viernes, 6 de noviembre de 2009

Na koniec – podsumowanie krytyczne

Coz, nadszedl czas na male podsumowanie tego, co sie wydarzylo w tym roku, od listopada 2008 do listopada 2009.

Moj pobyt w Ekwadorze to, z punktu widzenia wolontariatu (bylo rowniez sporo osobistych, ale o nich nie chce pisac), historia porazek. Porazek z roznych przyczyn.

Po pierwsze, na pewno sprawy skomplikowaly wybory (zwlaszcza lokalne): takie dzialania jak przygotowania do kampanii wyborczej, kampania wyborcza, wybory, i w koncu ich wynik. Zaangazowanie naszego koordynadora okazalo sie istotne, zajety (przegranymi) wyborami nie przejmowal sie szczegolnie wolontariuszami i wszystko, czym sie zajmowalismy musielismy sobie organizowac sami. Ponadto postrzeganie jako osoby zaangazowane tez nam nie pomagalo.

Do tego dochodza strajki w szkolnictwie i szkolnictwie wyzszym, o czym juz pisalem. Zamkniete szkoly i palenie opon przez studentow nie pomaga w urzadzaniu zajec.

Oprocz tego dochodza konfliktowe charaktery, konflikty w grupie i z innymi ludzmi, ktore nie ulatwily nam zycia i wszystko straszliwie skomplikowaly. Roznice w pogladach i niewielka tolerancja, niestety tez. Opinie, jakie sie pojawily o grupie wolontariuszy nie pomogly dzialac jak nalezy.

Do tego dochodzi nasza niekompetencja w pewnych kwestiach, roznice kulturowe, brak zrozumienia co jest grane kiedy trzeba bylo, brak zaufania, problemy osobiste, czasem lenistwo.

Ale na szczescie byly tez pewne sukcesy:

Udalo mi sie podszkolic lub nauczyc sporo dzieci, jak uzywac komputer – czesto calkowicie od podstaw, a takze troszke angielskiego na tych kilku lekcjach, ktore z jezyka przeprowadzilem. Na informatyce uczylem tez liczyc i pisac i dzieci robily postepy... Zajecia z Zabawnej Nauki rowniez zakonczyly sie sukcesem, udalo sie tez przeprowadzic kilka innych zajec na rozne tematy, o korupcji, o ekologii... Pracy z dziecmi w San Gerardo, mimo ze projekt zakonczyl sie niepowodzeniem, tez nie moge zaliczyc calkowicie do porazek, dzieci niezle spedzily czas i, mam nadzieje, czegos sie nauczyly.

Co osobiscie wygralem na tym wszystkim?... Troche sie nauczylem, w wielu sferach.

Sposrod roznych, najwazniejsze – byc naprawde soba i robic to, co naprawde chce robic... I kochac ludzi, takimi, jakimi sa...

Mysle, ze udalo mi sie osiagnac cos, co chcialem – pozbyc sie europocentrycznego (czy zachodniocentrycznego) punktu widzenia...

Wygralem rowniez troche ludzi, ktorzy mysla o mnie dobrze, i troche ludzi ktorzy mysla o mnie zle. I byc moze kilku przyjaciol.

Zrozumialem tutaj jeszcze jedna bardzo wazna rzecz: Jak wspaniala mam rodzine i przyjaciol w Polsce (podobno lepiej pozno niz wcale =)). Tutaj sposob relacjonowania wydaje sie byc inny. Wielu ludzi nie ma prawdziwych przyjaciol, ma jedynie kumpli. Kumpli, ktorych sie wykorzystuje do roznych rzeczy... Nie ma byc moze tego zindywidualizowania ktore mamy w Polsce, ludzie chetniej wspolpracuja, ale przyjaznie w Europie, i w Polsce,wydaja sie byc zupelnie inne, glebsze. Albo po prostu ja mam szczescie zyc obok wlasnie tych wlasciwych ludzi, i to wlasnie dzieki nim mam ochote wrocic do Polski, przynajmniej na jakis czas. Gdyby nie oni, pewnie zostalbym tutaj, tutaj mam o wiele wiecej swobody... Mowia, ze dom jest tam, gdzie jest serce... A tam, gdzie sa bliscy i przyjaciele, jest przynajmniej jego spory kawalek. Co jednak nie znaczy, ze spedza sie tam duzo czasu.

Coz, teraz imprezy pozegnalne, i przez Atlantyk...

Na polnoc od Quito

W weekend bylym w Quito aby zawiezc swoje bagaze, korzystajac z chwili wolnego postanowilem udac sie do Otavalo, aby zobaczyc to miasteczko i kupic pare pamiatek, a takze odwiedzic Chota i Mascarilla, dwie miejscowosci afroekwadorskie. To moja ostatnia podroz podczas wolontariatu, pozniej juz tylko powrot do domu...

Otavalo to ladne miasteczko troche na polnoc od Quito, polozone nad jeziorem, jedna z jego atrakcji turystycznych jest rowniez jakas kaskada. Otavalo jest jednak znane z tego, ze ma wielki i bardzo tani rynek, na ktorym mozna kupic mnostwo rzeczy, glownie turystycznych. Wchodzic na ten rynek powinno sie majac przy sobie malo pieniedzy, bo sie wychodzi bez nich, obladowanym siatkami.

Chota ma swoja specyficzna magie... Polozona w ladnej dolinie, malutka i sucha miejscowosc afroekwadorska, (bialy czlowiek rzuca sie tam w oczy =)), z ktorej pochodza najlepsi pilkarze Ekwadoru. Podobno pilke nozna sie tam kocha. Poza tym, miasteczko jest biedne i poza swoimi mieszkancami niczym sie nie wyroznia. Ludzie wydaja sie byc mili, w restauracji (nie szczegolnie czystej i pelnej much), mialem okazje zjesc dobrze i tanio i pogadac z kilkoma zyczliwymi osobami (interes rodzinny).

Mascarilla jest jeszcze mniejsza (obecnie mieszkancy dzialaja, aby stala sie... parroquia) i nie mialaby soba nic do zaoferowania zwiedzajacym, gdyby ktos tam nie wpadl na genialny pomysl wyrobu i sprzedazy masek. Maski to nieodlaczna czesc kultur afrykanskich, i afroekwadorczycy z Mascarilla postanowili ten motyw wykorzystac w swojej ekspresji kulturowej i rozpetac interes. I, udalo im sie - przez jeden sklep i grupe ludzi, Mascarilla stala sie znana, moze jeszcze nie slawna, ale juz w miare znana. Maski sa ciekawe, niektore nawet bardzo, pani ktora sprzedawala zyczliwa i otwarta. Do Ibarra wracalem stopem, podwiezli mnie mieszkancy miasteczka (rodzina, jeden z nich, mlody chlopak, byl pilkarzem), co mile nie musialem nic placic, kiedy w Ekwadorze bardzo czesto za podwiezienie trzeba dac odrobinke wiecej niz za autobus, przynajmniej na krotszych dystansach). Droge powrotna do Ibarra, na pace, spedzilem na rozmowie z facetem, nazywal sie Angel Espinoza, rolnik z Mascarilla, wydawal sie madrym i milym czlowiekiem (chociaz czasami przygladal mi sie dosc krytycznie=)), spedzilismy niezle czas, czegos sie od siebie uczac.

Coz, w tej krotkiej podrozy spedzilem milo czas, chociaz na rynek w Otavalo nie powinienem byl wchodzic=) Wydalem tam kupe kasy i wrocilem do domu z mnostwem rzeczy. A, i jak sie cos tam kupuje do ubrania, lepiej to wyprac zanim sie ubierze, kupilem sobie sliczne zielone spodnie od ktorych mam sporo slicznych czerwonych kropek... Ot, nauczka.

Swieto Zmarlych

Sam bym pewnie o tym nie pomyslal, ale ktos (ktos, kto ciagle komentuje moje wpisy =)) mnie poprosil, abym cos o tym napisal, wiec niniejszym to czynie =)

Swieto Zmarlych to obchody katolickie, rdzenne tradycje, a takze fiesta z okazji Helloween i zamieszanie jakie to ostatnie wywoluje.

Swieto Zmarlych rdzenni mieszkancy Andow Ekwadorskich (zwlaszcza na poludniu) obchodza mieszajac nieco religie katolicka i rdzenne tradycje, osobiscie ten synkretyzm wydaje mi sie bardzo ciekawy. Ludzie ida na cmentarz, i na grobie zostawiaja jedzenie dla zmarlego, i opowiadaja mu, co sie stalo przez caly ten ostatni rok, od jego smierci lub od ostatniego Swieta Zmarlych. Placza i wspominaja. Tradycyjnym napojem jest Colada Morada (Napoj Fioletowy =)), ktora robi sie... Hm, wykorzystuje sie kompot z owocow, ktory razem z czyms jeszcze gotuje sie, i powstaje Colada Morada=) Mi osobiscie zimna smakuje duzo bardziej niz goraca. Zostawiona na jakis czas, kilka dni, fermentuje, i zamienia sie w napoj troszke alkoholowy. Oprocz Colady, je sie Wawa (na polski dziecko...), duza bulke w ksztalcie dziecka, z nadzieniem podobym do Colady w srodku, z kremem na wierzchu, ktory przedstawia oczy, buzie itd. Niestety, wiecej nie wiem, nie mowiac juz nawet o pozostalych kulturach Ekwadoru.

W swieto Zmarlych sporo osob przebiera sie i maluje (USA to jeszcze nie jest, ale wyglada na to ze idzie w te strone), jest sporo imprez, otwieraja sie domy strachow - do jednego mnie zaprosili, czekalem w kolejce dwie i pol godziny (dwie kolezanki wystepowaly w srodku, gdyby nie to pewnie bym zawrocil na widok ogonka), i... naprawde bylo warto, dom byl swietnie przygotowany, mimo kilku niedociagniec naprawde milo mnie zaskoczyl... Jak zobaczylem pokoj narkomana obwieszony strzykawkami i chlopaka ze strzykawka w ramieniu, ktory swoja droga naprawde swietnie zagral swoja role, nieco oslablem =) Widocznie zasugerowalem sie napisem nad drzwiami, ze bez wyobrazni nie ma strachu, i wyszedlem nieco przestraszony =)
Ale Helloween ma rowniez swoich przeciwnikow. Do tej pory mam ulotke jakiegos kosciola ewangelickiego, w ktorej dokladnie tlumacza, ze jest to tradycja celtycka (z Irlandii) itd, ale obecnie jest... wykorzystywana przez satanistow, ze pod koniec pazdziednika zawsze znika i ginie wiecej dzieci i satanisci rekrutuja w ten dzien... Ulotka jest niezle przygotowana, ale stwierdzenie ze Helloween to seks, alkohol i narkotyki jakos nie podzialalo na mnie tak jak by mialo =) I fakt ze Helloween odwoluje sie do tradycji druidow celtyckich (i ze z tego powodu Swieto Zmarlych jest w ten dzien) i ich wierzen, tez jakos nie dziala na mnie odstraszajaco, wiecej, w koncu widze w tej komercji cos ciekawego...

lunes, 26 de octubre de 2009

..... ...... ......

No coz, ostatnio nie mam duzo szczescia jesli chodzi o prace. Tzn, zalezy jak na to patrzec, mozna powiedziec nic nie robic+wynagrodzenie=szczescie...

Wszystko zaczelo sie od projektow egzaminow dla nauczycieli - sprawdzenia ich umiejetnosci z mysla o poprawie poziomu edukacji w Ekwadorze. Sam pomysl w sobie - swietny, nic tylko przyklasnac wzdychajac czemu tak pozno. Niestety, wprowadzenie go w zycie to juz zupelnie inna sprawa. Projekt Ministerstwa Edukacji okazal sie byc zupelnie oderwany od rzeczywistosci, ktora ministerstwo w pewnej mierze pomaga tworzyc. Egzaminy ogolne - latwe, egzaminy dotyczace poszczegolnych materii - bardzo trudne. I wszystko byloby prawie ok, gdyby nie to, ze istnieja szkoly z jednym lub dwoma nauczycielami, tzw. Unidocente y Bidocente (wlasnie w takich pracuje). Istnieja z roznych powodow - daleko, nikt inny nie chce, i dlaczego wiecej niz dwoch na taka grupke dzieci. Niestety, ewaluacja nie bierze ich pod uwage, wiec ci nauczyciele beda musieli zdawac wszystkie przedmioty ktorych ucza co skonczy sie wywaleniem wiekszosci z nich. Moze i to nie byloby takie zle, gdyby ktos mial ich zastapic, ale w szkolach w dzungli, gleboko w gorach czy na innym krancu swiata nie wielu chce uczyc, a juz na pewno nie wielu dobrych. (POPRAWKA) Jesli nauczyciele nie zdadza egzaminow i powtorki, traca prace i ida na emeryture, z odprawa. Zmiany w prawie zakladaja tez obnizki plac - nauczyciel, ktory dotychczas zarabial 1000 dolarow ma zarabiac 450... Mowi sie rowniez ze rzad planuje skonczyc z mianowaniem nauczycieli, i od teraz beda dominowac kontraty roczne. Nauczyciel kontraktowy zarabia 250 dolarow. Wiec rozpoczal sie strajk nauczycieli. UNE (Unión Nacional de Educadores - Narodowy Zwiazek Nauczycielstwa) urzadzalo demonstracje, protesty, blokade drog i takie tam. Trzeba podkreslic ze wiele z tego to interesy samej organizacji i ochrona wlasnej niekompetencji, ale wyzej wymienione powody sprawiaja ze jestem sceptyczny wobec tej poszczegolnej reformy. Protestowano przeciw nowej ustawie o szkolnictwie, szkoly publiczne odwolywaly zajecia. Rzad postawil sie bardzo autorytarnie i oglosil ze nauczyciele sa zli (podobnie jak wczesniej media a wczesniej jeszcze kilka innych sektorow).

I tym samym prawie nie pracowalem w szkolach od wrzesnia, nie zrealizowalem programu ktory chcialem.

Oprocz tego przygotowalem (przygotowywalem, nie skonczylem jeszcze) zajecia na Uniwersytet, o korupcji i antykorupcji. Moj kurs zaakceptowano, zorganizowano mi sale, itd. Wszystko pieknie. Wyjechalem na tydzien do Perú, gdzie mialem konferencje miedzynarodowa mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu, jak wrocilem, spokojnie sobie pracowalem w biurze nad prezentacja pp na kurs, nieswiadomy tego co sie dzieje w kraju, kiedy przyszedl koordynator i mi oznajmil, ze wlasnie trwa... strajk szkolnictwa wyzszego... Rzad przedstawil projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyzszym :) I prawdopodobnie kurs sie nie odbedzie. Przyszedlem na wyznaczona godzine, UNACH zamkniety, kiedy w koncu go otwarli, studenci nie chcieli przyjsc na zajecia. Strajkowano przeciwko naruszaniu autonomii uniwersyteckiej.

Wyglada na to ze sytuacja nie zmieni sie zbytnio w ciagu najblizszych dni, w przyszlym tygodniu poniedzialek i wtorek sa wolne a w kolejny poniedzialek juz wybywam, wiec podczas rozmowy z poddziekanem zdecydowalismy odwolac kurs i przeniesc go na odlegly termin styczen-luty (jesli w ogole...).

