde fascynujaca - migruja az z Ameryki Polnocnej, Stanow Zjednoczych, do Ozogoche w Ekwadorze, gdzie wiele z nich... rzuca sie do jeziora, aby zakonczyc swoje zycie. Dotychczas nie ma naukowego wyjasnienia, dlaczego to robia. I porownanie z lemingami nie wydaje sie tutaj dawac odpowiedzi. Jakby nie bylo, fakt ich samobojstwa (czy smierci z jakiegos innego powodu) stal sie czescia kultury tego regionu.
Niestety, sam festiwal nie jest taki jak byl kiedys... Czesc kulturalna gdzies zniknela, jesli kiedys byla na tych festiwalach. Bylem tylko w drugi dzien festiwalu, wiec tylko na jego podstawie sie wypowiadam. Byl to festiwal wielokulturowy, na ktorym zaprezentowano tance i przedstawienia wielu grup, w tym z Boliwii i Kolumbii. O ptakach nie powiedziano nic, oprocz tego ze to trybut dla nich. Festiwal zamienil sie w jedna wielka popijawe, mnostwo ludzi (w wiekszosci indígena, co przykre) upilo sie na umor, czesc z nich ponadto mialo konie, na ktorych jezdzila. No wlasnie, konie mozna bylo wynajac, ale napotkac w cenie wyznaczonej w biuletynie festiwalu bylo prawie niemozliwe, wszyscy zdzierali jak tylko mogli, nawet jesli ledwie cos dukali po hiszpansku (ich jezykiem jest Kichwa). Poza tym, nie bylo koszy na smieci, co na otwartej przestrzeni zakonczylo sie widokiem podobnym do wysypiska, roznoszonym przez wiatr po Parku Narodowym. Tyle dobrze, ze byli ludzie z Czerwonego Krzyza, ktory ratowali potrzebujacych pomocy (glownie z powodu wypadkow spowodowanych nadmiarem alkoholu...). No coz, widok byl straszny, a festiwal mi sie nie podobal. Tyle tylko, ze jezioro i krajobrazy (poza smieciami) byly piekne...

Ceremonia San Pedro

W sobote z 26 na 27 wrzesnia razem z Andrea, Ruth, François i Yuberem wybralismy sie do miejscowosci Tumbaco, niedaleko Quito, i wzielismy udzial w Ceremoni San Pedro. Jest to tradycyjny rytual andyjski. Taita (przewodnikiem, szamanem) byl chilijczyk Sergio Maldonado. Ceremonia jest wydarzeniem bardzo osobistym, wiec opisze jedynie praktyke bardzo ogolna. Na poczatku uczestnicy wchodza do Temascalu - namiotu, ktory sluzy za saune - wnosi sie gorace kamienie i polewa je woda. W namiocie, poza czerwonymi kamieniami, panuje calkowita ciemnosc, jest synonimem brzucha matki, a ta czesc ceremoni to nowe narodziny czlowieka. Trwa to okolo 2 godzin i sklada sie z kilku czesci. Pozniej uczestnicy odpoczywaja, i jakis czas pozniej, pozno w nocy, rozpoczyna sie glowna
czesc rytualu, San Pedro. Tworzy sie krag, a dokladniej - spirala wokol ogniska. Cztery osoby - straznicy - zamykaja drzwi (powiedzmy, duchowe) na poludnie, polnoc, wschod i zachod. ich zadaniem jest nie pozwolic, aby przez drzwi wdarly sie leki. Na poczatku kazdy sklada swoje zyczenia - leczenia lub przemiany osobistej w kupce tytoniu, ktory wklada do ognia, i naklada sobie dym na glowe i do serca (czynnosc
powtarzana przy kazdym zyczeniu, blogoslawienstwie itd). Nastepnie uczestnikom podaje sie San Pedro, halucynogen z kaktusa, aby ich oczyscic - prawie zawsze powoduje wymioty (do plastikowej siateczki, resztki na ziemi sie wypala), symbolizujace zlo i brud, jest to dalsze oczyszczenie. Pozniej kto chce (i moze), poddaje sie ceremoni Limpia (Oczyszczenie), podczas ktorej Taita czysci, mowi ci rozne rzeczy i opowiada o kondycji czlowieka. O tym, ze powinnismy dzialac tak, jak
chcemy, aby byc ludzmi, odmasowic sie, odlaczyc wtyczke, ktora mamy w glowie i podziwiac piekno na swiecie, zyc i cieszyc sie zyciem. Czerpac przyjemnosc z kazdej czynnosci, ktora wykonujemy. Limpia trwa do rana, pozniej kobiety odchodza aby przygotowac pozywienie, ktorym czestuja mezczyzn i jedza same. Jedna z kobiet ("matek"), ktora przewodzi korodowi, spiewa i wykonuje rytual blogoslawienstwa jedzenia, sklada czesc wodzie, Matce Ziemi, Matce Koce, innym substancjom, duchowi, i ogolnie zyciu. W tym czasie mezczyzni (przynajmniej my tak zrobilismy)
obserwuja wschod slonca. Po zjedzeniu (owocow, miesa i kukurydzy), Taita konczy ceremonie, i ludzie sie rozchodza odpoczac - jednak wiekszosc zostaje, aby tanczyc o poranku.
Przezycie San Pedro jest czyms niesamowitym, i czyms bardzo osobistym. Czlowiek, ktory chce uszanowac ten rytual, spotyka sie ze soba samym, zaglada w swoje wnetrze, rozwaza je i stara sie zmienic pewne rzeczy. Na pewno jest w tym wszystkim spora doza synkretyzmu kulturowego, ale mimo to jest to przezycie... nie chce napisac religijne czy metafizyczne, ale... na pewno bardzo... osobiste.

