viernes, 6 de noviembre de 2009

Na koniec – podsumowanie krytyczne

Coz, nadszedl czas na male podsumowanie tego, co sie wydarzylo w tym roku, od listopada 2008 do listopada 2009.

Moj pobyt w Ekwadorze to, z punktu widzenia wolontariatu (bylo rowniez sporo osobistych, ale o nich nie chce pisac), historia porazek. Porazek z roznych przyczyn.

Po pierwsze, na pewno sprawy skomplikowaly wybory (zwlaszcza lokalne): takie dzialania jak przygotowania do kampanii wyborczej, kampania wyborcza, wybory, i w koncu ich wynik. Zaangazowanie naszego koordynadora okazalo sie istotne, zajety (przegranymi) wyborami nie przejmowal sie szczegolnie wolontariuszami i wszystko, czym sie zajmowalismy musielismy sobie organizowac sami. Ponadto postrzeganie jako osoby zaangazowane tez nam nie pomagalo.

Do tego dochodza strajki w szkolnictwie i szkolnictwie wyzszym, o czym juz pisalem. Zamkniete szkoly i palenie opon przez studentow nie pomaga w urzadzaniu zajec.

Oprocz tego dochodza konfliktowe charaktery, konflikty w grupie i z innymi ludzmi, ktore nie ulatwily nam zycia i wszystko straszliwie skomplikowaly. Roznice w pogladach i niewielka tolerancja, niestety tez. Opinie, jakie sie pojawily o grupie wolontariuszy nie pomogly dzialac jak nalezy.

Do tego dochodzi nasza niekompetencja w pewnych kwestiach, roznice kulturowe, brak zrozumienia co jest grane kiedy trzeba bylo, brak zaufania, problemy osobiste, czasem lenistwo.

Ale na szczescie byly tez pewne sukcesy:

Udalo mi sie podszkolic lub nauczyc sporo dzieci, jak uzywac komputer – czesto calkowicie od podstaw, a takze troszke angielskiego na tych kilku lekcjach, ktore z jezyka przeprowadzilem. Na informatyce uczylem tez liczyc i pisac i dzieci robily postepy... Zajecia z Zabawnej Nauki rowniez zakonczyly sie sukcesem, udalo sie tez przeprowadzic kilka innych zajec na rozne tematy, o korupcji, o ekologii... Pracy z dziecmi w San Gerardo, mimo ze projekt zakonczyl sie niepowodzeniem, tez nie moge zaliczyc calkowicie do porazek, dzieci niezle spedzily czas i, mam nadzieje, czegos sie nauczyly.

Co osobiscie wygralem na tym wszystkim?... Troche sie nauczylem, w wielu sferach.

Sposrod roznych, najwazniejsze – byc naprawde soba i robic to, co naprawde chce robic... I kochac ludzi, takimi, jakimi sa...

Mysle, ze udalo mi sie osiagnac cos, co chcialem – pozbyc sie europocentrycznego (czy zachodniocentrycznego) punktu widzenia...

Wygralem rowniez troche ludzi, ktorzy mysla o mnie dobrze, i troche ludzi ktorzy mysla o mnie zle. I byc moze kilku przyjaciol.

Zrozumialem tutaj jeszcze jedna bardzo wazna rzecz: Jak wspaniala mam rodzine i przyjaciol w Polsce (podobno lepiej pozno niz wcale =)). Tutaj sposob relacjonowania wydaje sie byc inny. Wielu ludzi nie ma prawdziwych przyjaciol, ma jedynie kumpli. Kumpli, ktorych sie wykorzystuje do roznych rzeczy... Nie ma byc moze tego zindywidualizowania ktore mamy w Polsce, ludzie chetniej wspolpracuja, ale przyjaznie w Europie, i w Polsce,wydaja sie byc zupelnie inne, glebsze. Albo po prostu ja mam szczescie zyc obok wlasnie tych wlasciwych ludzi, i to wlasnie dzieki nim mam ochote wrocic do Polski, przynajmniej na jakis czas. Gdyby nie oni, pewnie zostalbym tutaj, tutaj mam o wiele wiecej swobody... Mowia, ze dom jest tam, gdzie jest serce... A tam, gdzie sa bliscy i przyjaciele, jest przynajmniej jego spory kawalek. Co jednak nie znaczy, ze spedza sie tam duzo czasu.

Coz, teraz imprezy pozegnalne, i przez Atlantyk...

Na polnoc od Quito

W weekend bylym w Quito aby zawiezc swoje bagaze, korzystajac z chwili wolnego postanowilem udac sie do Otavalo, aby zobaczyc to miasteczko i kupic pare pamiatek, a takze odwiedzic Chota i Mascarilla, dwie miejscowosci afroekwadorskie. To moja ostatnia podroz podczas wolontariatu, pozniej juz tylko powrot do domu...

Otavalo to ladne miasteczko troche na polnoc od Quito, polozone nad jeziorem, jedna z jego atrakcji turystycznych jest rowniez jakas kaskada. Otavalo jest jednak znane z tego, ze ma wielki i bardzo tani rynek, na ktorym mozna kupic mnostwo rzeczy, glownie turystycznych. Wchodzic na ten rynek powinno sie majac przy sobie malo pieniedzy, bo sie wychodzi bez nich, obladowanym siatkami.

Chota ma swoja specyficzna magie... Polozona w ladnej dolinie, malutka i sucha miejscowosc afroekwadorska, (bialy czlowiek rzuca sie tam w oczy =)), z ktorej pochodza najlepsi pilkarze Ekwadoru. Podobno pilke nozna sie tam kocha. Poza tym, miasteczko jest biedne i poza swoimi mieszkancami niczym sie nie wyroznia. Ludzie wydaja sie byc mili, w restauracji (nie szczegolnie czystej i pelnej much), mialem okazje zjesc dobrze i tanio i pogadac z kilkoma zyczliwymi osobami (interes rodzinny).

