lunes, 26 de octubre de 2009

..... ...... ......

No coz, ostatnio nie mam duzo szczescia jesli chodzi o prace. Tzn, zalezy jak na to patrzec, mozna powiedziec nic nie robic+wynagrodzenie=szczescie...

Wszystko zaczelo sie od projektow egzaminow dla nauczycieli - sprawdzenia ich umiejetnosci z mysla o poprawie poziomu edukacji w Ekwadorze. Sam pomysl w sobie - swietny, nic tylko przyklasnac wzdychajac czemu tak pozno. Niestety, wprowadzenie go w zycie to juz zupelnie inna sprawa. Projekt Ministerstwa Edukacji okazal sie byc zupelnie oderwany od rzeczywistosci, ktora ministerstwo w pewnej mierze pomaga tworzyc. Egzaminy ogolne - latwe, egzaminy dotyczace poszczegolnych materii - bardzo trudne. I wszystko byloby prawie ok, gdyby nie to, ze istnieja szkoly z jednym lub dwoma nauczycielami, tzw. Unidocente y Bidocente (wlasnie w takich pracuje). Istnieja z roznych powodow - daleko, nikt inny nie chce, i dlaczego wiecej niz dwoch na taka grupke dzieci. Niestety, ewaluacja nie bierze ich pod uwage, wiec ci nauczyciele beda musieli zdawac wszystkie przedmioty ktorych ucza co skonczy sie wywaleniem wiekszosci z nich. Moze i to nie byloby takie zle, gdyby ktos mial ich zastapic, ale w szkolach w dzungli, gleboko w gorach czy na innym krancu swiata nie wielu chce uczyc, a juz na pewno nie wielu dobrych. (POPRAWKA) Jesli nauczyciele nie zdadza egzaminow i powtorki, traca prace i ida na emeryture, z odprawa. Zmiany w prawie zakladaja tez obnizki plac - nauczyciel, ktory dotychczas zarabial 1000 dolarow ma zarabiac 450... Mowi sie rowniez ze rzad planuje skonczyc z mianowaniem nauczycieli, i od teraz beda dominowac kontraty roczne. Nauczyciel kontraktowy zarabia 250 dolarow. Wiec rozpoczal sie strajk nauczycieli. UNE (Unión Nacional de Educadores - Narodowy Zwiazek Nauczycielstwa) urzadzalo demonstracje, protesty, blokade drog i takie tam. Trzeba podkreslic ze wiele z tego to interesy samej organizacji i ochrona wlasnej niekompetencji, ale wyzej wymienione powody sprawiaja ze jestem sceptyczny wobec tej poszczegolnej reformy. Protestowano przeciw nowej ustawie o szkolnictwie, szkoly publiczne odwolywaly zajecia. Rzad postawil sie bardzo autorytarnie i oglosil ze nauczyciele sa zli (podobnie jak wczesniej media a wczesniej jeszcze kilka innych sektorow).

I tym samym prawie nie pracowalem w szkolach od wrzesnia, nie zrealizowalem programu ktory chcialem.

Oprocz tego przygotowalem (przygotowywalem, nie skonczylem jeszcze) zajecia na Uniwersytet, o korupcji i antykorupcji. Moj kurs zaakceptowano, zorganizowano mi sale, itd. Wszystko pieknie. Wyjechalem na tydzien do Perú, gdzie mialem konferencje miedzynarodowa mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu, jak wrocilem, spokojnie sobie pracowalem w biurze nad prezentacja pp na kurs, nieswiadomy tego co sie dzieje w kraju, kiedy przyszedl koordynator i mi oznajmil, ze wlasnie trwa... strajk szkolnictwa wyzszego... Rzad przedstawil projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyzszym :) I prawdopodobnie kurs sie nie odbedzie. Przyszedlem na wyznaczona godzine, UNACH zamkniety, kiedy w koncu go otwarli, studenci nie chcieli przyjsc na zajecia. Strajkowano przeciwko naruszaniu autonomii uniwersyteckiej.

Wyglada na to ze sytuacja nie zmieni sie zbytnio w ciagu najblizszych dni, w przyszlym tygodniu poniedzialek i wtorek sa wolne a w kolejny poniedzialek juz wybywam, wiec podczas rozmowy z poddziekanem zdecydowalismy odwolac kurs i przeniesc go na odlegly termin styczen-luty (jesli w ogole...).

Wiec tak oto, przygotowawszy mniej lub bardziej pewne rzeczy (kursu nie skonczylem, ale sporo nad nim pracowalem...), zadne dzialanie w edukacji nie doszlo do skutku w ciagu ostatnich dwoch miesiecy. No coz, wiele z tym juz nie zrobie. Tyle przynajmniej, ze pracujac nad kursem sporo sie nauczylem i czasu nie moge uznac za stracony, warto bylo.