martes, 8 de septiembre de 2009

Koniec lipca, sierpień i poczatek września 2009

Viscaya
Zaraz jak wrocilem z podrozy na poludnie, wpadlem w wir pracy. Jakos dwa dni po powrocie udalem sie do wsi Viscaya w Cantón Baños, gdzie odbyla sie konferencja Grupo de Trabajo Sierra-Centro na temat ochrony srodowiska, a dokladniej w tym wypadku – ochrony spolecznosci przed firma narodowa hydroelektryczna, ktora chce zabrac im rzeke i w rurach poslac ja do Baños. Nie mowiac już o szkodach, jakie to dzialanie przyniesie dla srodowiska, spolecznosc ostanie się bez rzeki, istotnej dla ich dziennych prac i być moze dla ich tozsamosci. Woda jest problemem bardzo istotnym w Ekwadorze (chociaz sytuacja nie jest tak powazna jak, dajmy na to, w Perú). Zgodnie z konstytucja Ekwadoru spolecznosci mają prawo decydowac o swoim otoczeniu i bronic się przed takimi interwencjami, niestety prawa te są bardzo rzadko przestrzegane, a polityka firm, narodowych i miedzynarodowych po prostu barbarzynska – w duzym skrocie: sklocanie mieszkancow między soba, oszukiwanie ich poprzez demagogiczne obietnice, przekupywanie drobniakami, a jeśli to wszystko zawiedzie – grozenie smiercia liderom oporu. Niestety, scenariusz ten powtarza się co jakis czas w Ekwadodze (i ogolnie rzecz biorac w Ameryce Lacinskiej), i wiele spolecznosci lokalnych pozostawiono bez wody, z calkiem zanieczyszczonym otoczeniem powodujacym gwaltowny wzrost smiertelnosci, lub po prostu zmienionym na tyle, ze nie daje pozywienia. Wiele z tych spolecznosci musialo porzucic swoja kulture aby przetrwac lub zostala ona zniszczona wplywem „cywilizacyjnym” - przykład z Amazonii – obok jednego plemienia (nazwy, niestety, nie pomne) rozpoczeto prace gornicze, przybylo więc mnostwo chlopa aby pracowac. Co potrzebuja w czasie wolnym? - Alkohol i kobiety, wiele kobiet z plemienia w wyniku przemian socjo – ekonomicznych zaczelo parac się prostytucja, plemie zostalo ogrodzone rezerwa zbyt mala, aby moglo przetrwac i rozpoczela się migracja do miast w poszukiwaniu pracy, z powodu braku wyksztalcenia ciezkiej i marnie platnej. Z kultury pierwotnej nie pozostalo prawie nic. Podobnych przykladow jest zbyt wiele (innym jest Yasuni, park narodowy w ktorym zaczeto wydobycie ropy, ale na szczescie w wyniku gwaltownych protestow zaprzestano). Niestety, są one wynikiem obludnej polityki rzadu Rewolucji Obywatelskiej, który postanowil w Konstytucji 2008 nie umieszczac ani uzgadniania akcji z obywatelami ze spolecznosci lokalnych ani konsultacji (ta ostatnia znalazla się w ustawie, jednak sprowadza się jedynie do informowania przez rzad, ze cos zostanie zrobione i juz). Na szczescie w Konstytucji znajduje się sporo zapisow chroniacych srodowisko i rdzenne kultury, jednak – w rzeczywistosci w większości zupelnie nie egzekwowanych. I wlasnie dlatego znalezlismy się w Viscaya, aby opracowac plan dzialania i pomoc liderom w uswiadamianiu mieszkancow. Co w pewnej mierze się udalo. Baños nie potrzebuje tej szczegolnej rzeki, a ta spolecznosc tak. Sprawa prawdopodobnie zakonczy się w sadzie, który rozstrzygnie o losach tej 400 osobowej wioski.

