domingo, 15 de marzo de 2009

Kampania wyborcza

Kampania wyborcza w Ekwadorze zaczyna sie oficjalnie 45 dni przed wyborami (ktore odbeda sie 26 kwietnia). Osobiscie nie lubie momentu kampanii, dla mnie jest to najczarniejszy okres demokracji, gdzie wydaje sie ogromne sumy pieniedzy na marketing i prowadzi dyskurs populistyczny, obiecuje gory zlota (czesto realnie niepotrzebnego, ale pozwalajacego pozyskac glosy) z ktorych pozniej robi sie niewiele. Wybory sa najwazniejsze, poznanie kandydatow i ich programow aby byly to wybory swiadome, ale niestety znieksztalcenia marketingowe i obietnice bez szans na pokrycie zmieniaja to wszystko w jeden ogromny show. Oprocz tego, pomimo ze jestem osoba w oczywisty sposob zainteresowana polityka, lubie miec wybor - tylko mozliwosc - np obejrzenia czegos innego w telewizji, poczytania o czyms innym w prasie, czy obejrzenie innych plakatow na ulicach. A to jakos zanika, sprowadza sie do niezbednego minimum podczas kampanii.
No wiec osobiscie nie lubie momentu kampanii, ale jest dla mnie bardzo ciekawy, i dostrzegam i akceptuje jego ogromna wage dla demokracji. Jednak wszystkie te problemy, ktore mamy w Polsce, sa niczym w porownianiu z Ekwadorem. Jesli w Polsce okres kampanii wyborczej mnie irytuje, to tutaj go po prostu nienawidze. Kilka przykladow: Kampania rozpoczela sie juz jakis czas temu oficjalnie (i dawno temu nieoficjalnie), a dalej nigdzie nie mozna znalezc programow kandydatow. Kampania sprowadza sie do obietnic (....) w dzielnicach, picia mnostwa alkoholu z wyborcami i brutalnej (i prymitywnej) promocji wizerunku. Miasto jest calkowicie pokryte kandydatami na burmistrzow, a muzyka (beznadziejna i ze zmienionymi slowami promujacymi kandydata) nie przestaje grac. Na caly glos. Przez caly czas. Nawet w nocy - o 2 w nocy potrafi Cie obudzic muzyka wyborcza z przejezdzajacego samochodu ( w tym celu wynajetego), wyjaca pelna moca glosnikow (calkiem sporych). W tym momencie wymieklismy. A ze kierowca zatrzymal sie, aby sie wysikac pod naszym domem (na kolo swojego samochodu, tutaj to jest normalne), Ruth skrzyczala go z okna, aby muzyke przyciszyl. Jednak to, co sie stalo dzisiaj, zmusilo mnie do napisania tego wpisu, i tutaj niestety skonczy sie moja kontrola nad jezykiem. Przyjechalem z Chunchi, gdzie spedzilem weekend, by zastac jedyne okno w moim pokoju, calkiem, kurwa, zasloniete przez ogromna gigantografie tutejszego kandydata na radnego (z partii Pachakutik, tej samej co obecny burmistrz). Calkiem, w moim pokoju panuja egipskie ciemnosci. Nikt mnie o nic nie pytal, nikt mi nic nie powiedzial. Wlasciciel domu wszedl sobie do mojego pokoju jak mnie nie bylo (na szczescie przy eskorcie Diany, i jej nieskutecznych protestach - nie wiem jak ona z nim rozmawiala), i przywiazal pewne fragmenty do mojego okna. Chwile po tym jak to zobaczylem przezywal ciezkie chwile. Francois (ktory poszedl ze mna mnie wesprzec, dzieki mu za to) mi pozniej powiedzial, ze bylem dyplomatyczny i spokojny, ale mi to jakos tak nie wygladalo. Mniejsza z tym, wijac sie pod gradem moich protestow (przy wsparciu Francois), wlasciciel obiecal przeniesc billboard w miejsce, w ktorym nie bedzie mi ani moim wspolmieszkancom przeszkadzal. Ale to dopiero jutro, dzisiaj spie obok wizerunku radnego w kompletnych ciemnosciach. Potraficie sobie cos takiego wyobrazic ?! W mieszkaniu juz ustalilismy, ze jesli gigantografia nie zniknie do wtorku, w srode rano ktos sie obudzi majac o 150 dolarow mniej.
Po tym opisie mysle ze moja nienawisc wobec kampanii wyborczej w Guano jest zrozumiala.