Mascarilla jest jeszcze mniejsza (obecnie mieszkancy dzialaja, aby stala sie... parroquia) i nie mialaby soba nic do zaoferowania zwiedzajacym, gdyby ktos tam nie wpadl na genialny pomysl wyrobu i sprzedazy masek. Maski to nieodlaczna czesc kultur afrykanskich, i afroekwadorczycy z Mascarilla postanowili ten motyw wykorzystac w swojej ekspresji kulturowej i rozpetac interes. I, udalo im sie - przez jeden sklep i grupe ludzi, Mascarilla stala sie znana, moze jeszcze nie slawna, ale juz w miare znana. Maski sa ciekawe, niektore nawet bardzo, pani ktora sprzedawala zyczliwa i otwarta. Do Ibarra wracalem stopem, podwiezli mnie mieszkancy miasteczka (rodzina, jeden z nich, mlody chlopak, byl pilkarzem), co mile nie musialem nic placic, kiedy w Ekwadorze bardzo czesto za podwiezienie trzeba dac odrobinke wiecej niz za autobus, przynajmniej na krotszych dystansach). Droge powrotna do Ibarra, na pace, spedzilem na rozmowie z facetem, nazywal sie Angel Espinoza, rolnik z Mascarilla, wydawal sie madrym i milym czlowiekiem (chociaz czasami przygladal mi sie dosc krytycznie=)), spedzilismy niezle czas, czegos sie od siebie uczac.

Coz, w tej krotkiej podrozy spedzilem milo czas, chociaz na rynek w Otavalo nie powinienem byl wchodzic=) Wydalem tam kupe kasy i wrocilem do domu z mnostwem rzeczy. A, i jak sie cos tam kupuje do ubrania, lepiej to wyprac zanim sie ubierze, kupilem sobie sliczne zielone spodnie od ktorych mam sporo slicznych czerwonych kropek... Ot, nauczka.

Swieto Zmarlych

Sam bym pewnie o tym nie pomyslal, ale ktos (ktos, kto ciagle komentuje moje wpisy =)) mnie poprosil, abym cos o tym napisal, wiec niniejszym to czynie =)

Swieto Zmarlych to obchody katolickie, rdzenne tradycje, a takze fiesta z okazji Helloween i zamieszanie jakie to ostatnie wywoluje.

Swieto Zmarlych rdzenni mieszkancy Andow Ekwadorskich (zwlaszcza na poludniu) obchodza mieszajac nieco religie katolicka i rdzenne tradycje, osobiscie ten synkretyzm wydaje mi sie bardzo ciekawy. Ludzie ida na cmentarz, i na grobie zostawiaja jedzenie dla zmarlego, i opowiadaja mu, co sie stalo przez caly ten ostatni rok, od jego smierci lub od ostatniego Swieta Zmarlych. Placza i wspominaja. Tradycyjnym napojem jest Colada Morada (Napoj Fioletowy =)), ktora robi sie... Hm, wykorzystuje sie kompot z owocow, ktory razem z czyms jeszcze gotuje sie, i powstaje Colada Morada=) Mi osobiscie zimna smakuje duzo bardziej niz goraca. Zostawiona na jakis czas, kilka dni, fermentuje, i zamienia sie w napoj troszke alkoholowy. Oprocz Colady, je sie Wawa (na polski dziecko...), duza bulke w ksztalcie dziecka, z nadzieniem podobym do Colady w srodku, z kremem na wierzchu, ktory przedstawia oczy, buzie itd. Niestety, wiecej nie wiem, nie mowiac juz nawet o pozostalych kulturach Ekwadoru.

W swieto Zmarlych sporo osob przebiera sie i maluje (USA to jeszcze nie jest, ale wyglada na to ze idzie w te strone), jest sporo imprez, otwieraja sie domy strachow - do jednego mnie zaprosili, czekalem w kolejce dwie i pol godziny (dwie kolezanki wystepowaly w srodku, gdyby nie to pewnie bym zawrocil na widok ogonka), i... naprawde bylo warto, dom byl swietnie przygotowany, mimo kilku niedociagniec naprawde milo mnie zaskoczyl... Jak zobaczylem pokoj narkomana obwieszony strzykawkami i chlopaka ze strzykawka w ramieniu, ktory swoja droga naprawde swietnie zagral swoja role, nieco oslablem =) Widocznie zasugerowalem sie napisem nad drzwiami, ze bez wyobrazni nie ma strachu, i wyszedlem nieco przestraszony =)
Ale Helloween ma rowniez swoich przeciwnikow. Do tej pory mam ulotke jakiegos kosciola ewangelickiego, w ktorej dokladnie tlumacza, ze jest to tradycja celtycka (z Irlandii) itd, ale obecnie jest... wykorzystywana przez satanistow, ze pod koniec pazdziednika zawsze znika i ginie wiecej dzieci i satanisci rekrutuja w ten dzien... Ulotka jest niezle przygotowana, ale stwierdzenie ze Helloween to seks, alkohol i narkotyki jakos nie podzialalo na mnie tak jak by mialo =) I fakt ze Helloween odwoluje sie do tradycji druidow celtyckich (i ze z tego powodu Swieto Zmarlych jest w ten dzien) i ich wierzen, tez jakos nie dziala na mnie odstraszajaco, wiecej, w koncu widze w tej komercji cos ciekawego...