Kolonie Wakacyjne
No coz, sierpien byl miesiacem nieco szalonym, w ktorym prawie nie pojawialem sie w Guano. Wszystko zaczelo sie od projektu stowarzyszenia Casa José Martí, ktora organizuje kolonie wakacyjne we wspolpracy z CETEM, katalonska organizacja ktora wysyla wolontariuszy do Ekwadoru. Wolontariat ma na celu poznanie rzeczywistosci roznych panstw swiata i opowiedzenie o nich w Europie, a jednoczesnie pozostawienie czegos po sobie – w przypadku Ekwadoru zorganizowanie kolonii wakacyjnych w miejscowosci Columbe, miasteczku poslugujacych sie Quichua mieszkancow Sierry. Pomysly kolonii wakacyjnych w Guano upadly ze wzgledu na nadmiar konkurencji (nie jestesmy szczegolnie popularni po kampanii wyborczej w ktora wplatal sie nasz koordynator i oczywiscie zostala przegrana), a projekt wygladal na tyle interesujaco, ze razem z Ruth postanowilismy sie w niego wplatac, i udalo nam sie. Pod koniec lipca przyjechali katalonczycy – Ana R., Ana M. Iria, Eduard, Mireya i Carlos, z ktorymi spotkalem sie w Quito, gdzie razem z quitenczykiem Pablo i jego kumplem zaczelismy ich oswajac z rzeczywistoscia Ekwadoru. Pojechalismy na rownik w ramach ich turystyki, i w niedziele 2 sierpnia ich zostawilem na jakis czas jak jechali do Riobamba, i z Quito udalem sie do Puerto López, aby swietowac w samotnosci i spokoju moje urodziny na Pacyfiku.

Puerto López
Postanowilem poplynac na Isla de la Plata (wyspe srebra), po drodze obserwujac wieloryby. Isla de la Plata powstala w wyniku trzesien ziemi, zostala oddzielona od kontynentu poludniowo-amerykanskiego. Jest to park narodowy Machalilla. Nazywana Malym Galápagos albo Galápagos dla biednych (z jednym i drugim nie moge się zgodzic, jest inna niż Galápagos), maa przepiekne wybrzeze, i sporo ciekawych gatunkow zwierzat, takich jak gluptaki niebieskonogie, czerwononogie, gluptaki zamaskowane, fregaty, albatrosy i zolwie morskie. Wyspa jest porosnieta suchym lasem, podobnym jak na Coscie, ale niektore rosliny przeszly pewne transformacje spowodowane silnym upalem, wiatrami i mala iloscia slodkiej wody, np. z malych drzew na kontynencie na wyspie staly się krzakami, albo z roslin rosnacych prosto roslinami wijacymi się przy ziemi. Niestety, nie widzialem ani zolwi, ani albatrosow, ani gluptakow czerwnonogich. Ale w drodze powrotnej mialem dużo szczescia – jeden wieloryb skakal przez caly czas, co udalo mi się uwiecznic na video, które jakos niedlugo postaram się zedytowac i wrzucic do internetu.