Dzieci

Jako ze pracuje z dziecmi, mam sporo spostrzezen, ktorymi postanowilem sie podzielic oprocz tego co juz pisalem. Wplynely na to odwiedziny u Marzeny, kolezanki z Polski, w Chunchi, gdzie pracuje jako wolontariuszka - pracownik socjalny.

Zjawisko pracy nieletnich (trabajo infantil) jest czyms normalnym i powszechnym w Ekwadorze ("jak chce jesc, to przeciez musi pracowac, bo jak inaczej"....) , i wyglada na to ze w innych krajach Ameryki Lacinskiej tez. Troche wyobrazni badz wiedzy i efekty spoleczne mozna sobie latwo wyobrazic - brak edukacji i przesadzona niska pozycja spoleczna, rozwarstwienie i powolne przemiany spoleczne, polityka populistyczna i mesjanistyczna, i wiele innych. Eliminacja tego problemu jest rowniez jednym z najbardziej finansowanych dzialan spolecznych na swiecie, niezle projekty w tym temacie maja spore szanse na zdobycie pieniedzy, co czasami daje mi do myslenia.

Krotki opis 2 skrajnych sytuacji, jakie tutaj napotkalismy.

Colta - miejscowosc rdzennych mieszkancow, niedaleko Riobamba. Indianie tutaj maja tradycje... sprzedawania swoich dzieci. Do pracy - glownie za granice, ale tez w Ekwadorze. Jakos 45 lat temu spotkalo to mame naszego koordynatora (ktora ma lat 51, on 36, ale tutaj to nie jest niczym niezwyklym). Piekne obietnice, a w rzeczywistosci dziecko niejednokrotnie czeka niewolnicza praca, brak jedzenia, oczywiscie rowniez edukacji, wykorzystywanie seksualne.... Sprzedawanie dzieci jest juz elementem tradycji i swiadomosci spolecznej w Colcie, co sprawia, ze jest niezwykle trudne do wykorzenienia. Na to wplywaja tez inne problemy, takie jak ubostwo i migracja ludnosci przez nia spowodowana (dzieci zostaja same, z babciami lub dziadkami). Handel dziecmi i migracja sprawia, ze w Colta wlasciwie nie ma nastolatkow i mlodziezy, sa jedynie dorosli (glownie ludzie starsi) i male dzieci.

Chunchi - miejscowosc polozona 3 godziny drogi na poludnie od Riobamba, w Sierze. Sliczne i w miare czyste, z 3 tysieczna populacja ale polozone na malym terenie miasteczko. Chunchi jest wyjatkowe pod wzgledem migracji - prawie wszyscy emigruja do Stanow Zjednoczonych i Hiszpani, zostawiajac swoje dzieci w Ekwadorze. 52% dzieci w Chunchi ma przynajmniej jednego z rodzicow za granica. Mowi sie, ze mieszkancow Chunchi w USA jest wiecej niz w miasteczku. Oczywiscie wiekszosc nielegalnie, istnieje tez system wynajmowania osob do slubow by zdobyc obywatelstwo w USA. Podroz nielegalnego imigranta kosztuje 15 tys dolarow ze wszystkimi zagrozeniami. Bardzo wiele dzieci zostaje z dziadkami, czesc zostaje zupelnie sama, najstarsze (np. 12 lat) musi sobie jakos poradzic i wykarmic rodzenstwo. Rodzice oczywiscie staraja sie przysylac pieniadze, ale niektorzy przysylaja zbyt malo by dalo sie za to wyzyc, prawdopodobnie z powodu problemow z praca, niektorzy przysylaja sporo, co rodzi nowe problemy: dzieci majac pieniadze i brak opieki nie chodza do szkoly, kupuja samochody i wczesnie zaczynaja pic, brak wyksztalcenia zaczyna w wieku dojrzewania rodzic problemy z samoocena i spycha je dalej w objecia alkoholu lub ogolnie rzecz biorac na margines.

Jesli chodzi o Cantón Guano, gdzie mieszkam, sytuacja dzieci rowniez jest nie do pozazdroszczenia. 52% (w 3 z 9 "dzielnic" ponad 70%) populacji zyje w skrajnym ubostwie, za okolo 1 dolar dziennie (jeden z najbiedniejszych regionow Ekwadoru, ekonomia miasta jest w agonii). Dzieci musza pracowac zeby przezyc, duza czesc populacji, zwlaszcza z regionow wiejskich przeniosla sie za chlebem do wiekszych miast (spory fragment Los Elenes/Yuigán wyniosl sie razem zgodnie zostawiajac za soba wies opuszczonych szalasow i domow, i udal sie do Guayaquil, gdzie zyja w najbiedniejszych dzielnicach, cos jak favele w Brazylii, sprzedajac loterie na ulicy zeby przezyc). Wielu zostawia dzieci same, badz z wujkami lub babciami, co w wiekszosci przypadkow nie ulatwia im zycia.
W Guano przynajmniej sie ich nie sprzedaje.

viernes, 13 de marzo de 2009

Kilka slow o ekologii w Ekwadorze.