Wiec tak oto, przygotowawszy mniej lub bardziej pewne rzeczy (kursu nie skonczylem, ale sporo nad nim pracowalem...), zadne dzialanie w edukacji nie doszlo do skutku w ciagu ostatnich dwoch miesiecy. No coz, wiele z tym juz nie zrobie. Tyle przynajmniej, ze pracujac nad kursem sporo sie nauczylem i czasu nie moge uznac za stracony, warto bylo.

Co do konferencji miedzynarodowej mlodziezy latynoamerykanskiej odnosnie zmian klimatu w Perú, w miare sie udala, chociaz nie byla az tak ogolnolatynoamerykanska jakby sie chcialo, i tak dobrze zorganizowana. Byly ciekawe wyklady, sporo informacji, i wspolna praca nad listem na szczyt ONZ w Kopenhadze, ktory CANLA (Cliamate Action Network - Latin America) czy wlasciwie CAN wysle (ta organizacja globalna ma taka mozliwosc) i zostanie tam przeczytany, jak wszystko pojdzie dobrze. Oprocz tego, jesli sie uda rozpoczniemy troszke bardziej intensywna wspolprace miedzy organizacjami srodowiskowymi i mlodziezowymi z Ekwadoru i Perú. Poza praca, kolejne wrazenia z Perú - nie cierpie Limy, a granicy w Tumbes-Huaquillas po prostu nienawidze. W Mancora jest fajna plaza, a jedzenie peruanskie jest dobre :)

Nic, teraz juz tylko mi pozostaje pozegnac sie w szkolach, przygotowac pare rzeczy i pare akcji zakonczyc, i az do powrotu do Polski, wakacje...

sábado, 10 de octubre de 2009

Chwila refleksji

Mysle, ze czasami aby cos zrozumiec, trzeba dostac porzadny lomot od zycia. Wtedy czlowiek sie zastanawia nad swoja hierarchia wartosci, nad swoimi plusami i minusami, co moze zmienic aby bylo lepiej. Czasami trzeba sie gdzies zatrzymac, siasc na chwile w trawie, i nie myslec, po prostu obserwowac swiat dookola Ciebie, aby cos do Ciebie dotarlo. Cos spoza tych wszystkich struktur, ktore masz w glowie. Tyle rzeczy ktore nas tak martwia, w rzeczywistosci nie maja wiekszego znaczenia. Czasami sie zastanawiam, skad mamy tyle bzdur w glowie, skad to wszystko sie tam wzielo, kiedy stalo sie czescia nas samych? Kiedy CV stalo sie wazniejsze od tego, kim naprawde jestesmy? To po prostu niesamowite.
To cale myslenie ambicjonalne, ochrona wlasnje dumy, ten glod przejawiajacy sie na tyle roznych sposobow, swoiste uzaleznienie "wiecej wiecej wiecej". Po co to wszystko jest jednostce potrzebne?... Tak czesto bardziej nam zalezy, aby wydawac sie, aby sie dobrze sprzedac, tworzyc pozory, niz faktycznie byc. To wydaje mi sie tak smutne, zapominamy czego tak naprawde chcemy, co jest tak naprawde wazne dla nas w tym zyciu. Tyle tak pieknych rzeczy tracimy w pedzie, w ktorym nieustannie jestesmy. Omijamy, niezauwazamy zajeci codziennoscia, czasem po prostu deptamy. Nie rozumiem. Za czym biegniemy tak szybko? Czy to jest naprawde to, czego chcemy? I kiedy, dokladnie, tracimy nasz cel z oczu, rozpraszamy sie na tysiace i biegniemy w tysiacach kierunkow? Ile z tego, co robimy, robimy bo to lubimy, bo to chcemy robic?
I jeszcze jedno, bardzo wazne pytanie: Kiedy zycie stalo sie droga?.... I dokad?
Na tym swiecie tak naprawde nie wiele rzeczy jest waznych. Chcialbym sie nauczyc zyc momentem, czerpac przyjemnosc z kazdej czynnosci, umiec zatrzymac sie na chwile, aby tak naprawde podziwiac krajobraz. I nie w momencie ktory sobie do tego wyznaczylem bo akurat mialem czas w moim planie zajec, i spogladajac na piekno gor nie myslec o tym, ze gdzie indziej na pewno jest piekniej i to moj nastepny przystanek, bez tego glodu "wiecej wiecej wiecej". Wlasnie, zatrzymac sie na chwile i polezec sobie w trawie, nie myslac.
Tak wyewoluowalismy, ze lubimy zycie (inaczej dawno by nas tu nie bylo...), a jednak z jakiegos powodu tak je potrafimy marnowac. A zycie krotkie jest, i trzeba wykorzystac kazdy moment. I nie po to, zeby osciagnac cos nowego, czy zarobic kolejne pieniadze. Wykorzystac kazdy moment, aby zyc i cieszyc sie zyciem. Piszac te slowa nie moge nie przypominac sobie mojego dziadka Stanislawa, ktory potrafil sie cieszyc kazdym dniem, siedziec w ogrodzie i obserwowac piekny dzien, obserwowac jak "trawka sobie wesolo rosnie". Dziadek nie mial porzadnego wyksztalcenia i byl prostym czlowiekiem, i jednoczesnie tak madrym....
Jakze chcialbym sie tego nauczyc. Ktos madry kiedys powiedzial, "Wazne aby byc czlowiekem" (nie pamietam, kto). Jestem magistrem politologii, mowie piecioma jezykami (dobra, trzema, dwoma bardzo slabo), tyle miejsc zwiedzilem, a w dalszym ciagu tak naprawde nic sie nie nauczylem. To wszystko tak naprawde tak niewiele znaczy. Chcialbym nauczyc sie byc, a nie sprawiac pozory. Chcialbym umiec sie zatrzymac. Te lekcje na pewno nie beda latwe.

lunes, 28 de septiembre de 2009

Cultura Andina

W tym wpisie chcialem przedstawic dwa przyklady wspolczesnej kultury andyjskiej, jeden bardzo negatywny, i jeden bardzo pozytywny. Dwa wydarzenia z wrzesnia, jedno z dziewietnastego, i drugie z dwudziestego szostego.

Festiwal Andino en Ozogoche - Tributo al aves Cuvivis

Ozogoche lezy na wysokosci 3800 m.n.p.m., i czesc jest juz w Parku Narodowym Sangay. Wlasnie tam odbyl sie Festiwal, trybut dla ptakow Cuvivis. Historia tych ptakow jest naprawde fascynujaca - migruja az z Ameryki Polnocnej, Stanow Zjednoczych, do Ozogoche w Ekwadorze, gdzie wiele z nich... rzuca sie do jeziora, aby zakonczyc swoje zycie. Dotychczas nie ma naukowego wyjasnienia, dlaczego to robia. I porownanie z lemingami nie wydaje sie tutaj dawac odpowiedzi. Jakby nie bylo, fakt ich samobojstwa (czy smierci z jakiegos innego powodu) stal sie czescia kultury tego regionu.
Niestety, sam festiwal nie jest taki jak byl kiedys... Czesc kulturalna gdzies zniknela, jesli kiedys byla na tych festiwalach. Bylem tylko w drugi dzien festiwalu, wiec tylko na jego podstawie sie wypowiadam. Byl to festiwal wielokulturowy, na ktorym zaprezentowano tance i przedstawienia wielu grup, w tym z Boliwii i Kolumbii. O ptakach nie powiedziano nic, oprocz tego ze to trybut dla nich. Festiwal zamienil sie w jedna wielka popijawe, mnostwo ludzi (w wiekszosci indígena, co przykre) upilo sie na umor, czesc z nich ponadto mialo konie, na ktorych jezdzila. No wlasnie, konie mozna bylo wynajac, ale napotkac w cenie wyznaczonej w biuletynie festiwalu bylo prawie niemozliwe, wszyscy zdzierali jak tylko mogli, nawet jesli ledwie cos dukali po hiszpansku (ich jezykiem jest Kichwa). Poza tym, nie bylo koszy na smieci, co na otwartej przestrzeni zakonczylo sie widokiem podobnym do wysypiska, roznoszonym przez wiatr po Parku Narodowym. Tyle dobrze, ze byli ludzie z Czerwonego Krzyza, ktory ratowali potrzebujacych pomocy (glownie z powodu wypadkow spowodowanych nadmiarem alkoholu...). No coz, widok byl straszny, a festiwal mi sie nie podobal. Tyle tylko, ze jezioro i krajobrazy (poza smieciami) byly piekne...

Ceremonia San Pedro

W sobote z 26 na 27 wrzesnia razem z Andrea, Ruth, François i Yuberem wybralismy sie do miejscowosci Tumbaco, niedaleko Quito, i wzielismy udzial w Ceremoni San Pedro. Jest to tradycyjny rytual andyjski. Taita (przewodnikiem, szamanem) byl chilijczyk Sergio Maldonado. Ceremonia jest wydarzeniem bardzo osobistym, wiec opisze jedynie praktyke bardzo ogolna. Na poczatku uczestnicy wchodza do Temascalu - namiotu, ktory sluzy za saune - wnosi sie gorace kamienie i polewa je woda. W namiocie, poza czerwonymi kamieniami, panuje calkowita ciemnosc, jest synonimem brzucha matki, a ta czesc ceremoni to nowe narodziny czlowieka. Trwa to okolo 2 godzin i sklada sie z kilku czesci. Pozniej uczestnicy odpoczywaja, i jakis czas pozniej, pozno w nocy, rozpoczyna sie glowna
czesc rytualu, San Pedro. Tworzy sie krag, a dokladniej - spirala wokol ogniska. Cztery osoby - straznicy - zamykaja drzwi (powiedzmy, duchowe) na poludnie, polnoc, wschod i zachod. ich zadaniem jest nie pozwolic, aby przez drzwi wdarly sie leki. Na poczatku kazdy sklada swoje zyczenia - leczenia lub przemiany osobistej w kupce tytoniu, ktory wklada do ognia, i naklada sobie dym na glowe i do serca (czynnosc
powtarzana przy kazdym zyczeniu, blogoslawienstwie itd). Nastepnie uczestnikom podaje sie San Pedro, halucynogen z kaktusa, aby ich oczyscic - prawie zawsze powoduje wymioty (do plastikowej siateczki, resztki na ziemi sie wypala), symbolizujace zlo i brud, jest to dalsze oczyszczenie. Pozniej kto chce (i moze), poddaje sie ceremoni Limpia (Oczyszczenie), podczas ktorej Taita czysci, mowi ci rozne rzeczy i opowiada o kondycji czlowieka. O tym, ze powinnismy dzialac tak, jak
chcemy, aby byc ludzmi, odmasowic sie, odlaczyc wtyczke, ktora mamy w glowie i podziwiac piekno na swiecie, zyc i cieszyc sie zyciem. Czerpac przyjemnosc z kazdej czynnosci, ktora wykonujemy. Limpia trwa do rana, pozniej kobiety odchodza aby przygotowac pozywienie, ktorym czestuja mezczyzn i jedza same. Jedna z kobiet ("matek"), ktora przewodzi korodowi, spiewa i wykonuje rytual blogoslawienstwa jedzenia, sklada czesc wodzie, Matce Ziemi, Matce Koce, innym substancjom, duchowi, i ogolnie zyciu. W tym czasie mezczyzni (przynajmniej my tak zrobilismy)
obserwuja wschod slonca. Po zjedzeniu (owocow, miesa i kukurydzy), Taita konczy ceremonie, i ludzie sie rozchodza odpoczac - jednak wiekszosc zostaje, aby tanczyc o poranku.
Przezycie San Pedro jest czyms niesamowitym, i czyms bardzo osobistym. Czlowiek, ktory chce uszanowac ten rytual, spotyka sie ze soba samym, zaglada w swoje wnetrze, rozwaza je i stara sie zmienic pewne rzeczy. Na pewno jest w tym wszystkim spora doza synkretyzmu kulturowego, ale mimo to jest to przezycie... nie chce napisac religijne czy metafizyczne, ale... na pewno bardzo... osobiste.

martes, 8 de septiembre de 2009

Koniec lipca, sierpień i poczatek września 2009

Viscaya
Zaraz jak wrocilem z podrozy na poludnie, wpadlem w wir pracy. Jakos dwa dni po powrocie udalem sie do wsi Viscaya w Cantón Baños, gdzie odbyla sie konferencja Grupo de Trabajo Sierra-Centro na temat ochrony srodowiska, a dokladniej w tym wypadku – ochrony spolecznosci przed firma narodowa hydroelektryczna, ktora chce zabrac im rzeke i w rurach poslac ja do Baños. Nie mowiac już o szkodach, jakie to dzialanie przyniesie dla srodowiska, spolecznosc ostanie się bez rzeki, istotnej dla ich dziennych prac i być moze dla ich tozsamosci. Woda jest problemem bardzo istotnym w Ekwadorze (chociaz sytuacja nie jest tak powazna jak, dajmy na to, w Perú). Zgodnie z konstytucja Ekwadoru spolecznosci mają prawo decydowac o swoim otoczeniu i bronic się przed takimi interwencjami, niestety prawa te są bardzo rzadko przestrzegane, a polityka firm, narodowych i miedzynarodowych po prostu barbarzynska – w duzym skrocie: sklocanie mieszkancow między soba, oszukiwanie ich poprzez demagogiczne obietnice, przekupywanie drobniakami, a jeśli to wszystko zawiedzie – grozenie smiercia liderom oporu. Niestety, scenariusz ten powtarza się co jakis czas w Ekwadodze (i ogolnie rzecz biorac w Ameryce Lacinskiej), i wiele spolecznosci lokalnych pozostawiono bez wody, z calkiem zanieczyszczonym otoczeniem powodujacym gwaltowny wzrost smiertelnosci, lub po prostu zmienionym na tyle, ze nie daje pozywienia. Wiele z tych spolecznosci musialo porzucic swoja kulture aby przetrwac lub zostala ona zniszczona wplywem „cywilizacyjnym” - przykład z Amazonii – obok jednego plemienia (nazwy, niestety, nie pomne) rozpoczeto prace gornicze, przybylo więc mnostwo chlopa aby pracowac. Co potrzebuja w czasie wolnym? - Alkohol i kobiety, wiele kobiet z plemienia w wyniku przemian socjo – ekonomicznych zaczelo parac się prostytucja, plemie zostalo ogrodzone rezerwa zbyt mala, aby moglo przetrwac i rozpoczela się migracja do miast w poszukiwaniu pracy, z powodu braku wyksztalcenia ciezkiej i marnie platnej. Z kultury pierwotnej nie pozostalo prawie nic. Podobnych przykladow jest zbyt wiele (innym jest Yasuni, park narodowy w ktorym zaczeto wydobycie ropy, ale na szczescie w wyniku gwaltownych protestow zaprzestano). Niestety, są one wynikiem obludnej polityki rzadu Rewolucji Obywatelskiej, który postanowil w Konstytucji 2008 nie umieszczac ani uzgadniania akcji z obywatelami ze spolecznosci lokalnych ani konsultacji (ta ostatnia znalazla się w ustawie, jednak sprowadza się jedynie do informowania przez rzad, ze cos zostanie zrobione i juz). Na szczescie w Konstytucji znajduje się sporo zapisow chroniacych srodowisko i rdzenne kultury, jednak – w rzeczywistosci w większości zupelnie nie egzekwowanych. I wlasnie dlatego znalezlismy się w Viscaya, aby opracowac plan dzialania i pomoc liderom w uswiadamianiu mieszkancow. Co w pewnej mierze się udalo. Baños nie potrzebuje tej szczegolnej rzeki, a ta spolecznosc tak. Sprawa prawdopodobnie zakonczy się w sadzie, który rozstrzygnie o losach tej 400 osobowej wioski.