Columbe
Po powrocie z Puerto López znowu do pracy. Tydzien planowania zajec, i następnie dwa tygodnie obozu wakacyjnego w Columbe (prawie codziennie na noc wracalem do Riobamba albo do Guano i wstawalem przed szosta aby zdazyc na zajecia). Razem z Ana R. i Mireya zrealizowalismy zajecia z Ciencia Divertida (Zabawnej Nauki), które bardzo nam się udaly – zorganizowalismy zajecia interaktywne z mnostwem eksperymentow z tematow Uklad Sloneczny, Swiatlo i Kolory, Botanika, i Wewnatrz Ziemi. Poza naszymi zajeciami byly także zajecia ze Sportu, Ekspresji Ciala, i Zachecania do Lektury (wszystko z duzych liter, bo tak się nazywaly nasze zajecia). Oprócz tego zadaniem tego obozu bylo wlaczenie w organizacje kolonii wakacyjnych spolecznosci miasteczka, co również się udalo. Powstal komitet rodzicow do spraw kolonii wakacyjnych ( :) brzmi może zabawnie, ale – przynajmniej dziala), którego zadaniem jest pomoc w organizacji zajec w przyszlym roku. Moim i Any osobistym sukcesem bylo dowiedziec się, ze dzieci zabierajac do domu rezultaty zajec opowiadaly i pokazywaly wszystko rodzicom, tlumaczac czego się nauczyly. Na koniec obozowiska zorganizowalismy serie przedstawien, z czytania, tanca (który zorganizowala Andrea), Zabawnej Nauki, zonglerki, sportow a także Przedstawienie Ekologiczne o zanieczyszczeniu i wrzucaniu smieci do rzeki pod tytulem „Sniezek i siedem krasnoludek”, które zrealizowalismy sami. Na koniec rodzice dzieci z obozowiska przedstawili swoj wlasny program. Byla kupa smiechu, placzu ze wzruszenia i ogolnie wszystko bardzo się udalo.

Ambato
W drugim tygodniu obozowiska wyrwalem się na jeden dzien, by uczestniczyc w konferencji na temat „znaczenia strategicznego lasow andyjskich” w Ambato, rozganizowanej przez moja siec organizacji srodowiskowych. Konferencja w kilku slowach – bardzo interesujaca i ze spora iloscia nowych informacji odnosnie sytuacji ekologicznej w Ekwadorze.