Jest taki fajny zapis w konstytucji Ekwadoru, Capitulo Segundo, Seccion Segunda:

Ambiente sano
Art. 14.‐ Se reconoce el derecho de la población a vivir en un ambiente sano y ecológicamente equilibrado, que garantice la sostenibilidad y el buen vivir, sumak kawsay.

Se declara de interés público la preservación del ambiente, la conservación de los ecosistemas, la biodiversidad y la integridad del patrimonio genético del país, la prevención del daño ambiental y la recuperación de los espacios naturales degradados.

Oznacza to mniej wiecej tyle, ze panstwo uznaje prawo obywateli do zdrowego srodowiska, ekologicznie zrownowazonego, ktore gwarantuje dobre zycie. Deklaruje rowniez jako interes publiczny ochrone srodowiska, ekosystemow, roznorodnosci biologicznej, integralnosc dziedzictwa genetycznego panstwa i zapobieganie zniszczeniom srodowiska i odnawianie przestrzeni naturalnych juz zniszczonych.
Jednak akta prawne a ich realizacja w Ekwadorze sa od siebie tak odlegle, jak Ziemia od Plutona. Ten sam rzad, tzw. Rzad Rewolucji Obywatelskiej, ktorych uchwalil te konstytucje (ktora poza roznymi bykami, podstawionymi tam, wedlug relacji swiadkow obecnych przy pracach, specjalnie, jest niezla i daje obywatelom prawa i mozliwosci dzialania ktorych nie mieli wczesniej), uzywa innego zapisu w konstytucji, ktory mowi ze dekretem prezydenta, dla wyzszego dobra, mozna prowadzic dzialalnosc nawet w parkach narodowych. No wiec dla wyzszego dobra, poslugujac sie skrajna demagogia i zdegenerowana interpretacja praw wiekszosci (bez poszanowania praw mniejszosci) zezwala wielkim firmom miedzynarodowym takim jak Texaco wydobycie ropy w Amazonii, prowadzace do straszliwych zniszczen srodowiska (niektore rejony Amazonii rejonami najbardziej zanieczyszczonymi na swiecie, 2-3 bardziej niz swiatowy lider, India) i zdrowia obywateli, wsrod ktorych szerza sie choroby, rak i inne podobnie przyjemne dramatycznie zwiekszajac umieralnosc i skracajac zycie. Bo przeciez wszyscy w Ekwadorze korzystaja z ropy, a w samym Quito mamy 2 miliony obywateli, a w regionach Amazonii gdzie wydobywa sie rope populacja jest liczona w tysiacach. “Dlaczego mamy byc biedni, jesli siedzimy na ogromnej gorze zlota”, wg slow prezydenta Rafael Correa. Co ciekawe, nie ma narazie zadnych dowodow, ze kraj korzysta z wydobycia ropy – na stacjach benzynowych czasami brakuje benzyny, zwlaszcza w nocy, i poprawy ekonomicznej panstwa z tego powodu jakos nie widac, co przy marnej redystrybucji dobr i legendarnej wrecz antykulturze korupcji specjalnie nie dziwi. Tymczasem na kontraktach z korporacjami miedzynarodowymi na pewno korzystaja postacie ze swiata polityki. Ekolodzy tutaj maja ciezkie zycie – w jednej ze stacji radiowych, podczas pytan o wydobycie ropy, ucina sie polaczenie osob martwiacych sie o stan przyrody podsumowujac zdaniem “Kolejny z tych ekologow”. Firmy miedzynarodowe publikuja falszywa dokumentacje pseudonaukowa na temat wplywu ich dzialalnosci na przyrode, posuwajac sie do komentarzy typu “Zostawimy to miejsce w stanie lepszym, niz je zastalismy”. Jakkolwiek zabawnie to nie brzmi, powoduje raczej smiech przez lzy. Podobnie sytuacja ma sie z srodkami chemicznymi ktorymi traktuje sie pola uprawne – korporacje miedzynarodowe, sprzedajace te srodki, nauczaja o ich wplywie na srodowisko, i jak ich uzywac. Niby prawo w tej sferze jest niezle, ale niestety nikt go nie egzekwuje i nikt nie kontroluje tych firm. Tutejsi plantatorzy, swiadomi co sprzedaja, dla siebie i bliskich maja osobne poletka, na ktorych nie uzywaja srodkow chemicznych. To co sprzedaja, niejednokrotnie jest wysoce toksyczne (!!). Sami przyznaja, ze to na sprzedaz, nie do spozycia. Ostatnio zaczyna sie powoli robic o tym glosno, ale zmian w polityce jakos nie widac. W samej Sierze biosfera jest prawie calkowicie zniszczona – proces rozpoczal sie w 1850 roku, kiedy prezydent Gabriel García Moreno postanowil przeprowadzic ponowne zadrzewienie (reforestacion, rearbolización) gor