Kolonie Wakacyjne
No coz, sierpien byl miesiacem nieco szalonym, w ktorym prawie nie pojawialem sie w Guano. Wszystko zaczelo sie od projektu stowarzyszenia Casa José Martí, ktora organizuje kolonie wakacyjne we wspolpracy z CETEM, katalonska organizacja ktora wysyla wolontariuszy do Ekwadoru. Wolontariat ma na celu poznanie rzeczywistosci roznych panstw swiata i opowiedzenie o nich w Europie, a jednoczesnie pozostawienie czegos po sobie – w przypadku Ekwadoru zorganizowanie kolonii wakacyjnych w miejscowosci Columbe, miasteczku poslugujacych sie Quichua mieszkancow Sierry. Pomysly kolonii wakacyjnych w Guano upadly ze wzgledu na nadmiar konkurencji (nie jestesmy szczegolnie popularni po kampanii wyborczej w ktora wplatal sie nasz koordynator i oczywiscie zostala przegrana), a projekt wygladal na tyle interesujaco, ze razem z Ruth postanowilismy sie w niego wplatac, i udalo nam sie. Pod koniec lipca przyjechali katalonczycy – Ana R., Ana M. Iria, Eduard, Mireya i Carlos, z ktorymi spotkalem sie w Quito, gdzie razem z quitenczykiem Pablo i jego kumplem zaczelismy ich oswajac z rzeczywistoscia Ekwadoru. Pojechalismy na rownik w ramach ich turystyki, i w niedziele 2 sierpnia ich zostawilem na jakis czas jak jechali do Riobamba, i z Quito udalem sie do Puerto López, aby swietowac w samotnosci i spokoju moje urodziny na Pacyfiku.

Puerto López
Postanowilem poplynac na Isla de la Plata (wyspe srebra), po drodze obserwujac wieloryby. Isla de la Plata powstala w wyniku trzesien ziemi, zostala oddzielona od kontynentu poludniowo-amerykanskiego. Jest to park narodowy Machalilla. Nazywana Malym Galápagos albo Galápagos dla biednych (z jednym i drugim nie moge się zgodzic, jest inna niż Galápagos), maa przepiekne wybrzeze, i sporo ciekawych gatunkow zwierzat, takich jak gluptaki niebieskonogie, czerwononogie, gluptaki zamaskowane, fregaty, albatrosy i zolwie morskie. Wyspa jest porosnieta suchym lasem, podobnym jak na Coscie, ale niektore rosliny przeszly pewne transformacje spowodowane silnym upalem, wiatrami i mala iloscia slodkiej wody, np. z malych drzew na kontynencie na wyspie staly się krzakami, albo z roslin rosnacych prosto roslinami wijacymi się przy ziemi. Niestety, nie widzialem ani zolwi, ani albatrosow, ani gluptakow czerwnonogich. Ale w drodze powrotnej mialem dużo szczescia – jeden wieloryb skakal przez caly czas, co udalo mi się uwiecznic na video, które jakos niedlugo postaram się zedytowac i wrzucic do internetu.

Columbe
Po powrocie z Puerto López znowu do pracy. Tydzien planowania zajec, i następnie dwa tygodnie obozu wakacyjnego w Columbe (prawie codziennie na noc wracalem do Riobamba albo do Guano i wstawalem przed szosta aby zdazyc na zajecia). Razem z Ana R. i Mireya zrealizowalismy zajecia z Ciencia Divertida (Zabawnej Nauki), które bardzo nam się udaly – zorganizowalismy zajecia interaktywne z mnostwem eksperymentow z tematow Uklad Sloneczny, Swiatlo i Kolory, Botanika, i Wewnatrz Ziemi. Poza naszymi zajeciami byly także zajecia ze Sportu, Ekspresji Ciala, i Zachecania do Lektury (wszystko z duzych liter, bo tak się nazywaly nasze zajecia). Oprócz tego zadaniem tego obozu bylo wlaczenie w organizacje kolonii wakacyjnych spolecznosci miasteczka, co również się udalo. Powstal komitet rodzicow do spraw kolonii wakacyjnych ( :) brzmi może zabawnie, ale – przynajmniej dziala), którego zadaniem jest pomoc w organizacji zajec w przyszlym roku. Moim i Any osobistym sukcesem bylo dowiedziec się, ze dzieci zabierajac do domu rezultaty zajec opowiadaly i pokazywaly wszystko rodzicom, tlumaczac czego się nauczyly. Na koniec obozowiska zorganizowalismy serie przedstawien, z czytania, tanca (który zorganizowala Andrea), Zabawnej Nauki, zonglerki, sportow a także Przedstawienie Ekologiczne o zanieczyszczeniu i wrzucaniu smieci do rzeki pod tytulem „Sniezek i siedem krasnoludek”, które zrealizowalismy sami. Na koniec rodzice dzieci z obozowiska przedstawili swoj wlasny program. Byla kupa smiechu, placzu ze wzruszenia i ogolnie wszystko bardzo się udalo.

Ambato
W drugim tygodniu obozowiska wyrwalem się na jeden dzien, by uczestniczyc w konferencji na temat „znaczenia strategicznego lasow andyjskich” w Ambato, rozganizowanej przez moja siec organizacji srodowiskowych. Konferencja w kilku slowach – bardzo interesujaca i ze spora iloscia nowych informacji odnosnie sytuacji ekologicznej w Ekwadorze.

Rio Blanco
Jako ze Katalonczycy mieli zaplanowany czas na odpoczynek a my bylismy w teorii za nich odpowiedzialni, wszyscy postanowilismy się udac do Amazonii. Pojechalismy do Tena, gdzie zwiedzilismy park z mnostwem egzotycznych zwierzat, spedzilismy noc i udalismy się (najpierw samochodem, pozniej Canoa, a następnie 3 godziny marszem przez dzungle) do miejscowosci Rio Blanco.
Rio Blanco to malutka miejscowosc polozona w dzungli. Do lat dziewiecdziesiatych XX wieku mieszkancy zajmowali się uprawa roli, w latach dziewiecdziesiatych rozpoczela się turystyka. Spolecznosc zaczela się zajmowac budowaniem miejsc dla turystow, na początku mimo klotni wszystko szlo dobrze, niestety – kryzys konca lat ´90 i dolaryzacja w 2000 roku doprowadzily do tego, ze sektor turystyczny stal się o wiele mniej oplacalny niż dawniej. Mieszkancy postanowili powrocic do uprawy rol, rozpoczela się migracja mlodziezy do miast (Tena, Quito i Guayaquil), i ostala się tylko jedna Cabana (miejsce dla turystow), prowadzona przez faceta o madrym imieniu Clever i jego rodzine. Clever we wspolpracy z naukowcem z USA prowadzi badania nad leczniczymi wlasciwosciami roslin Amazonii, jako ze jego ojciec jest szamanem i on dziedziczy po nim jego wiedzę (wraz z bracmi), prowadzi również ceremonie, w tym Ayahuasca. Niestety, nie prowadzi ich szczegolnie dobrze czy zgodnie z tradycja (brak bebnow, udzial osob trzecich w ceremoni, glosne komentarze a dzien pozniej opowiadanie wizji osob bioracych udzial innym), więc nie wzielismy w nich udzialu. Poza tym Clever jest przewodnikiem, jednym z dyrygujacych stowarzyszeniu przewodnikow w Tena.
Pobyt w Rio Blanco był bogaty w nowe doswiadczenia. W koncu widzialem termity, mnostwo mrowek i innych owadow, sporo się nauczylem o roslinach i ich wlasciwosciach (chociaz pewnie wkrotce zapomne i do niczego mi się to nie przyda...), i ogolnie rzecz biorac spedzilismy sporo czasu w dzungli. Poza tym razem z Andrea gralismy w 40 ( i wiele innych gier karcianych) z rodzina Clevera i swietnie spedzalismy czas. Prawie wszyscy pomalowalismy się naturalna farba, która schodzi po okolo 15 dniach. Niestety, mielismy z nia sporo wypadkow – wystarczy ze dotkniesz nia skory, nawet jeśli natychmiast zmazesz, nastepnego dnia to co zmazales pojawi się na nowo. Więc wszyscy obudzilismy się z mnostwem plam i niechcianych malunkow :)
Poza rzeczami pozytywnymi, spotkalo nas parę mniej przyjemnych. Z czego najmniej przyjemna jest to, ze razem z Andrea padlismy ofiara pasozytow skory – cali jestesmy w krostach, od kolan po lopatki. Na lekarzy i leki wydalismy sporo pieniedzy, nikt nie wiedzial co to jest, jeden dermatolog powiedzial nam w koncu ze to pasozyty skory i wyjasnil, ze to się zdarza osobom podrozojacym do Amazonii, ale nie przyblizyl jakie to zwierzatka czy grzyby czy bakterie czy co. Swedzi i nie wolno się drapac, bo się krosty robia się większe. Teraz jestesmy w trakcie ich leczenia, podobno slady mają zniknac po jakichs 15 dniach. Ufff......... Taka mala przestroga, dla tych ktorym zachciewa się lasow tropikalnych. Chociaz zamierzam tam wrocic za jakis czas :)
Z Amazonii udalismy się do Quito, gdzie pozegnalismy katalonczykow wracajacych na ziemie swoich ojcow, i sami wrocilismy do Riobamba.

Guano
Na ostatnie dni koloni wakacyjnych przyjechali poznani w Perú argentynczycy, Tony i Naty, którzy zostali u nas w domu na jakieś dwa tygodnie. W pierwszym tygodniu lipca wyruszyli do Guayaquil. Swietnie spedzilismy z nimi czas. Tony i Naty to podroznicy bez celu, nie mają swojego miejsca nigdzie na swiecie (swoje rzeczy z Buenos Aires sprzedali). Podrozujac, pracuja – Tony przez internet jako programista, Naty gdzie popadnie w restauracjach jako zawodowa kucharka lub kelnerka. Podrozujac kreca mnostwo video, robia zdjecia i sporo pisza. Pracuja tez dla internetowego radia z Buenos Aires. Obecnie podrozuja na polnoc, w kierunku Meksyku, po Ameryce Lacinskiej chcieliby się udac do Afryki. Bardzo interesujacy ludzie, z ogromna wiedza odnosnie problemow spolecznych Ameryki Poludniowej i, jak to oni mowia, z „buena onda” (dobrej fali). Na jakis czas zostana w Guayaquil, aby zarobic troche pieniedzy.
Teraz w poczatkach września w Guano wszystko wraca powoli do normy, zaniedlugo zaczyna się praca w szkolach, i kilka nowych dzialan bardziej w poblizu Guano. Rozpoczynaja się ostatnie dwa miesiace wolontariatu... Postaram się teraz pisac blog bardziej na bierzaco, bo jak go zostawiam na jakis czas, pozniej sporo mnie kosztuje relacjonowanie wydarzen sprzed ponad miesiaca.....

Peru i Boliwia

Podroz
Jak pisalem, razem z François zaplanowalismy na lipiec podroz do Perú. Wyruszylismy, nie bez komplikacji bo jakzeby inaczej (pisac nie bede, bo.... szkoda gadac...), 1 lipca w nocy. Coz moge napisac, podroz bardzo sie udala. W wielkim skrocie wygladala tak: 10 godzin do granicy, pol dnia granica i Tumbes (miasto na polnocy Perú), 20 godzin do Limy, 4 dni w Limie, 6 godzin do Nazca (zostawilem François w stolicy), 3 dni w Nazca, 8 godzin do Arrequipa (tam znow spotkalem francuza), 2 dni w Arrepuipie, jakies 10 godzin do Puno, noc i dzien w Puno, jakies 8 godzin do La Paz wraz z przekroczaniem granicy, 10 godzin do Uyuni (miasto na poludniu Bolivii, jakies 120 km od granicy z Argentyna i Chile), 2 dni w Uyuni, i znow 10 godzin do La Paz, stamtad jakies 12 do Cuzco, tam noc, 8 godzin (+3 marszu) do Aguas Calientes (miasto pod Machu Picchu), tam 2 noce i znow 8 (+3) do Cuzco, noc i dzien w Cuzco, 18 godzin do Limy, wieczor w Limie, okolo 10 godzin do Trujillo, dzien w Trujillo, 10 godzin do Tumbes i okolo 10 do Guano. Lacznie 22 dni, w duzej czesci spedzone w busie. Prawie caly czas przez pustynie (Perú, poza czescia Amazonii, to jedna wielka pustynia (no, wlasciwie kilka pustyn) – cale wybrzeze i spora czesc Sierry sa pustynne albo po prostu bardzo suche (swoja droga ciekawe wrazenie).... Podobnie duza czesc Boliwii. Wiekszosc z tej trasy to czesc tzw. Gringo trail – szlak gringo – najbardziej uczeszczana turystyczna trasa Ameryki Poludniowej. Ufff..... Ale jak sie przyjrzec z bliska, bylo troche bardziej emocjonujaco. Aby nie marnowac miejsca i czasu, opisze tylko najwazniejsze momenty podrozy. Zaczne wiec od Limy.