Co do konferencji miedzynarodowej mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu w Perú, w miare sie udala, chociaz nie byla az tak ogolnolatynoamerykanska jakby sie chcialo, i tak dobrze zorganizowana. Byly ciekawe wyklady, sporo informacji, i wspolna praca nad listem na szczyt ONZ w Kopenhadze, ktory CANLA (Cliamate Action Network - Latin America) czy wlasciwie CAN wysle (ta organizacja globalna ma taka mozliwosc) i zostanie tam przeczytany, jak wszystko pojdzie dobrze. Oprocz tego, jesli sie uda rozpoczniemy troszke bardziej intensywna wspolprace miedzy organizacjami srodowiskowymi i mlodziezowymi z Ekwadoru i Perú. Poza praca, kolejne wrazenia z Perú - nie cierpie Limy, a granicy w Tumbes-Huaquillas po prostu nienawidze. W Mancora jest fajna plaza, a jedzenie peruanskie jest dobre :)

Nic, teraz juz tylko mi pozostaje pozegnac sie w szkolach, przygotowac pare rzeczy i pare akcji zakonczyc, i az do powrotu do Polski, wakacje...

sábado, 10 de octubre de 2009

Chwila refleksji

Mysle, ze czasami aby cos zrozumiec, trzeba dostac porzadny lomot od zycia. Wtedy czlowiek sie zastanawia nad swoja hierarchia wartosci, nad swoimi plusami i minusami, co moze zmienic aby bylo lepiej. Czasami trzeba sie gdzies zatrzymac, siasc na chwile w trawie, i nie myslec, po prostu obserwowac swiat dookola Ciebie, aby cos do Ciebie dotarlo. Cos spoza tych wszystkich struktur, ktore masz w glowie. Tyle rzeczy ktore nas tak martwia, w rzeczywistosci nie maja wiekszego znaczenia. Czasami sie zastanawiam, skad mamy tyle bzdur w glowie, skad to wszystko sie tam wzielo, kiedy stalo sie czescia nas samych? Kiedy CV stalo sie wazniejsze od tego, kim naprawde jestesmy? To po prostu niesamowite.
To cale myslenie ambicjonalne, ochrona wlasnje dumy, ten glod przejawiajacy sie na tyle roznych sposobow, swoiste uzaleznienie "wiecej wiecej wiecej". Po co to wszystko jest jednostce potrzebne?... Tak czesto bardziej nam zalezy, aby wydawac sie, aby sie dobrze sprzedac, tworzyc pozory, niz faktycznie byc. To wydaje mi sie tak smutne, zapominamy czego tak naprawde chcemy, co jest tak naprawde wazne dla nas w tym zyciu. Tyle tak pieknych rzeczy tracimy w pedzie, w ktorym nieustannie jestesmy. Omijamy, niezauwazamy zajeci codziennoscia, czasem po prostu deptamy. Nie rozumiem. Za czym biegniemy tak szybko? Czy to jest naprawde to, czego chcemy? I kiedy, dokladnie, tracimy nasz cel z oczu, rozpraszamy sie na tysiace i biegniemy w tysiacach kierunkow? Ile z tego, co robimy, robimy bo to lubimy, bo to chcemy robic?
I jeszcze jedno, bardzo wazne pytanie: Kiedy zycie stalo sie droga?.... I dokad?
Na tym swiecie tak naprawde nie wiele rzeczy jest waznych. Chcialbym sie nauczyc zyc momentem, czerpac przyjemnosc z kazdej czynnosci, umiec zatrzymac sie na chwile, aby tak naprawde podziwiac krajobraz. I nie w momencie ktory sobie do tego wyznaczylem bo akurat mialem czas w moim planie zajec, i spogladajac na piekno gor nie myslec o tym, ze gdzie indziej na pewno jest piekniej i to moj nastepny przystanek, bez tego glodu "wiecej wiecej wiecej". Wlasnie, zatrzymac sie na chwile i polezec sobie w trawie, nie myslac.
Tak wyewoluowalismy, ze lubimy zycie (inaczej dawno by nas tu nie bylo...), a jednak z jakiegos powodu tak je potrafimy marnowac. A zycie krotkie jest, i trzeba wykorzystac kazdy moment. I nie po to, zeby osciagnac cos nowego, czy zarobic kolejne pieniadze. Wykorzystac kazdy moment, aby zyc i cieszyc sie zyciem. Piszac te slowa nie moge nie przypominac sobie mojego dziadka Stanislawa, ktory potrafil sie cieszyc kazdym dniem, siedziec w ogrodzie i obserwowac piekny dzien, obserwowac jak "trawka sobie wesolo rosnie". Dziadek nie mial porzadnego wyksztalcenia i byl prostym czlowiekiem, i jednoczesnie tak madrym....
Jakze chcialbym sie tego nauczyc. Ktos madry kiedys powiedzial, "Wazne aby byc czlowiekem" (nie pamietam, kto). Jestem magistrem politologii, mowie piecioma jezykami (dobra, trzema, dwoma bardzo slabo), tyle miejsc zwiedzilem, a w dalszym ciagu tak naprawde nic sie nie nauczylem. To wszystko tak naprawde tak niewiele znaczy. Chcialbym nauczyc sie byc, a nie sprawiac pozory. Chcialbym umiec sie zatrzymac. Te lekcje na pewno nie beda latwe.