Rio Blanco
Jako ze Katalonczycy mieli zaplanowany czas na odpoczynek a my bylismy w teorii za nich odpowiedzialni, wszyscy postanowilismy się udac do Amazonii. Pojechalismy do Tena, gdzie zwiedzilismy park z mnostwem egzotycznych zwierzat, spedzilismy noc i udalismy się (najpierw samochodem, pozniej Canoa, a następnie 3 godziny marszem przez dzungle) do miejscowosci Rio Blanco.
Rio Blanco to malutka miejscowosc polozona w dzungli. Do lat dziewiecdziesiatych XX wieku mieszkancy zajmowali się uprawa roli, w latach dziewiecdziesiatych rozpoczela się turystyka. Spolecznosc zaczela się zajmowac budowaniem miejsc dla turystow, na początku mimo klotni wszystko szlo dobrze, niestety – kryzys konca lat ´90 i dolaryzacja w 2000 roku doprowadzily do tego, ze sektor turystyczny stal się o wiele mniej oplacalny niż dawniej. Mieszkancy postanowili powrocic do uprawy rol, rozpoczela się migracja mlodziezy do miast (Tena, Quito i Guayaquil), i ostala się tylko jedna Cabana (miejsce dla turystow), prowadzona przez faceta o madrym imieniu Clever i jego rodzine. Clever we wspolpracy z naukowcem z USA prowadzi badania nad leczniczymi wlasciwosciami roslin Amazonii, jako ze jego ojciec jest szamanem i on dziedziczy po nim jego wiedzę (wraz z bracmi), prowadzi również ceremonie, w tym Ayahuasca. Niestety, nie prowadzi ich szczegolnie dobrze czy zgodnie z tradycja (brak bebnow, udzial osob trzecich w ceremoni, glosne komentarze a dzien pozniej opowiadanie wizji osob bioracych udzial innym), więc nie wzielismy w nich udzialu. Poza tym Clever jest przewodnikiem, jednym z dyrygujacych stowarzyszeniu przewodnikow w Tena.
Pobyt w Rio Blanco był bogaty w nowe doswiadczenia. W koncu widzialem termity, mnostwo mrowek i innych owadow, sporo się nauczylem o roslinach i ich wlasciwosciach (chociaz pewnie wkrotce zapomne i do niczego mi się to nie przyda...), i ogolnie rzecz biorac spedzilismy sporo czasu w dzungli. Poza tym razem z Andrea gralismy w 40 ( i wiele innych gier karcianych) z rodzina Clevera i swietnie spedzalismy czas. Prawie wszyscy pomalowalismy się naturalna farba, która schodzi po okolo 15 dniach. Niestety, mielismy z nia sporo wypadkow – wystarczy ze dotkniesz nia skory, nawet jeśli natychmiast zmazesz, nastepnego dnia to co zmazales pojawi się na nowo. Więc wszyscy obudzilismy się z mnostwem plam i niechcianych malunkow :)
Poza rzeczami pozytywnymi, spotkalo nas parę mniej przyjemnych. Z czego najmniej przyjemna jest to, ze razem z Andrea padlismy ofiara pasozytow skory – cali jestesmy w krostach, od kolan po lopatki. Na lekarzy i leki wydalismy sporo pieniedzy, nikt nie wiedzial co to jest, jeden dermatolog powiedzial nam w koncu ze to pasozyty skory i wyjasnil, ze to się zdarza osobom podrozojacym do Amazonii, ale nie przyblizyl jakie to zwierzatka czy grzyby czy bakterie czy co. Swedzi i nie wolno się drapac, bo się krosty robia się większe. Teraz jestesmy w trakcie ich leczenia, podobno slady mają zniknac po jakichs 15 dniach. Ufff......... Taka mala przestroga, dla tych ktorym zachciewa się lasow tropikalnych. Chociaz zamierzam tam wrocic za jakis czas :)
Z Amazonii udalismy się do Quito, gdzie pozegnalismy katalonczykow wracajacych na ziemie swoich ojcow, i sami wrocilismy do Riobamba.

Guano
Na ostatnie dni koloni wakacyjnych przyjechali poznani w Perú argentynczycy, Tony i Naty, którzy zostali u nas w domu na jakieś dwa tygodnie. W pierwszym tygodniu lipca wyruszyli do Guayaquil. Swietnie spedzilismy z nimi czas. Tony i Naty to podroznicy bez celu, nie mają swojego miejsca nigdzie na swiecie (swoje rzeczy z Buenos Aires sprzedali). Podrozujac, pracuja – Tony przez internet jako programista, Naty gdzie popadnie w restauracjach jako zawodowa kucharka lub kelnerka. Podrozujac kreca mnostwo video, robia zdjecia i sporo pisza. Pracuja tez dla internetowego radia z Buenos Aires. Obecnie podrozuja na polnoc, w kierunku Meksyku, po Ameryce Lacinskiej chcieliby się udac do Afryki. Bardzo interesujacy ludzie, z ogromna wiedza odnosnie problemow spolecznych Ameryki Poludniowej i, jak to oni mowia, z „buena onda” (dobrej fali). Na jakis czas zostana w Guayaquil, aby zarobic troche pieniedzy.
Teraz w poczatkach września w Guano wszystko wraca powoli do normy, zaniedlugo zaczyna się praca w szkolach, i kilka nowych dzialan bardziej w poblizu Guano. Rozpoczynaja się ostatnie dwa miesiace wolontariatu... Postaram się teraz pisac blog bardziej na bierzaco, bo jak go zostawiam na jakis czas, pozniej sporo mnie kosztuje relacjonowanie wydarzen sprzed ponad miesiaca.....