Lima
Lima to kilka naj – najwieksze miasto w Perú (8,5 miliona mieszkancow, 30% ludnosci Perú), majwieksze na wybrzezu Pacyfiku w Ameryce Poludniowej i drugie na swiecie najwieksze miasto na pustyni (po Kairze). Do szczegolnie przyjemnych nie nalezy – w miescie przez wiekszosc czasu wisi mgla, jesli nie mgla to smog (mowi sie zgryzliwie, ze przez jedno i drugie slonce mozna tam ogladac jakies 2 dni w roku), rozwarstwienie spoleczne jest ogromne – dzielnice dla bogatych (i turystow), z monitoringiem i policjantem na prawie kazdym rogu, i dzielnice skrajnej biedy – a na dodatek cholernie niebezpieczne (bylem tam tylko chwile a zdazyli mnie napasc, rozmawiajac z François nie zauwazylismy ze wychodzimy z centrum miasta, i na pierwszej ulicy poza uczeszczanymi napadlo nas pieciu gosci, szczesliwie nic nam sie nie stalo i nawet nic mi nie ukradli, François stracil tylko 4,5 sola czyli jakies 4,5 zlotego, zeby sie nie rozpisywac – mielismy mnostwo szczescia). Jakos sie nie zakochalem, chociaz miasto i jego problemy spoleczne sa bardzo ciekawe. Mieszkalismy w bezpiecznej dzielnicy Mira Flores (straszna gringolandia, co tez odbija sie na cenach), zwiedzilismy bardzo powierzchownie centrum miasta, i wybrzeze – gdzie sprobowalismy surfingu :) Strasznie fajna zabawa :) Poznalismy sporo ciekawych ludzi z roznych stron swiata, z ktorymi staramy sie teraz utrzymywac kontakt. Nie wiele wiecej do dodania. No moze jeszcze to, ze peruanki sa ladne :)

Nazca
Nazca chcialem odwiedzic od bardzo dawna, mysle ze malo jest osob ktore nie slyszaly o liniach i rysunkach, ktore mozna zobaczyc tylko z samolotu (co nie jest prawda, rysunki mozna zobaczyc z nie bardzo wysokiej wiezy, chociaz aby ogarnac linie potrzeba wyobrazni, albo faktycznie samolotu). W Nazca wzialem samolot i przelecialem sie nad liniami (koszt okolo 50 dolarow, w zeszlym roku ceny dochodzily do okolo 180 dolarow - coz, wyglada na to ze nawet ogolnoswiatowy kryzys „zakonczony” bez wyraznych zmian czy konkluzji ma swoje pozytywne skutki dla niektorych:) ). Oglada sie rysunki, bardzo interesujace, fajnie zobaczyc to wlasnymi oczami, chociaz moze nie robi az takiego wrazenia – rysunki, choc spektakularne, to tylko czesc wiekszej calosci ktora stanowia linie i figury geometryczne, poza nimi jest tez kilka spiral (rysunek pojawiajacy sie na calym swiecie, powszechny juz w neolicie). Ogolnie linie to nie tylko Nazca i wyglada na to ze nie tylko kultura Nazca – ciagna sie od granicy z Chile az do Limy. Same rysunki sa male w porownaniu z liniami i figurami geometrycznymi. Tego samego dnia wybralem sie na wyklad Victorii Nikitzki w Centrum Maria Reiche (gdzie kupilem ksiazke Marii Reiche, ktora lyknalem w ciagu pobytu w Nazca), dzien pozniej do stolicy ludu Nazca, Cahuachi (odwiedzajac po drodze część akweduktow, miejsce gdzie przetrzymuje się nie chciane w muzeum kosci, i pozniejsze ruiny inkaskie, zakopane przez odchodzacych Inkow wycofujacych się przed Hiszpanami), a pozniej znow do Centrum Marie Reiche – aby popracowac jako wolontariusz i pozniej wybrac sie z Victoria w teren, aby zobaczyc linie z bliska i przeprowadzic eksperyment z precikami metalu i poszukiwaniem wody.
Pustynia Nazca to jedno z najsuchszych miejsc na ziemi, przynajmniej tak bylo do niedawna – padalo tam do niedawna pol godziny w ciagu roku, w ostatnich dekadach zaobserwowano powazne zmiany klimatyczne w których wyniku zdarzaja się przelotne deszcze i silne ulewy które powaznie groza rysunkom. Dotychczas przetrwaly ponieważ deszczy nie bylo, a poduszka cieplego powietrza powstala w wyniku nagrzania pustyni chronila ziemie przed silnymi wiatrami. Linie sa wykonane poprzez usuniecie okolo 10 centymetrowej warstwy spalonej sloncem ziemi naniesionej niegdys przez wiatr z Andow i odsloniecie wapiennej, bialej warstwy pod nia.
Istnieje wiele teorii dotyczacych pochodzenia i znaczenia lin. W dalszym ciagu brakuje dzialan, aby dokladnie zbadac niektore z nich. Część z nich (trojkaty) wskazuje na podziemne kanaly wodne, część linii (przynajmniej z punktow z których na wszystkie strony odchodzi ich mnostwo) wskazuje na pozycje slonca podczas przesilen i rownonocy. Jako ze ziemia zmienila odrobinke swoja pozycje wzgledem cial niebieskich, aby obliczac, czy pozostale linie wskazuja na jakis element wyzej na niebie, trzeba przeprowadzac skomplikowane obliczenia, ponadto linie powstawaly prawdopodobnie przez setki lat, i ustawienie ziemi wzgledem obiektow na niebie ulegalo w miedzyczasie pewnym zmianom, co dodatkowo komplikuje sprawe. Obecnie ponoc 30% wkazuje na obiekty astronomiczne, 30% na kanaly wodne, w związku z czym uznaje się ze teorie te nie mają wystarczajacego poparcia... Inne teorie glosza ze linie to trasy dla pielgrzymek laczace rozne miejsca kultu. Ich minusem jest to, ze niektore linie prowadza przez wzniesienia, na które trzeba niemalze uprawiac wspinaczke aby wejsc – z drugiej strony w praktykach religijnych nie takie rzeczy widywano... Inna teoria glosi ze ludzie z kultury Nazca potrafili tworzyc balony, jednak poza wytwarzanym przez nich materialem wystarczajaco gestym aby taki balon utrzymac w powietrzu, nie ma zadnych dowodow te teorie potwierdzajacych. O teoriach takich jak Ericha von Dänikena tlumaczaca linie jako znaki dla istot pozaziemskich nawet nie zamierzam się rozpisywac. Co do trzech pierwszych (kalendarz astronomiczny, drogowzkazy do kanalow wodnych, pielgrzymki religijne) nie jest wykluczone, ze wszystkie naraz są poprawne, linie powstawaly przez wiele lat, ich rola mogla się zmieniac wraz ze zmianami w kulturze które przeciez nastepowaly (np. silniejsze El Niño, które silnie oddzialywuje na kultury wybrzeza i andyjskie, przez niemoznosc kaplanow do jego przewidywania doprowadzilo do upadku wiary religijnej ludu Nazca i ich stolicy, centrum religijnego i kulturalnego, Cahuachi). Istnieje również teoria, ze linie to cos więcej niż tylko kalendarz astronomiczny, raczej ksiazka przedstawiajaca wiedzę ludu Nazca, pozostawiona dla następnych pokolen, zawierajaca bardzo wazne informacje, takie jak gdzie znalezc wode (w koncu Nazca to pustynia), a także kalendarz astonomiczny, który tez jest niezwykle istotny (tam niemalze niezbedny) np. dla agrikultury. Co do rysunkow, uwaza się ze mialy charakter ceremonialny.
Kultura Nazca jest zdumiewajaca również pod innymi wzgledami. Budowali piramidy, czego dowodem jest Cahuachi, stolica ludu Nazca, skladajaca się z 34 piramid. Najwieksza z nich, zbudowana z glinianych cegiel mierzy 40 metrow wysokosci, i ma podziemnr tunele. Jej dokladne znaczenie nie jest jeszcze znane, bo brakuje pieniedzy na badania, które zreszta beda trwaly jeszcze wiele lat, jako ze odkopanie jej spod piasku nie jest zadaniem latwym (sprawe utrudniaja wydarzania takie jak proby wykopalisk przez osoby bez wyksztalcenia w tym kierunku i rabunki artefaktow archeologicznych). Podobno odnaleziono tam slady wskazujace na to ze zmarli byli malowani w sceny religijne (http://www.baluart.net/articulo/lineas-de-nazca-y-cahuachi-eran-centro-ceremonial). Historia miasta jest bardzo interesujaca – przypuszcza się, ze miasto upadlo, ponieważ fenomen El niño i niezdolnosc kaplanow (którzy posiadali przeciez ogromna wiedze) do jego przewidywania podkopal wiare ludu, i miasto zostalo opuszczone i zasypane przez piaski.Innym zdumiewajacym aspektem tej kultury są instrumenty muzyczne, posiadajace więcej tonow niż obecne (nasze posiadaja osiem, a Nazca mialy dwanascie, jeśli się nie myle), i rytualy z nimi zwiazane – wierzono, ze instrument muzyczny posiada dusze, i po jednym jego uzyciu, niszczono go, aby te dusze uwolnic. Nazca zbudowali tez imponujaca siec odpornych na wstrzasy, czesciowo krytych akweduktow z ukladanych kamieni, dostarczajacych wode dla ich upraw i do uzytku codziennego. (Tutaj jedna uwaga - jeśli naduzywam slowa kultura, to dlatego ze tak się w krajach andyjskich okresla ludy starozytne – np. kultura Nazca albo kultura Wari).
Podczas pobytu w Nazca zarysowala mi się, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, uniwersalna wizja swiata starozytnego. Istnieja dane wskazujace na relacje pomiedzy kulturami starozytnego swiata. Pierwsze podobienstwa to między ludami Ameryki, takie jak Wirakocza (ojciec bogow w mitologii inkaskiej) – Quetzalcoatl (najwyzszy bog Aztekow). Można powiedziec, ze ludy te nie znajduja się tak daleko od siebie, ale zwazywszy na typ terenu, jaki ich dzieli i na srodki komunikacji w ich epoce, kontakt między nimi był nie lada wyczynem. Innym przykladem, nieco bardziej emocjonujacym, jest znalezienie lisci koki w mumiach egipskich. Koka pochodzi z regionu Andow, co robila w Egipcie? Czy jest mozliwe, ze kiedys tam rosla? Normalnie koka rosnie na pewnych wysokosciach, i nic nie wskazuje aby wystepowala naturalnie w innych miejscach niż Andy. Thor Heyerdahl, norweski podroznik i odkrywca, zajmujacy sie archeologia i antropologia, propagator teorii dyfucjonizmu, znany ze swoich przedsiewziec jak Wyprawa Kon-Tiki czy Ekspedycja Ra, badajac piramidy w Güímarze na Teneryfie (Wyspy Kanaryjskie) doszedl do wniosku, ze byla to baza wypadowa podczas podrozy między basenem Morza Srodziemnego a Ameryka.
Niezwykle to ciekawe. Coz, poczytawszy troche o tym temacie utknalem między dwoma przekonywujacymi i pociagajacymi teoriami rozwoju kultury, ewolucjonizmem kulturowym i dyfucjonizmem kulturowym. Fajnie byloby wiedziec, która z nich ma więcej racji, obecnie – nie wiem.
Spotkanie z Victoria Nikitzki byla dla mnie istotne również dlatego, ze w jej osobie zobaczylem ciekawy problem kogoś wychowanego w kulturze europejskiej w Ameryce Lacinskiej. Victoria traktuje Marie Reiche jak aniola, ktoremu nalezny jest bezwarunkowy szacunek ze strony obywateli i instytucji peruwianskich. Uwaza, ze wszystko, co jej poswiecono (np. pomnik), jest jedynie na pokaz i w rzeczywistosci nikt jej nie szanuje tak jak powinien. Calkiem mozliwe ze ma w tej kwestii racje. Victoria czuje się opuszczona w swojej walce o propagowanie ideii Marii Reiche, (która to walka obecnie wydaje się lekko bez sensu i idealistyczna, wyrwana z kontekstu spolecznego Perú) a także w walce o zachowanie linii (to już zupelnie inna, pilna sprawa).Brak jej dobrego kontaktu ze spolecznoscia w której zyje, który utrudnia jej intelektualne i lekko elitarystyczne zachowanie, którego ludzie wokół nierozumieja. Szanuje peruwianczykow i rozumie część problemow spoleczenstwa majacego slaba edukacje, jednoczesnie wyglada na to ze nie potrafi dostosowac swojego zachowania do swojej wiedzy i zada od nich zbyt wiele. Europejczykow i Amerykanow nie szanuje zbytnio, uwaza ze mamy zobowiazania wobec dziedzictwa swiatowego, których nie spelniamy (ma racje, problem polega na tym, ze wielu z nas, którzy chcieli by pomoc, nie może robic zbyt wielu rzeczy jednoczesnie, ale faktem jest, ze przy tak ogromnym zainteresowaniu liniami można by sobie wyobrazic o wiele wieksza pomoc organizacji pozarzadowych itd.). Brakuje jej również umiejetnosci obslugi komputera, wobec czego jej kontakt ze swiatem i mozliwosci pozyskiwania pomocy wolontariuszy są drastycznie zmniejszone. Mowi o sobie, ze pochodzi z kosmosu, w mojej przytomnosci ani razu nie powiedziala ze jest Austriaczka. Zyje w Centrum Marii Reiche, które zalozyla, w ktorym wszystko jest zaimprowizowane, brudne i zabalaganione, wyglada bardziej jak zbior szalasow. Osamotniona w swojej pracy, w rezultacie jest nieco zgorzkniala. Osobiscie, pomimo wszystkich negatywnych stron, bardzo szanuje te kobiete za jej wole, i wiedzę. Nadal jest w Nazca i pomimo tych wszystkich ograniczen, stara się cos zrobic.Ja i dwie Holenderki popracowalismy dla niej jako wolontariusze, pomagajac usunac galezie drzew wychodzace na ulice (dla mnie, paskudna robota, nienawidze ciecia drzew).
Victoria opowiedziala nam z jej punktu widzenia o pewnym problemie (również jej problemie), jaki zaistnial w tym malym miasteczku. Jakis czas temu pojawili się Wlosi, którzy zainwestowali sporo pieniedzy w stworzenie Muzeum Lin Nazca. Czerpia oni korzysci finansowe, jednoczesnie nie prowadza zadnych inwestycji w ochrone lin. Jeśli chodzi o rozpowszechnianie kultury – cena biletu do muzeum kosztuje 15 soli, co dla przecietnego peruwianczyka jest cena zaporowa (wystarczajaca zaporowa, zebym ja sobie odmowil przyjemnosci, zwlaszcza po tym co uslyszalem o muzeum od osob, które je odwiedzily). Victoria twierdzi, ze ci Wlosi to wloska mafia, ale pozwalam sobie nie traktowac jej zbyt powaznie w tej kwestii. Należy również zaznaczyc, ze to jej konkurencja. Kwestia Victorii i Wlochow również dala mi do myslenia, chociaz jest to historia oparta na wypowiedziach jedynie jednej strony.
Podsumowujac, sporo sie nauczylem podczas pobytu w Nazca, i kilka rzeczy stalo się dla mnie nieco wazniejszymi przedmiotami zainteresowan niż wczesniej. Czego zaluje, to ze nie udalo mi się odwiedzic (poza malym fragmentem) oslawionych akweduktow
Z Nazca udalem się do Arrequipa (z powodu ogolnonarodowego strajku przeciw nowym ustawom placac za bilet jak za woly), gdzie znow spotkalem się z François.

Arrequipa
Arrequipa to wspaniale kolonialne miasto w Andach peruwianskich na wysokosci 2335 metrow m.n.p.m. Mnostwo pieknych kosciolow, ladne centrum miasta (pelne golebi) z arkadami przywodzocymi na mysl Sukiennice. Nieco zbyt pelne samochodow. Z Arrequipa można wziasc samochód do Canyon de Colca, odkryty przez Polakow. Pojecia typu „najglebszy kanion” czy „najwiekszy kanion” są dość nieprecyzyjne, ale niektorzy twierdza, ze Colca jest najglepszy na swiecie (po badaniach w 2005 roku przeprowadzonych również przez Polakow), chociaz Wikipedia glosi inaczej – kanion Yarlung Tsangpo w Chinach ma 6,009 metrow glebokosci, Colca tylko 3,501 metrow). (Swoja droga w Andach wiele razy spotyka sie informacje, ze cos tutaj jest naj naj na swiecie, ale jesli to sprawdzisz szybko sie okazuje, ze to brednie). Kanion jest przepiekny, a jego glowna atrakcja są kondory, które tam można obserwowac. Wspaniale, imponujace ptaki, najwieksze latajace w swiecie, majace do 3,1 metrow rozpietosci skrzydel (jeden gatunek albatrosa ma większy, do 3,4 metra), pelniace bardzo wazna role w tutejszych kulturach starozytnych, jak i obecnych panstwach narodowych, jest symbolem narodowym Argentyny, Chile, Boliwii, Peru, Ekwadoru i Kolumbii. W Perú raz na jakis czas az do teraz (lub do niedawna?) organizuje się spektakle, w których wiaze się kondora na grzbiecie byka i zmusza się je do walki. Byk reprezentuje Hiszpanie, Kondor Inkow – jeśli wygra byk, oznacza to zle lata dla ludnosci, jeśli Kondor – dobre.
W okolicach kanionu można tez zobaczyc tarasy inkaskie, tworzony by kontrolowac uprawy – na roznych wysokosciach chodowano rozne rosliny - mistrzostwo agrokultury. Ludnosc Andow az to teraz ich uzywa. Widok tarasow jest niesamowity.
W Arrequipie odwiedzilismy również muzeum z mumia Juanita (która nie jest mumia, tylko zamrozonym cialem, nie zostala poddana procesowi mumifikacji) – dziewczynki poswieconej przez Inkow na gorze Ampato, jako ofiara aby udobruchac Wulkan. Inkowie uwazali wulkany i gory za bogow, za istoty zyjace. Poswiecali dzieci z rodzin arystokratycznych, przygotowywane od urodzenia do bycia zlozonymi w ofierze - musialy być zdrowe, bez ubytkow w zebach, i dobrze wyedukowane, aby ofiara byla jak najbardziej wartosciowa. Dzieci odbywaly podroz na gore eskortowane przez kaplana i kilka innych osob, w odpowiednim miejscu przeprowadzano ceremonie, podczas której odurzano je za pomoca alkoholu, i zadawano im cios specjalna laska kaplanska w tyl glowy, powodujac smierc. Cialo dziewczynki, nazwane Juanita, swietnie się zachowalo dzieki zamrozeniu. Oprócz niej na Ampato znaleziono również dwa ciala chlopcow. Wszystkie ofiary składano w pozycje plodu, Inkowie (a także wczesniejsze kultury, jak Nazca i kilka innych) bowiem wierzyli ze w ten sposob zmarli rodza się do nowego zycia. W wyniku posmiertnego usztywnienia miesni, spowodowanego przez zachodzace po smierci reakcje chemiczne, cialo dziewczynki znajduje się w pozycji siedzacej, z rekoma zaplecionymi ponizej kolan.
Niestety podczas pobytu nie zwiedzilismy Monasterio de San Francisco, wychodzac z zalozenia ze nie bedziemy placic 30 soli aby wejsc do kosciola... Po calej podrozy co prawda kasy nam nie zostalo szczegolnie dużo, ale zaluje, ze to miejsce pominelismy.

Puno
Z Arrequipa wyruszylismy do Puno, gdzie na jeziorze Titicaca zwiedzilismy Plywajace Wyspy ludu Uros, zrobione z trzciny. Uros stworzyli te wyspy, aby uzyskac niezaleznosc najpierw od Inkow, pozniej od Hiszpanow. Zyjac obok kultury Aymara, silnie z nimi zwiazani poprzez sluby, z czasem stracili swoj wlasny język Uros i teraz posluguja się jezykiem Aymara. Widok plywajacych wysp z trzciny – niezwykly. Na wyspach zyje obecnie okolo 50 rodzin. Z powodu coraz trudniejszej, dramatycznej sytuacji finansowej, niedawno zdecydowali się na zezwolenie na odwiedziny turystow, którzy kupuja ich wyroby artystyczne z trzciny i inne. Odwiedzilismy także wyspe (już nie plywajaca) Taquile, podtrzymujaca swoja specyficzna kulture i stroje – jako ze Hiszpanie, podbiwszy wyspe jako jedno z ostatnich miejsc Imperium Inkow, zakazali uzywac inkaskich strojow, ludnosc przybrala ubior chlopski, który do dziś dzien uzywaja. Charakterystyczne są czerwone i czerwono – biale czapki, które nosza odpowiednio zonaci i kawalerowie, również pasy, w które wszywaja (tak, mezczyzni szyja, do teraz można ich zobaczyc lazacych tu i tam cos szydelkujacych) wlosy swoich zon, które obcinaja dwa razy w zyciu – raz jako bardzo mlode, raz podczas slubu, na znak poswiecenia, aby podkreslic wage cermonii slubnej. Pasa takiego podobno nie da się kupic. Kobiety nosza pasy, na których za pomoca obrazow opowiadaja historie swojego zycia, umiejac taki pas czytac można zobaczyc ile dzieci ma, czy jest mezatka, czy dzieci wyprowadzily się z domu, i inne wazne wydarzenia. Ludzie ci kontroluja ilosc turystow, tak zeby im za bardzo nie przeszkadzali, ale wyglada na to ze ich liczba jeszcze nie przekroczyla uwazanej przez nich za zbyt wysoka. W latach dziewiecdziesiatych przyplyneli pierwsi turysci na lodziach mieszkancow Puno, ale Taquilczycy stawili opor, i sami zmonopolizowali turystyke na swojej wyspie, teraz lodzie z turystami naleza do nich.

Uyuni
Z Puno udalismy się do Boliwii, przez Copacabana, La Paz, do Uyuni w prowincji Potosí. Tam zwiedzilismy Salar de Uyuni, pustynie soli, najwiekszy na swiecie Salar. I jedno z najpiekniejszych miejsc, jakie widzialem. I jednoczesnie strasznych – pustynia soli, jak można sobie wyobrazic, jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych dla zycia miejsc na ziemi (chociaz Flamingi, w slonej wodzie na granicach pustyni, znajduja cos do jedzenia). Dla ludzi, którzy mieszkaja w okolicy i pracuja przy wydobyciu soli, Salar ma dwie strony - jest miejscem pracy, ale rowniez miejscem powodujacym smierc – ich życie trwa okolo 40 lat, a praca nie przynosci im szczegolnych zyskow. Nadzieja mieszkancow regionu jest rozwijajaca się turystyka, jednak produkcja wyrobow z soli również wymaga tej soli wydobycia i zycia nie wydluza. Wyroby z soli, podobnie jak wlasciwie wszystko w Boliwii (poza uslugami biur turystycznych...), są bardzo tanie.
Salar powstal miliony lat temu, kiedy przez zderzenie plyt tektonicznych Nazca i Poludniowo-amerykanskiej część Pacyfiku zostala wyniesiona na wysokosc 3600 metrow, a następnie wyschla. Przez jakis czas miala polaczenie z jeziorem Titicaca.
Na Salar de Uyuni odwiedzilismy kopce z soli, przygotowane w tej formie do transportu, Ojos de Salar – zrodelka wody wybijajace sie przez sol, sama pustynie, po której nieco się powloczylismy, hotel zrobiony z soli i przemienony w muzeum (obecnie na samej pustyni nie można budowac hoteli, z powodu problemow z odpadkami i ekskrementami) i wyspe Incahuasi, zwana tez Isla de Pescado, jako ze ogladana z odleglosci ma forme ryby. Jest to wyspa koralowa (!!!) (zostala wyniesiona na te wysokosc razem z kawalkiem oceanu), na której znajduje się wyjatkowa w okolicy ilosc wielkich kaktusow mierzacych do dziesiecu metrow wysokosci, cala wyspa jest ich pelna, i widok jest przepiekny. Niektore z nich mają ponad tysiac lat, można zobaczyc jeden który mial 1203, i umarl w 2007 roku. Kaktusy te można spotkac w okolicy, ale nigdy więcej niż kilka obok siebie. Na wyspie rosna w ogromnym skupisku, nie wiem dlaczego.Przypuszcza się, ze ich nasiona zostaly tam przetransportowane przez ptaki.
Po odwiedzinach wyspy udalismy się do hotelu u podnozy Wulkanu Tunupa, wspanialego, z wielkim widocznym kraterem, gdzie spedzilismy noc. Pod wulkanem znajduje się wioska. Fascynujace jest, ze można zyc w takim miejscu, na wyspie pomiedzy dwoma Salarami, chodujac quinua (cos jak nasza kasza gryczana), lamy, bydlo i swinie – to miejsce wydaje się być dziura na mapie. Na granicy pustyni, na jeziorku, widzielismy flamingi, które cos zjadaly w tej slonej wodzie. Piekne ptaki, stanowia imponujacy widok w locie.
W nocy postanowilem się przejsc, chcialem zobaczyc, jak pustynia wyglada w nocy. Jako ze nie ma wielu zrodel swiatla w okolicy, niebo jest przepiekne, i pelne gwiazd, można obserwowac droge mleczna w swojej okazalosci. Sol jest biala jak snieg, więc w nocy – srebrna lub niebieska. Ale coz, spacery po nocy po pustyni, samemu, nie naleza do najrozsadniejszych pomyslow, i spotkalo mnie to czego można się bylo spodziewac – zgubilem się. Na szczescie nie na samej pustyni, ale wracajac pomylilem droge do hotelu, i lazilem w ciemnosciach kolo swin z jakiegos gospodarstwa, których nie widzialem ale slyszalem bardzo blisko (jak dla mnie zdecydowanie za blisko w tym momencie), i aby dostac się do hotelu musialem przeskakiwac przez zrobiony z ulozonych kamieni mur (w sklad którego wchodzila skala, po której się wspialem). Szczerze powiedziawszy, najadlem się sporo strachu:)
Z rana ruszylismy w gore wulkanu, gdzie w jaskini w skale znajduja się groby zlozonych w ofierze wulkanowi osob, znow w formie plodowej.
Część tych brutalnych tradycji trwa az do teraz w pewnych czesciach Boliwii – jednak wulkanom nie składa się już w ofierze ludzi doroslych ani starszych dzieci, jedynie usuniete plody, poronione lub poddane aborcji. Inna tradycja, na polnocy prowincji Potosí, to Baile Tinkuy, taniec podczas którego tanczacy walcza ze soba, az jeden z nich padnie martwy, lub przynajmniej powaznie ranny. Konstytucja Boliwii nie zakazuje takich praktyk, jako ze są czescia rdzennej kultury, która chroni i promuje.
Po wizycie na Tunupa wrocilismy na Salar, poszwedalismy się troche, i pojechalismy zwiedzic cmentarzystko pociagow w Uyuni, a pozniej – do Cuzco w Perú.
Przyjechalismy wieczorem, więc spedzilismy noc i ruszylismy zobaczyc Machu Picchu.

Machu Picchu
Są przynajmniej trzy sposoby na dotarcie do Machu Picchu. Pierwszy z nich, to pociag, który wybiera zdecydowana większość turystow. Jego powaznym minusem jest koszt – ok 40 dolarow. Drugim jest podroz na piechote szlakiem Inkow, którego minusem jest czas trwania – dwa dni. Trzecim, który wskazal mi poznany w Nazca japonczyk o imieniu Nao, bardzo porzadny facet, na ile moge to stwierdzic po kilku godzinach znajomosci, jest wziecie autobusu do Santa María, następnie transportu do Hidroeléctrica (przez Santa Teresa), i stamtad 2-3 godzinki spacerem po torach kolejowych do Aguas Calientes, miasteczka u podnozy Machu Picchu (to tez nazwa gory kolo ruin). Wlasnie te trzecia wybralismy, jako ze koszt jest bardzo niski, a do tego – krajobrazy, które można zobaczy z autobusu i samochodu bardzo imponujace. Część trasy, od Santa María do Hidroeléctrica to waska droga nad przepascia, widoki przepiekne, ale dojechalem nieco znerwicowany (chociaz nawet nie w czesci tak bardzo, jak w drodze powrotnej....). Ponadto spacer po torach to spacer przez dzungle wysokogorska , sposrod której wystaja wielkie, skaliste gory, czesciowo nia porosniete. Wyruszywszy z hostelu w Cuzco przed 7 rano, na miejscu bylismy dobrze po zmierzchu, okolo 7.30, ale naprawdę warto bylo. Po drodze poznalismy grupe Argentynczykow, Tony, Naty i Luis, z ktorymi spedzilismy czas az do wyjazdu z Aguas Calientes. Wstalismy o 3.30 w nocy, aby nie placac za bus być na 6 rano już na gorze, u bramy do Machu Picchu.
Poza samym widokiem ruin, pierwsza rzecz, która mnie uderzyla po otwarciu bramy to przebiegajacy przez nie turysci, pedzacy by ustawic się w kolecje do Huayna Picchu, gore z kawalkiem ruin, na która dziennie wpuszczaja jedynie 400 osob. Widzac to, postanowilismy nie tracic czasu i darowac sobie gore, zwiedzajac same ruiny.
Są rozne teorie odnosnie funkcji Machu Picchu, co do jednego wszyscy są zgodni – bylo bardzo wazne. Inkowie zniszczyli kawalek drogi i je opuscili (lub czesciowo wymarli na ospe, jednak przypuszcza się ze po prostu stamtad odeszli, jako ze odnalezione ciala nie nosza znaczacych sladow choroby), aby Hiszpanie nigdy miasta nie znalezli. Według niektorych teorii już w czasie podboju przez Hiszpanow miasto bylo opuszczone. Ponadto przypuszcza się, ze ksztalt kondora, jakie miasto ma, nie jest przypadkowy i odnosi się do wierzen Inkow, którzy czcili Kondora, Pume i Weza (przypuszcza się ze Cuzco, stolica imperium, mialo ksztalt pumy i inne miasto ksztalt weza) – symbole kolejno swiatow Duchow, Ludzkiego i Zmarlych. Istnieje teoria, ze był to typ uniwersytetu, czy szkoly, w której arystokracja inkaska odbierala edukacje. Mowi się także o znaczeniu religijnym, mialy tam takze rezydowac Swiete Dziewice, odnosnie których (znowu) istnieje wiele teorii. Mozliwe ze bylo to centrum naukowo – religijne. Zylo tam od 300 do 1000 osob.
Miasto jest podzielone na część swiatynna, arystokracji, i zwyklych obywateli. Kompleks swiatynny składa się z kilku budynkow – swiatyni boga Wirakocza, Swiatyni Intihuatana i Swiatyni Trzech Okien. Intihuatana nosi nazwe od kamienia, którego Inkowie uzywali do przewidywania przesilen i rownonocy. Intihuatana byl za czasow Inkow w kazdym wazniejszym miescie, ale wszystkie poza tym jednym zostaly zniszczone przez Hiszpanow uwazajacych je za heretyckie narzedzia kultu slonca. Ten w Machu Picchu został uszkodzony podczas krecenia reklamy piwa – spadlo na niego cos duzego i ciezkiego (bez komentarza). W Swiatyni Trzech Okien mozna zobaczyc Cruz Andina - Krzyz Andyjski (polowe w kamieniu, a polowe utworzona przez cien), zwany także Cruz del Sur i Chacana, ktory reprezentuje wizje swiata inkaskiego i daje wglad w ich filozofie. Najslawniejszy i być może najwazniejszy symbol andyjski. Reprezentuje 4 czesci imperium, 3 Swiaty (Duchow, Zywych i Zmarlych), hierarchie spoleczna (Inca, rzad, narod), rozmieszczenie energii w cyklu slonecznym i parę innych.
Machu Picchu prezentuje dwie rozne formy budownictwa incaskiego – dominuje mury z kamieni które laczano przy pomocy roznych substancji, druga forma, której uzywano przy konstrukcji budynkow dla elity, perfekcyjnie wypolerowane i ulozone tak, ze w niektorych miejscach nie można wlozyc między nie nawet ostrza zyletki. Niektore z tych kamieni mają bardzo skaplikowana forme, jeden w Machu Picchu ma az 33 katy (jeden slawny w Cuzco ma ich 12, inny w jednej inkaskiej swiatyni, której niestety nie widzialem, ma ponad 50). Konstrukcje inkaskie są bardzo odporne na bardzo częste w Perú wstrzasy sejsmiczne (m. in. okna i mury w formie trapezoidalnej, wzmocnienia scian), do tego stopnia ze trzesienia ziemi z lat 1650 i 1950 niszczyly w Cuzco hiszpanskie i nowoczesne budowle, tymczasem pozostalosci Inkow przetrwaly niemal nienaruszone. Istnieja również silne dowody, ze część budynkow w Machu Picchu zostala skonstruowana w odniesieniu do pozycji slonca podczas przesilen.
W Machu Picchu, podobnie jak w wielu miejscach w Perú az do teraz można ogladac oslawione tarasy Inkow, które sluzyly im agrokulturze na stokach gor. Ich uzycie pozwalalo na kontrole upraw i ich rozmieszczenie według wysokosci, na jakiej mogą rosnac, a także pozwalaly na utorzenie systemu irygacyjnego (który ogolnie w Machu Picchu jest bardzo imponujacy, według badaczy Alfredo Valencia i Keneth Wright “tajemnica dlugowiecznosci Machu Picchu jest system drenazy)”. Tarasy (oczywiscie nie te w Machu Picchu) są do teraz uzywane przez mieszkancow Perú.
Niestety, Machu Picchu jest kolejnym przykladem mechanizmu, który można obserwowac w wielu miejscach Ameryki Lacinskiej. Jeśli na czymś można zrobic pieniadze, robi się je niewiele dbajac o ich zrodlo, myslac w czasie terazniejszym i zapominajac o przyszlosci.
Sporo mowi sie o ochronie spolecznosci lokalnych przed nie dbajacymi o ich interesy korporacjami miedzynarodowymi i rzadami centralnymi – i bardzo slusznie – jednak spolecznosci lokalne nie zawsze sa niewinne i nie zawsze same dbaja o swe otoczenie. Podobnie jak na Galápagos, tak i w przypadku Machu Picchu spolecznosc lokalna przez brak myslenia o czyms wiecej niz wlasny (i rozumiany bardzo krotkowzrocznie) interes, wbrew pewnym protestom rzadu centralnego jest w trakcie niszczenia swiatowego dziedzictwa kultury.
Strefa wokol Machu Picchu to rezerwa. Jednak przez wzrost popularnosci, ruiny sa oblegane przez tysiace turystow dziennie, a miasto Aguas Calientes rozrasta sie w zastraszajacym tempie wycinajac pierwotny las dookola, by zaspokoic potrzeby wzrastajacej liczby turystow i by zaproponowac im cos wiecej, za co moga zaplacic. Same Machu Picchu przyjmuje wiecej turystow niz jest w stanie zniesc, co odbija sie na ich kondycji. Pozwala sie na to, poniewaz z turystami przybywaja pieniadze. Poza wstepem na Huayna Picchu (400 turystow dziennie, co konczy sie porannym wyscigiem przez ruiny chetnych ja odwiedzic turystow – przerazajace i budzace niesmak...) nikt ich nie limituje. W rezultacie tego wszystkiego Machu Picchu znalazlo sie na liscie Dziedzictw Zagrozonych.
Z Machu Picchu znow piechota wrocilismy do Hidroeléctrica, stamtad samochodem do Santa Teresa, i kolejnym samochodem do Santa María (z bardzo mlodym kierowca który jechal nad przepascia z zdecydowanie za duza jak na mój gust predkoscia, balem się jak cholera, az do teraz ogarnia mnie chlod jak o tym mysle) i stamtad znow do Cuzco.

Cuzco
Cuzco bylo stolica Imperium Inkow, którego porzatek jest zanurzony w legendach. Zgodnie z nimi, w XII wieku pierwszy Inca, Manco Capac, syn boga slonca Inti, zanurzyl zlote berlo w ziemi w miejscu zwanym Qosq´o (w Qechua Pepek Swiata) (:), gdzie zbudowano miasto znane obecnie jako Cuzco. Miasto faktycznie powstalo w XII wieku i Manco Capac był jednym z pierwszych liderow ludu Inkow, ale wykopaliska archeologiczne wskazuja, ze wczesniej byly tam inne kultury, o których wiadomo niewiele, poza tym ze braly udzial w ekspansji kultury Wari.
Osmiu pierwszych Inca (wladcow) rzadzilo niewielkim skrawkiem ziemi wokół miasta, gdzie walczyli o przetrwanie z otaczajacymi je plemionami. Jedno z nich, Chanka, okolo 1438 roku bylo o krok od podbicia Cuzco. Osmy Inca, Viracocha, i jego najstarszy syn byli przekonani, ze Cuzco jest stracone, ale trzeci syn nie chcial się poddac i zebraszy armie z pomoca starszych generalow, w desperackiej ostatecznej bitwie zwyciezyl Chanka (według legendy kamienie na polu bitwy przemienily się w wojownikow i pomogly Inkom w zwyciestwie), i przybrawszy imię Pachacutec obwolal się dziewiatym Inca. Rozpoczal pierwsza fale podbojow i w ciagu następnych dwudziestu pieciu lat podbil większość srodkowych Andow między jeziorami Titicaca i Junín. Porownywany z Aleksandrem Wielkim i Czyngis Hanem, poza podbojami rozwinal również architekture miejska. Uformowal Cuzco w ksztalt Pumy, zbudowala siec kanalow zaopatrujac miasto w wode, zbudowal m.in. swiatynie Coricancha. Jego syn, Tupac Yupanqui, był dowodca na miare swego ojca. Do smierci w 1493 roku utworzyl Imperium rozciagajace się od Quito w obecnym Ekwadorze az na poludnie od Santiago w Chile. Imperium w tym czasie bylo zdecydowanie najwiekszym, jakie kiedykolwiek istnialo na polkuli zachodniej az do czasow kolonialnych. Syn Tupaca Yupanqui, Huayna Capac, był ostatnim rzadzacym zjednoczonym imperium. Probowal powiekszyc odziedziczone imperium walczac z plemionami Pasto i Papayán na poludniu obecnej Kolumbii, jednak batalie nie przyniosly rozstrzygniec. Przed smiercia podczas jednej z epidemii (grypa, ospa) przyniesionych przez Europejczykow i rozprzestrzeniajacych się na poludnie od Ameryki Srodkowej i Karaibow, podzielil imperium między dwoch synow: Atahualpa w Quito i Huascar w Cuzco. Wszczeli oni wojne domowa w poszukiwaniuy wladzy nad calym imperium. Huascar był popularniejszy jako ze większość zycia spedzil w stolicy, Atuahualpa z kolei mial poparcie zaprawionej w bojach na polnocy armii i w 1532 roku, po kilku latach wojny domowej, zwyciezyl decydujaca bitwe i pojmal Huascara. Jako nowy Inca zjednoczonego imperium udal się do Cajamarca, aby odpoczac.
W czasie trwania wojny domowej w Polnocnym Ekwadorze wyladowal Francisco Pizarro. Atahualpa, swiadomy ich obecnosci, był zbyt zajety wojna domowa by przejmowac się mala banda obcokrajowcow. 16 listopada 1532 roku w Cajamarca zaaranzowano spotkanie, które mialo zmienic losy Ameryki Poludniowej na zawsze. Podczas spotkania Atahualpa został pojmany przez kilkudziesieciu konkwistadorow, którzy poza tym zabili tysiace nieuzbrojonych indian i przegonili dziesiatki tysiecy innych, rozpoczynajac podboj imperium.
Istnieje wiele mitow dotyczacych powodow upadku Imperium Inkow. Mowi się, ze Inkowie wzieli Hiszpanow za bogow, ponieważ w ich wierzeniach (czesciowo prawdopodobnie, ze względu na podobienstwa, zaadaptowanych z wierzen Aztekow – Inkowie bardzo często przyjmowali do swojej kultury wplywy z innych, zwlaszcza podbitych, przypuszcza się ze Wirakocza pochodzi od azteckiego boga Quetzalcoatl, chociaz oczywiscie imperia są od siebie bardzo oddalone) wystepuje bialy, brodaty czlowiek (Wirakocza?), a indianie biali nie są i brod raczej nie miewaja. Wszystko jednak wskazuje, ze elita Inkow miala jasniejsza skore niż reszta mieszkancow imperium, i Hiszpanie nie zrobili na nich az takiego wrazenia. Obecnie przypuszcza się, ze Atahualpa, zwazywszy na swoja boska pozycje Inca, syna slonca, nie wyobrazal sobie, ze banda zwyklych ludzi osmieli się podniesc na niego reke, dlatego wpadl w pulapke podczas spotkania w Cajamarca.
Podboj powiodl się z dwoch glownych powodow. Po pierwsze, Pizarro wykorzystal zywe jeszcze emocje dopiero co zakonczonej wojny domowej, i pojmawszy Atahualpe i po kilku miesiacach zamordowawszy go, został zaakceptowany przez mieszkancow stolicy imperium – Cuzco, którzy ciagle byli wierni Huascarowi. Ponadto Pizarro knul intrygi między frakcjami arystokratow w Cuzco. Drugim powodem bylo lepsze hiszpanskie uzbrojenie. Na koniach, w zbrojach i z mieczami ze stali, kawaleria byla wlasciwie nie do powstrzymania dla indian, ktorzy posiadajali jedynie swoje tradycyjne uzbrojenie – palki, wlocznie, proce i strzalki. Dodatkowo na początku Inkowie byli przerazeni widokiem koni i broni palnej, których nigdy wczesniej nie widzieli. Wydaje się, ze niebagatelna role odegraly również choroby przywleczone do Ameryki przez Europejczykow, wczesniej na tym kontynencie nie znane.
Przed smiercia Atahualpa staral się wykupic, wypelniajac jedna komnate zlotem i dwie srebrem. Skarby mialy być dostarczone z Cuzco, aby przyspieszyc proces Pizarro wyslal trzech zolnierzy aby spladrowali swiatynie Coricancha pozbawiajac ja jej bogatego zdobienia.
Po wkorczeniu do Cuzco, rok po pojmaniu Atahualpy i jakis czas po zamordowaniu go, Pizarro wyznaczyl Manco, przyrodniego brata Huascara, jako Inca – marionetke. Po trzech latach „wspolnych” rzadow Manco, zdawszy sobie sprawe ze Hiszpanie zamierzaja w Cuzco pozostac, uciekl i zorganizowal ogromna, ponad stutysieczna armie. Oblegl Cuzco i prawie zwyciezyl Hiszpanow, którzy w desperackiej probie wydostali się z miasta i w brutalnej bitwie pod Sacsayhuamán ocalili się od calkowitej kleski. Manco wycofal się do Ollataytambo i stamtad do dzungli, do Vilcabamba, które stalo się ostatnim punktem inkaskiego oporu.
Imperium Inkow bylo andyjskie, więc umiejscowienie stolicy w Cuzco bylo logiczne (i stamtad na wszystkie strony rozpoczely się podboje). Hiszpania jednak byla imperium miedzykontynentalnym a hiszpanie ludem zaleznym od podrozy morskich, więc ustanowili nowa stolice w Limie (zgodnie z legenda, w miejscu w ktorym wskazali im Inkowie, podczas jednego z kilku dni w roku, gdy w Limie swieci slonce :) ). Z czasem Cuzco, spladrowane ze swych skarbow, na początku epoki kolonialnej istotne, stracilo na znaczeniu. Wiele budowli inkaskich zniszczono aby zrobic miejsce dla kosciolow i budynkow kolonialnych.
(część o historii Imperium Inkow pisalem przy pomocy przewodnika po Perú z serii „Lonely Planet”, 2000r, edycja w języku angielskim. „Lonely Planet” jest „biblia podroznikow”, jednoczesnie symbolem i artybutem turysty - „gringo”.)
Inkowie stworzyli cywilizacje bardzo rozwinieta, ich astronomia i nauka byly na poziomie Majow i Aztekow. Patrzac w niebo, nie szukali konstelacji gwiazd jak to robili nasi przodkowie w Euroazji, ale wpatrywali sie w Droge Mleczna, odnajdujac ksztalty w ciemnych przestrzeniach miedzy chmurami gwiazd, i odnalezli tam Weza, Lame, Pume i inne. Stworzyli rowniez system drog, co na pewno nie bylo latwe w Andach ani w Amazonii. Po tych drogach biegali poslancy – Chaski – od przystanku (domy, w ktorym rezydowali) do przystanku, na kazdym zmieniajac sie z kolega ktory tam czekal. Tym sposobem mogli przebyc trase Cuzco – Machu Picchu podobno w czasie czterech godzin, co obecnie, kiedy wiekszosc drog inkaskich jest historia, byloby mozliwe jedynie samolotem lub helikopterem. Inkowie nie znali jezyka pisanego, przekazywali wiadomosci za pomoca Kipu – systemu suplow na linkach, ktorego do teraz nie udalo sie rozszyfrowac, chociaz prace nad tym trwaja (i juz wiemy, ze byly przynajmniej dwa systemy Kipu – numeryczny i alfabetyczny). Ich budownictwo az do teraz wzbudza ogromny podziw. Na tej bazie wspolczesne Perú probuje zbudowac nowa tozsamosc narodowa. Peruwianczycy, ofiary kolonizacji, probuja okreslic sie na nowo jako spadkobiercy wielkiego Imperium Inkow i innych kultur przed ich przybyciem, zrywajac z powszechnym do nie dawna przekonaniem ze przed przybyciem Hiszpanow na tym terenie zyli jedynie „barbarzyncy”.
Cuzco, polozone na wysokoci okolo 3400 metrow, jest pieknym miastem, laczacym w sobie majestatycznosc inkaskich ruin i elegancje kolonialnej zabudowy. Czesto swiatynie katolickie sa postawione na ruinach budynkow wzniesionych przez Inkow, jak w przypadku swiatyni Coricancha, na ktorej zbudowano kosciol Santo Domingo (a pozniej dach nowoczesny dach aby chronic to, co pozostalo z ruin) – obecnie przemieniony w muzeum. Pelne ruin, kosciolow i muzeow ma podobny klimat jak Quito, Arrequipa czy Krakow, czy inne kulturalne miasta Europy. I podobnie jak one, jest za-bardzo turystyczne i pelne sklepow z pamiatkami. I dosc drogie. Odwiedzic Cuzco, na pewno warto.

Trujillo
Z Cuzco udalismy sie do Trujillo, na polnoc od Limy, aby odwiedzic slawne Chan Chan, najwieksze na swiecie miasto z gliny. Same Trujillo to typowe miasto wybrzeza Pacyfiku, z kolonialnym centrum miasta wyrozniajacym sie nietypowymi, zdobionymi kratami chroniacymi okna budynkow kolonialnych. Przybylismy tam w trakcie manifestacji, miasto bylo zablokowane i pelne policji. Protesty przeciwko nowo uchwalonym ustawom, wobec których wzburzyla się duza część peruwianskiego narodu.
W okolicy Trujillo znajduje się ponad 2000 wykopalisk archeologicznych, większość z nich malutkie, ale wsrod nich znajduja się takie jak La Huaca del Sol, La Huaca de la Luna, La Huaca Arco Iris, i Chan Chan, które jest najwiekszym przedkolumbiskim miastem obu Ameryk, i najwiekszym glinianym miastem swiata. Na tym terenie przez wieki rozwijalo się wiele kultur. Można wymienic glowne okresy kulturowe:
Huaca Prieta lowcy i zbieracze zamieszkujacy ten teren od okolo 3500 p.n.e. do okolo 2300 p.n.e.
Chavín – okolo 850 roku p.n.e., pierwsza z wazniejszych kultur Perú, wysoko rozwinieta artystycznie kultura czcicieli kotow, w okolicy Trujillo reprezentowana przez lud Cupisnique do okolo czasow Chrystusa.
Moche – kultura która rozwinela się wraz ze schylkiem Cupisnique (wyewoluowala z niej), pozostaly po niej imponujace budowle i wspaniala cermika. Nazwa kultury pochodzi od rzeki na poludnie od Trujillo. Kultura ta dominuje od poczatkow naszej ery az do okolo 700 roku. Wyroby ceramiczne wskazuja, ze kultura ta byla silnie schierarchizowana z jednym najwyzszym wladca. Moche pozostawili po sobie mnostwo ceramiki i kilka budowli, w tym la Huaca del Sol i La Huaca de la Luna.
Chimu – kultura dominujaca od okolo 1000 roku az do podboju przez Inkow w 1471 roku (między latami 700 a 1000 prawdopodobnie dominuje wpływ kultury Wari). Chimu mieli swoja stolice w Chan Chan, co dowodzi ze byli wysoko zorganizowanym spoleczenstwem.
(część o historii według, znowu, „Lonely Planet”, 2000r.)
Zwiedzanie zaczelismy od Huaca de la Luna i Huaca del Sol, datowane na na okolo V-VI wiek naszej ery. Są to dwie wielkie piramidy zbudowane przez lud Moche. La Huaca del Sol jest zbudowana z okolo 140 milionow cegiel i jest najwiekszym pojedynczym budynkiem prekolumbiskim w Amerykach. La Huaca de la luna jest nieco mniejsza, ale na pewno nie mniej interesujaca. Rozpoczeta okolo 400 roku, budowana przez kilka pokolen, które nanosily nowe poziomy, do czasu ukonczenia okolo 550 naszej ery miala ich siedem, kazdy calkowicie zastepujacy poprzedni. Przy siodmym poziomie utworzono również zdobienia calej piramidy. W Piramidzie podobno nie uzywano schodow, jedynie rampy. Obecnie archeolodzy otwarli spora część piramidy dokopujac się az do pierwszego poziomu, odslaniajac dobrze zachowane malowidla scienne. Najwięcej informacji o kulturze Moche dostarcza ich jedna z najbardziej imponujacych w historii przedkolumbijskiej ceramika. Zdobione sciany również dostarczaja informacji o wierzeniach religijnych, glownym bogu i czczonych zwierzetach. Na szczycie piramidy składano ofiary dla pobliskiej gory, która czczono jak boga. Badania wskazuja na wazna postac kaplanki.
Tutaj muszę napisac kilka slow o przewodnikach, zarowno w Perú, jak i w Ekwadorze i Boliwii. Niestety, trafic na dobrego przewodnika, jest tak trudno jak na igle w stogu siana. Większość opowiada bzdury, posiada niewielka wiedzę a jeśli ich przycisniesz pytaniami, zaczynaja zwyczajnie zmyslac. Często przedstawiaja rzeczy jako straszniejsze niż w rzeczywistosci, a jeśli jakas sensacyjna teoria zostanie obalona, oni dalej beda ja powtarzac aby hipnotyzowac turystow. Często powiedza to, co turysci chca uslyszec. Wielu z nich ma slabe wyksztalcenie w turystyce, przypuszczam również ze nie bez znaczenia jest fakt, ze większość badan archeologicznych przeprowadzana jest przez obcokrajowcow i narodowe naklady na nauke i archeologie są niewielkie. Z tych to wlasnie powodow, nie napisze wiele o La Huaca del Sol, ponieważ wiadomosci przedstawione mi przez przewodnika na tyle nie trzymaly się kupy i nie potrafil wyjasnic paru podanych danych, ze stwierdzilem, ze nie mam o tej swiatynie zadnych rzetelnych informacji oprócz powyzej podanych. Więc sfrustrowany tym faktem, pomijam La Huaca del Sol.
Z Huacas del Sol i de la Luna udalismy się zwiedzic ruiny znacznie już pozniejsze.
La Huaca Arco Iris to budowla znacznie pozniejszej kultury Chimu. Jest dobrze zachowana, powniewaz odkopano ja dopiero w latach szescdziesiatych. Swiatynia składa się z grubego na dwa metry muru, placu na ktorym poddani skladali ofiary, wielu pojemnikow na dary i podwyzszenia (szczyt swiatyni), na które prowadzi dość stroma rampa (nie schody, aby w lektyce można bylo latwo wniesc wladce). Nazwa swiatyni pochodzi od motywu teczy pokrywajacego mury. Niegdys pomalowana, obecnie zachowaly się jedynie slady zoltej farby.
Chan Chan, to jak wspomnialem, najwieksze prekolumbijskie miasto obu Ameryk i najwieksze na swiecie miasto z gliny. Podobnie jak wszystkie budowle w okolicy i wiele pozostalosci kultur, takie jak tkaniny, zostaly zniszczone przez rzadkie w tym pustynnym rejonie deszcze, wystepujace co kilka dekad, prowokowane przez fenomen El Niño. Obecnie zmiany klimatyczne spowodowaly czestsze deszcze i przyspieszenie rozkladu pozostalosci archeologicznych. Chan Chan roztapia sie z zastraszajaca predkoscia. Duza czesc miasta juz przypomina zamki z piasku po przejsciu przez nie pierwszej fali przyplywu.
Chan Chan w szczycie swojej chwaly mial okolo 60 tysiecy mieszkancow i ogromnie ilosci zdobien ze zlota, srebra i ceramiki. W 1471 roku zostalo podbite przez Inkow, jednak jako ze ci byli zainteresowani poszerzeniem kontroli imperium a nie gromadzeniem bogactw, zloto i srebro pozostaly na swoim miejscu az do przybycia Hiszpanow, którzy w ciagu kilku dziesiatek lat nie pozostawili praktycznie nic. Nieliczne pozostalosci zostaly zgrabione w ciagu lat przez Huaqueros, zbieraczy skarbow i przeklenstwo archeologow. Miasto skladalo się z dziewieciu mniejszych miast – dzielnic, zbudowanych przez dziewieciu kolejno panujacych wladcow. Do zwiedzania jest otwarty jeden z nich, sektor Tschudi, dobfze zachowany i czesciowo odrestaurowany. Pozostaly zdobienia, które daja wyobrazenie tego jak wygladalo to miasto w czasie swojej swietnosci (poza zlotem i srebrem oczywiscie). Obecnie Chan Chan, wielkie miasto z gliny, przedstawia soba smutny widok – niewiele jest miejsc tak prowokujacych do myslenia nad przemijaniem jak roztapiajace się niczym zamek z piasku swiatowe dziedzictwo kultury.

Powrot do domu - male podsumowanie negatywne
Z Trujillo wrocilismy prosciutko do Guano w Ekwadorze, nie bez przygod na granicy oczywiscie, ale bez zadnych ekscesow wartych opisania.
Male podsumowanie – co się nie udalo. Jako ze sporo pozostawilismy na droge powrotna, nie starczylo czasu lub pieniedzy aby niektore miejsca odwiedzic. Poza Monasterio w Arrequipa o ktorym już pisalem, pozostawilismy z boku Isla del Sol i Isla de la Luna na jeziorze Titicaca w Boliwii. Nie odwiedzilismy Choquequirao, ponieważ podroz trwa cztery dni, których nie mielismy. Nie udalo się zobaczyc Chavín de Huantar, pozostalosci kultury Chavín (która nosi imię od tych ruin wlasnie), bo ledwie nam starczylo pieniedzy na podroz powrotna. Z braku czasu i pieniedzy nie zwiedzilismy okolic Cuzco tak, jakbysmy chcieli, a ja nie zwiedzilem Limy tak, jakbym chcial. Ale ogolnie rzecz biorac, podroz traktuje jako bardzo udana i mysle ze wiele się podczas niej nauczylem.

lunes, 29 de junio de 2009

Sytuacja w Guano i nie tylko – praca i polityka

Maly update, bo dawno nic nie pisalem na ten temat. Jako ze nasza praca i sytuacja w ogole jest bardzo gleboko uwiklana w tutejsza polityke, nie sposob pisac o jednym bez drugiego. My jako my jestesmy neutralni, nie popieralismy zadnego kandydata ani zadne tym podobne, jednak nasz koordynador od dawna popieral urzedujacego burmistrza i nalezy do tej samej partii, Pachakutik. Poniewaz my pracujemy z nim, a to normalnie oznacza uwiklanie pracownikow w kampanie (przyklad – zona burmistrza, kierujaca Patronato – instytucja publiczna podlegla urzedowi gminy – i „niezalezna” Fundacja FODINIFAR , zaangazowala w kampanie wszystkich swoich pracownikow), wiec niestety nasza prawdziwa neutralnosc nie oznacza nic wobec opinii ludzi. Jestesmy widziani jako ludzie burmistrza, Oswaldo Estrada. Jako ze Oswaldo jest skorumpowanym, cynicznym... urzednikiem, nie koniecznie zalezalo mi na tym, aby wygral wybory, zwlaszcza ze nie zdawalem sobie do konca sprawy z naszej sytuacji. Ostatecznie wyglada na to, ze stare powiedzenie „lepszy znany diabel niz nieznany nieznajomy” (czy jakos tak) w tym wypadku wydaje sie sprawdzac. W Guano polityka, zaangazowanie polityczne i preferencje partyjne wplywaja w bardzo duzym stopniu na zycie obywateli i niestety wplyw ten w dniu wyborow sie nie konczy (cos jak klotnie naszych politykow, niestety przeniesiony gleboko na poziom lokalny... mysle ze musze kiedy przeanalizowac lepiej sytuacje w Krakowie, przeciez tam konflikty rowniez oddzialywuja gleboko, jednak nie jestem pewien na ile przegrana i wygrana w wyborach, wytworzona w kampanii niechec wyklucza przegrane grupy z jakiegokolwiek wplywu na decyzje), lojalnosc znaczy o wiele wiecej niz kwalifikacje (w wiekszosci partii w Polsce tez, jesli nie we wszystkich, tez musze kiedys pod tym wzgledem dokladniej przyjrzec sie naprzyklad PO, bo narazie mam tylko wrazenia). No wiec Oswaldo Estrada wybory przegral, wygral Edgar Alarcón z Izquierda Democrática. Oznacza to, jak sie przypuszcza, ze nasze pomysly, projekty moga pozegnac sie z jakakolwiek nadzieja na finansowanie. Nie to, zeby Oswaldo cos sfinansowal.... duzo naobiecywal, i nic z tego nie spelnil, czego oczywiscie mozna sie bylo spodziewac. Przegrana w wyborach pozostawila go w strasznych dlugach, wyglada na to ze uzyl sporych sum publicznych pieniedzy na jej sfinansowanie (nawet nie wspominam o zaangazowaniu urzednikow publicznych w godzinach pracy w kampanie wyborcza), i pieniedzy urzedu gminy, i Patronato, i przegrawszy o kilka glosow, musi to wszystko splacic – urzad nie przeprowadza wlasciwie zadnych dzialan, bo nie ma na nic pieniedzy, podobnie Patronato. Przez to jeden z naszych projektow, Plan Rozwoju Spolecznego w San Gerardo (Proyecto de Desarollo Comunitario en San Gerardo) ostal sie bez przeznaczonych na niego funduszy, co powaznie utrudnilo nasze dzialania. Nie wspominam nawet o nowych inicjatywach. Tak wiec az do zmiany burmistrza w sierpniu nie ma co liczyc na Urzad Gminy, a i po zmianie, wyglada na to, ze bedzie to trudne. Problem polega na tym, ze tu wlasciwie wszystko sie zalatwia przez Urzad Gminy, i aby cos zdzialac na jego terenie najczesciej trzeba miec pozwolenie. Tak wiec, chwilowy (lub nie) paraliz wiekszosci naszych dzialan.
Co do wspomnianego projektu Rozwoju Spolecznego, przygotowany starannie, aby wyedukowac w roznych sferach ludzi, ktorzy z kolei beda mogli pozniej uczyc tego, czego sie nauczyli w swojej dzielnicy, zakonczyl sie calkowita porazka. Sporo sie przy tym nauczylismy o tutejszej spolecznosci. Naprzyklad, ludzie bardzo czesto zapisuja sie na kursy, czy rozne dzialania, jesli znajduja sie w grupie, na jakims spotkaniu (spotkania czasem, rzadko ale jednak, udaje sie zwolac), dlatego ze nie chca byc zle postrzegani przez innych. Tyle ze nastepnie na zajecia nikt nie przychodzi. Na moj kurs informatyki (ktory starannie przygotowalem od poczatku do konca, wraz z ksiazkami i bardzo prostymi manualami dla uczestnikow, z zalatwiona sala informatyczna i wszystkim), kompletnie darmowy, przyszla jedna osoba, druga sciagnalem z domu, jako ze miala klucze do szkoly i jej potrzebowalem. Z zapisanych 10 osob i jeszcze kilku innych ktorzy zglosili chec uczestnictwa. Przeprowadzilem jedna lekcje, pozniej nie odbyla sie juz zadna, nie przyszedl nikt. Sam postawilem warunek ze kurs odbedzie sie jesli przyjda przynajmniej cztery osoby. Podobnie skonczyly sie kursy wyrobu ciast (tutaj kilku chetnych sie znalazlo, jednak osoba ktora miala nauczac, nie przybyla, dla obu tych zdarzen mial prawodpodobnie znaczenie fakt, ze kurs ten byl w niedziele), kosmetyki naturalnej (przyszla jedna osoba, zajecia przeprowadzono w domu drugiej wiec tez sie zaangazowala, Ruth kurs przeprowadzila jednak zadna z dwoch kobiet realnie nie wziela sie ani za wyrob, ani za promocje, wiec cala idea umarla). Z dwoch zwolanych spotkan dotyczacych projektu pierwsze sie udalo, na drugie nie przyszedl nikt. Jak nam wyjasnil nasz koordynator, czlowiek z ogromnym doswiadczeniem w pracy spolecznej, tego typu zjawiska sa normalne. Ludzie, chociaz chcieliby zmienic swoja sytuacje, w rzeczywistosci nie chca komplikowac sobie zycia. Wszystko co kosztuje ich wysilek, konczy sie porazka, jesli nikt im za to nie placi w krotkim okresie czasu. Mozliwe, ze do porazki przyczynil sie takze wplyw dwoch kobiet, przeprowadzajacych projekt rownolegle dla dzieci ze stypendiami socjalnymi. Podejrzewamy ich zle dzialanie, jako ze wdalismy sie z nimi w powazny konflikt – pisalem o nich wczesniej, Ana i Marta, jedne z najbardziej porazajaco zlych pracownic w edukacji i w sferze spolecznej, jakie mialem okazje spotkac, reprezentujace soba cos dokladnie przeciwnego niz powinny. Ale byly to pracownice burmistrza, a pracownikow publicznych, zwlaszcza jakos powiazanych niezwykle ciezko usunac. Czesc projektu dotyczaca dzieci, z ktorymi pracowalismy z Ruth, szla za to swietnie, jednak nie byla glownym celem i w obliczu faktu braku zainteresowania ze strony rodzicow, stracila sens i skonczylismy ja wczesniej. Czesc poswiecona mlodziezy (ktora zaczela sie od pracy z mlodzieza otrzymujaca stypendia socjalne, ktora musiala w zajeciach uczestniczyc pod grozba cofniecia stypendium, i jest duzo starsza niz caly projekt) dalej dziala, prowadzona przez François i Diane, chociaz przychodza na zajecia 3-4 osoby, czasem mniej, rzadko wiecej. Bank Spoleczny funkcjonuje calkiem niezle, jest starszy niz caly ten projekt i chociaz stal sie jego czescia, przezyl go.
Ostatecznie pozostalo mi ograniczyc sie do pracy w szkolach, jako ze mialem nieco wiecej czasu, powrocilem do pracy dwa razy w tygodniu w kazdej szkole, co zajmuje mi troche czasu. Po ostatnich projektach, mam rowniez czesciowo przygotowane plany nauczania informatyki, ciencia divertida (zabawnej nauki, cos co mozna podciagnac pod dzialalnosc popularnonaukowa wsrod dzieci i mlodziezy), ankiete dotyczaca edukacji obywatelskiej i zarysowany program edukacji obywatelskiej. Jednak te wszystkie obecnie oczekuja na lepsze czasy. Oprocz tego, ciagle pracuje nad ankieta dotyczaca korupcji, i chociaz prace sa juz zaawansowane (juz pare razy zmienilem koncepcje, dlatego tyle to trwa, ponadto pracujac w szkolach i San Gerardo nie mialem na nic czasu, a w miedzyczasie wybralem sie tez na Galápagos, i weekendy poswiecilem na rozrywki i aktywny wypoczynek, i uwazam ze dobrze), skoncze i przeprowadze ja dopiero jak wroce z Perú, czyli po 20 lipca (wyruszamy z François 1 lipca). Prace w szkolach konczymy 30, w sierpniu zamierzamy przeprowadzic kolonie wakacyjne, ktore tez nas beda kosztowac sporo pracy. Oprocz tego, dzieki Jorge (ktory poza tym ze jest znanym technikiem srodowiskowym, byl pierwszym kierownikiem (gerentem) Parku Narodowego Galápagos, do teraz jest honorowym doradca Ingala (Instituto Nacional Galápagos), a niedawno bral udzial w pracach rzadowych nad Konstytucja 2008, jej czescia poswiecona srodowisku) zaangazowalem sie w prace swiezo tworzonej sieci organizacji srodowiskowych. Co z tego wyniknie, jeszcze nie wiem.
François pracuje w szkolach raz w tygodniu i ciagle walczy w San Gerardo, oprocz tego zaczyna konstruowac Otra Esquina –biuro informacji spolecznych. Brzmi interesujaco, jeszcze musze sie o tym wiecej dowiedziec, jak bede cos wiecej wiedzial i bedzie dobrze dzialac, to o tym napisze.
Diana pracuje w Bankach Spolecznych, ma trzy banki ktore niezle funkcjonuja, razem z François w San Gerardo, i na lipiec planuje wlasnie tam kolonie wakacyjne. Jak jej sie to uda, zobaczymy, mam nadzieje ze dobrze. Ze wzgledu na swoje studia, 20 lipca wraca do Hiszpanii.
Ruth pracowala nauczajac edukadorow podleglych zonie Burmistrza w FODINIFAR, jednak projekt ten ze wzgledu na kampanie wyborcza i zaangazowanie edukadorow (a takze ze wzgledu na ogolny brak zaangazowania w zajecia) zakonczyl sie calkowita porazka. Pozniej udalo jej sie jednak zorganizowac bardzo porzadne warsztaty dla nauczycieli z sieci Santa Fé de Galán. Uczyla metod nauczania, nauczyciele byli przytomni i bardzo zainteresowani, wiec Ruth byla bardzo szczesliwa. Warsztaty odbyly sie w perfekcyjnym momencie, poniewaz wlasnie w calym Ekwadorze Ministerstwo Edukacji zorganizowalo sprawdziany dla nauczycieli, z mysla o podniesieniu jakosci edukacji w kraju. Srodowiska nauczycieli sa tym przerazone, chociaz – tak naprawde nie ma czym. Najlepsza czesc to auto-ocena – sciagasz z internetu formularz, w ktorym masz pytania na ktore odpowiadasz zakreslajac numery od 1 do 5. Jest to wazna czesc oceny egzaminu.
Pod koniec kwietnia wybralismy sie na kurs clowna, prowadzony przez Carlosa Gallego, clowna slawnego w Ekwadorze i Hiszpanii. Kurs bardziej praktyczny ale ze spora iloscia teorii byl dla mnie fantastycznym doswiadczeniem. Kazdy z nas potrafi zartowac, prezentowac kawaly, i smiac sie z tego, co zaplanowal i przeprowadzil specjalnie. Co jednak najwazniejsze w sztuce clowna, to smiac sie z tego, czego nie zaplanowales, a co wyszlo Ci przypadkiem. Smiac sie tego, co Ci nie wychodzi chociaz bardzo chcesz, i gdy trzeba, zorganizowac z tego prawdziwy spektakl, wyczuwajac co bawi ludzi dookola i nawiazujac z nimi kontakt. Nie wiele jest rzeczy, ktore tak ucza dystansu do ciebie samego. Nie wspominajac o ogolnej przydatnosci w zyciu, sa to umiejetnosci niezwykle wazne przy wszelkiego rodzaju wystapieniach publicznych, przedstawieniach itd, a takze niezbedne przy pracy z grupami, w edukacji czy terapiach, a szczegolnie przy pracy z dziecmi. Na kursie swietnie sie bawilem, i mnostwo sie nauczylem, jeden z najlepszych kursow komplementarnych w jakim mi sie udalo dotychczas uczestniczyc.
Wracajac pod koniec do polityki, wybory prezydenckie wygral oczywiscie Rafael Correa, a Mi País (poslugujaca sie kolorem zielonym partia Rafaela) wygral wiekszosc prawie wszedzie, sromotnie przegrywajac prefektury w prowincjach amazonskich. Correa zdobyl wladze pod haslami ekologicznymi i wlasnie z kolorem zielonym, a teraz jest zdecydowanie antyekologiczny ze swoim wspieraniem miedzynarodowych firm paliwowych, wydobywajacych rope w Amazonii i swoimi akcjami przeciw obroncom srodowiska, jak np. Acción Ecológica. Jak pisalem wczesniej, prezentuje swoimi akcjami postawe neo-desarollista.
Poza tym, przy wyborach nie obylo sie bez roznych nieprawidlowosci, i wedlug niektorych mediow prywatnych ostatecznie wygral w pierwszej turze majac jedynie ok 45% glosow, podczas gdy powiniem miec co najmniej 50% by nie bylo drugiej. Pierwsze rezultaty glosily 54%, kontrowersje zaczely sie robic glosne juz po tym jak uznano ze nie bedzie drugiej tury. Jego glownym oponentem okazal sie byc byly prezydent i byly pulkownik, Lucio Guitierrez (oficjalnie 34%), jeden z odpowiedzialnych za przewrot wojskowy w styczniu 2000 roku. Alvaro Noboa, populista – mesjanista i najbogatszy czlowiek Ekwadoru, zdobyl zaledwie 8% procent, pozostali kandydaci jedynie kilka procent.
Obecnie prezydent uzyl starego zapisu z czasow dyktadury wojskowej, z lat siedemdziesiatych, by zamknac jedna z najwaznieszych telewizji niepublicznych (i opozycyjnych), co wywolalo powazne obawy, burze opinii i dyskusje w kraju.

Montañita, Puerto Lopez, wieloryby i Inti Raymi – weekend pelen wrazen

Niedlugo po powrocie z Galápagos poznalem fajna dziewczyne, ma na imie Andrea. Razem z nia postanowilismy sie wybrac na wybrzeze, aby milo spedzic czas. Sam chcialem juz od jakiegos czasu wybrac sie do Montañita, o ktorej mnostwo slyszalem, najbardziej turystyczny zakatek na Coscie, i do Puerto López, skad jak slyszalem mozna wziasc tour lodzia aby zobaczyc wieloryby Humbaki, co oczywiscie ciagnelo mnie najbardziej. Wybralismy sie w czwartek w nocy samochodem razem z Ruth i Yuberem, jej chlopakiem, ktorzy jechali odebrac rodzicow Ruth, ktorzy przylecieli ja odwiedzic, z lotniska. Poniewaz pomylilismy droge, spedzilismy w samochodzie 7 godzin w nocy – pomylka nie byla mala, jako ze odleglosci w Sierze sa spore. Jechalismy wiec przez Ozogoche, Alausi i Chunchi na poludnie, pozniej zjechalismy dopiero na Coste i stamtad na zachod do Guayaquil. Prowadzilem najgorszy kawalek drogi, od Alausi do Chunchi, gdzie nie ma asfaltu, droga jest straszna, i pelno jest ostrych zakretow, skal dookola, przepasci, a jedyne samochody jakie sie spotyka to ciezarowki – ci, ktorzy wiedza jak prowadze, moga sobie wyobrazic stres, w jakim znalezli sie moi wspolpodroznicy, ktorzy w Chunchi postanowili zabrac mi kierownice i dlugo nie chcieli jej oddac J Ale w koncu dotarlismy do Guayaquil, cali i zdrowi, gdzie nasze drogi sie rozeszly, Ruth i Yuber pojechali na lotnisko a my odwiedzilismy Ricardo, ktory udzielil nam noclegu. W piatek rano udalismy zdecydowalismy sie jechac do Montañita, i tak zrobilismy.
Montañita to piekne miejsce, ladna plaza, i sliczne miasteczko, z mnostwem turystow, wiec wlasciwie dwujezyczne, swietne miejsce by sie zrelaksowac i milo spedzic czas. Ale, to co jest jego zaleta, z drugiej strony jest wada – jest straszliwie turystyczne, wiec ceny sa podwojone w porownaniu z Ekwadorem. Poza noclegami – udalo nam sie znalezc jeden za 6 dolarow od osoby, proponowano nam za 5. Ten za 6 byl naprawde fajny, wiec go wzielismy. Wieczorem odwiedzilismy fajna knajpke, gdzie akurat byl koncert bluesowy, wiec milo spedzilismy czas. Wrocilismy do hotelu spac, poniewaz chcialem rano udac sie na tour zeby zobaczyc wieloryby. Niestety, mila pani, ktora nas zaprowadzila do tego hotelu, nie powiedziala nam, ze na przeciwko jest najwieksza dyskoteka w Montañita, calonocna, a obok inna. Spac wlasciwie nie spalismy. Niemniej rano wybralismy sie na tour, wykupiony w Montañita, ale wyruszajacy z Puerto López. Chcialem tez udac sie na inna wycieczke, na Isla de la Plata, nazywana Mini Galápagos (podczas tej wycieczki tez mozna zobaczyc wieloryby, jednak nie jest to zagwarantowane), ale niestety nie mialem kasy, wiec pozostaly nam „jedynie” wielkie ssaki.
Prywatnym samochodem udalismy sie do Puerto López, gdzie zorientowalismy sie w cenach lepiej. Mielismy szczescie, bo sami przeplacilismy tylko kilka dolarow, jakbysmy wzieli wycieczke na wyspe w Montañita, zaplacilibysmy podwojnie. Wsiedlismy na statek, i poplynelismy. Wieloryby robia ogromne wrazenie, zmienilem swoja koncepcje wielorybow i ich miejsca w oceanie, nieco podobnie jak wczesniej na Galápagos koncepcje ptakow morskich. Widzialem oslawiony wyskok wieloryba z wody, wszyscy na lodzi wydali z siebie cos na ksztalt cichego „oh”, albo „lal”. Wrazenie niesamowite. Ciekawe wrazenie robi tez tylnia pletwa, u ssakow ulozona poziomo, a u ryb generalnie pionowo, i gejzer wydalanej z organizmu wody. Mielismy szczescie zobaczyc dwa wieloryby Humbaki naprawde z bliska, kolo lodzi. Mam to na video, niestety wyskoku nie.... tylnej pletwy tez nie. Wydaje mi sie, ze nie jest latwo zobaczyc w zyciu zwierzeta wieksze od sloni (a Humbaki sa podobno 5 wzgledem wielkosci na swiecie, cztery pierwsze to oczywiscie rowniez gatunki wielorybow z Pletwalem Blekitnym na czele), i wrazenie jest niesamowite, wieloryby sa naprawde ciekawe i piekne.
Pozniej poplynelismy w poblize wyspy Salango, gdzie poplywalismy chwile uprawiajac snorkeling, pogdybalismy chwile nad znalezionymi na jednej skale mieczakami, ale nie widzielismy wiele ciekawych rzeczy – nie poplynelismy w poblize wyspy (blad) gdzie podobno byly ryby i korale, widzielismy dwie rybki i skorupiaki.
W drodze powrotnej, jednemu facetowi, ekwadorczykowi, zginal telefon, ktory zostawil pod opieka sternika. Poniewaz nie mial wielkiej szansy wypasc za burte, uwazal ze telefon zostal skradziony – rzecz ogolnie ciezka do pomyslenia na zamknietej, malej lodzi pelnej obcokrajowcow. Ostatecznie nikt nikogo nie przeszukiwal, i choc troche czas stracilismy, zeszlismy w koncu na lad.
Po tej wycieczce zdecydowalem, ze jesli bede mial mozliwosc, w sierpniu jade do Puerto López, biore tour na Isla de la Plata, a jesli nie zobacze wielorybow, to drugi raz tour im poswiecony.
Po powrocie do Montañita, poszlismy jeszcze chwile pospacerowac po plazy, i udalismy sie w droge powrotna do Guano. Dystans Guayaquil – Riobamba przebylismy w rekordowym czasie, 4,5 godziny, z szalonym kierowca busa, co chwila czujac sie jak kartofle przewozone z miejsca na miejsce. Rano, w niedziele, Intiraymi.
Intiraymi to fiesta na czesc slonca, ktora miala miejsce w Cacha, spolecznosci rdzennej ludnosci 8 kilometrow od Riobamba. Tance i piesni ludowe, male muzeum, i typowe potrawy. Co do tancow, przyjechalismy troche pozno i widzielismy jedynie ostatni. Ogolnie bylo bardzo ciekawie.
I jedno dodatkowe doswiadczenie – to, czego nie moglismy juz zjesc, zeby nie wyrzucac, zostawilismy kilku kobietom indígena. Bardzo chetnie wziely, przypuszczam ze czesc z tego wezma do domu. Dla nich fiesta, gdzie rozdaja jedzenie za darmo, jest waznym wydarzeniem, ktore staraja sie wykorzystac jak najlepiej, jako ze niejednokrotnie zyja w skrajnej biedzie. Podejrzewam, ze tutaj ogolnie zjesc cos, co ktos zostawil i ci zaoferowal (zwlaszcza obcy), nie ma az tak negatywnego znaczenia jak w Polsce, ale nie jestem pewien. Zaoferowal im to Ekwadorczyk Yuber z cala szczeroscia dzielenia sie zamiast wyrzucania i bez zadnej checi ujecia im czegokolwiek, a one to zaakceptowaly dziekujac, zwlaszcza w swojej prawdopodobnie trudnej sytuacji. Nie wiem czy sie nie myle, ale mam wrazenie, ze w Polsce sa bardzo male szanse, aby cos takiego przeszlo, sytuacja musialaby byc raczej skrajna. A moze wlasnie ta rowniez byla skrajna....