za pomoca.... Eukaliptusa (roslina rdzenna dla Australii). Ktore to drzewko rosnie sobie bardzo szybko, ma potezny korzen ktory siega 20 mentrow w ziemie, wysusza calkowicie swoja okolice z wody i wapnia, i aby pozbyc sie konkurencji, produkuje toksyne, nie pozwalajaca rosnac niczemu w poblizu. Ale jest swietnym zrodlem drewna..... Efekt jest taki, ze pozostaly jedynie niewielke wyspy rdzennej roslinnosci, reszta to eukaliptus i drzewka mu podobne, wielke aloesy - Cabuya (ktore jakos przetwaly, i z ktorych lisci/lodyg sie sznurki dla zwierzat itp – ludzie by zaoszczedzic sobie pracy czesto klada je na jezdni, by samochody je zmiazdzyly i bylo latwiej je wykorzystac) i troche kaktusow. Dodatkowo sztucznie i nienajmadrzej tworzone kanaly irygacyjne prowadza do jeszcze wiekszego wysuszenia ziemi.
Costa jest najbardziej liberalnym regionem Ekwadoru i najbardziej uprzemyslowionym, w niektorych rejonach wybrzeza Pacyfik jest prawie martwy i strasznie brudny, a niektore rzeki (rejon Guayaquil, np. Guayas) naleza do najbardziej zanieczyszczonych w Ekwadorze.
Kilka slow o sytuacji w Guano.
Rzeka jest kompletnie martwa. Jest to rezultatem odprowadzania prawie wszystkich kanalizacji bez filtrow do rzeki. Ponadto, mieszkancy juz tradycyjnie wyrzucaja smieci do rzeki, co wiecej, nawet niektore osoby sprzatajace miasto to robia (i burmistrz tez, co zostalo udokumentowane na zdjeciach). W Guano sa 3 fabryki, z ktorych tylko jedna (Alce, fabryka skory) ma filtr usuwajacy odpady, metale ciezkie takie jak chrom, i siarczany. Reszta laduje wszystko prosto do rzeki. W rzece nie ma za wiele wody, i jest wzmacniana przez kanalizacje. Zrobilismy sobie spacer rzeka, zapach rozsadza nos i wypelnia pluca, sprawiajac ze chce sie wymiotowac, wszedzie pelno niewyobrazalnego syfu, od butelek po telewizory. Obok tej rzeki, kobiety normalnie robia pranie, a dzieci sie kapia – na szczescie nie jest to ta sama woda (ale najprawdopodobniej czysta to ona nie jest, tu prawie wszystko jest zanieczyszczone, w pewnej odleglosci od powierzchni ziemi - jednak nie zrobilismy zadnych badan, a ludzie szczerze wierza, ze jest zupelnie zdrowa i mozna ja pic), ale wszyskie proszki itd splywaja do rzeki. Rosliny przy rzece maja skrocony okres wegetacji (z 2 lat do 6 miesiecy), na co narzekaja farmerzy – musza uzywac wiecej srodkow chemicznych (toksycznych) aby miec jakies plony. Z tej rzeki pija zwierzeta, ktore pozniej sie je, obok niej rosna roslinki, ktore jedza ludzie albo zwierzeta pozniej zjadane przez ludzi. Coraz wiecej zdarza sie chorob wywolanych przez metale ciezkie i chemikalia, ktorych organizm nie wydala, ale akumuluje. Dodajmy, ze woda w kranach nie jest zdatna do picia, jedynie chlorowana (ktory to chlor wplywa na pamiec krotkotrwala i ogolna zdolnosc zapamietywania). Problem zanieczyszczenia jest naprawde przerazajacy, a jakos brak woli wladz lokalnych, aby naprawde cos na to poradzic. Jest to obecnie element kampanii wyborczej, ale co bedzie, to sie okaze.
Inna informacja: Ostatnio rzad rozwiazal NGO Acción Ecológica, ktora przeciwdziala niszczeniu srodowiska, pod pretekstem braku w dokumentacji. Niestety wlasciwie oczywistym jest, ze byla to decyzja polityczna aby usunac niewygodny opor wobec dzialania rzadu. Na to odpowiedzialo mnostwo osob (w tym Eduardo Galeano slawny w Ameryce Lacinskiej pisarz, http://pl.wikipedia.org/wiki/Eduardo_Galeano ), piszac listy i publikujac je w internecie, aby kazdy mogl podpisac i wyslac do prezydenta Rafael Correa, by cofnal swoja decyzje w tej sprawie. Wszystkich zapraszam do podpisania i wyslania ktoregos z tych listow, bo wobec braku oporu spolecznego, i w Ekwadorze jak i opinii miedzynarodowej, antysrodowiskowa polityka bedzie kontynuowana, a naprawde jest czego bronic. I przyrody, ktora, szczegolnie tutaj, w miejscu zwanym Plucami Swiata, jest naprawde wazna, i ludzi, ktorzy tutaj zyja pozbawiani swoich praw w imieniu dochodow wielkich korporacji i politykow. Ponizej kilka linkow:

Aby przeczytac lub wyslac list:

http://www.accionecologica.org/index.php?option=com_content&task=blogcategory&id=255&Itemid=7746

Jesli chcesz wyslac ten lub inny napisany list, adres:

rafael.correadelgado@presidencia.gov.ec

i kopie dla:

alexis.mera@presidencia.gov.ec

ffalconi@hotmail.com

info@accionecologica.org

Ponizej tekst listu Eduardo Galeano:

"Querido Rafael:

Mis amigos me cuentan que la organización "Acción Ecológica" ha sido clausurada por decisión oficial.

me cuesta creerlo.

ojalá no sea cierto.

yo fui, y sigo siendo, uno de los muchos que celebramos la nueva Constitución del Ecuador, que por primera vez en la historia ha consagrado los derechos de la naturaleza.
y yo fui, y sigo siendo, uno de los muchos que creemos que la independencia de las organizaciones ecologistas es la mejor garantía de la defensa de esos derechos.

va el abrazo de siempre,

Eduardo Galeano"

i kolejny link, gdzie mozna poczytac troche wiecej i wyslac list w tej sprawie:

http://www.salvalaselva.org/

Nigdy takich rzeczy nie robilem, nie bralem udzialu w zadnych akcjach spolecznych. Widocznie ostatnio staje sie troszeczke bardziej radykalny w pewnych kwestiach, dla odmiany mojej spokojnej i prawie zawsze neutralnej postawy (czesto dziecinnie glupiej, wywodzacej sie ze strachu przed podejmowaniem decyzji i wlasnych opinii, z falszywym przeswiadczeniem o jej naukowosci przenoszonej daleko poza nauke, czyniacej ja pseudonaukowa), ale postawiony w obliczu tutejszej rzeczywistosci ciezko mi bylo ta postawe w pelni zachowac..... Te informacje nie sa plotkami ani dzialaniem zwiariowanych ekologow, sa to wielokrotnie potwierdzone informacje pochodzace z wielu roznych zrodel, naukowych (roznorakie badania), mediow, opowiadanych przez roznych ludzi pracujacych w tym temacie, a czesc doswiadczona przez wlasne zmysly. Kto mnie zna, wie, ze zawsze staram sie patrzec na problem z roznych punktow widzenia, rozeznac sie jak najlepiej w temacie i ze mam tendencje do usprawiedliwiania roznych rzeczy i bycia adwokatem diabla zanim podejme decyzje, i zanim napisalem ten radykalny w tonie wpis, staralem sie zrobic wlasnie to.

Chetnie poczytam wszelkie komentarze na tym blogu.

jueves, 12 de marzo de 2009

Solo En Ecuador

Tytulowe zdanie (i tego fragmentu, i tego bloga w ogole) wymaga wyjasnienia. Jest jednym z dwoch czesto stosowanych, drugie brzmi Estamos en Ecuador. Solo en Ecuador sluzy do opisu tych wszystkich niesamowitych a fajnych rzeczy, ktore nam sie przydarzaja (dodajmy, na kazdym kroku), tymczasem Estamos en Ecuador uzywa sie by ze zniecheceniem, zmeczeniem zaakceptowac jakis zadziwiajacy i nieprzyjemny element tutejszej rzeczywistosci.
Pisze te slowa o 2.09 w nocy, 31 grudnia 2008 roku. Po przygodach, znajdujemy sie wszyscy z powrotem w Guano, i jest chlodno. Przygody obejmuja soba 3 dniowa chorobe, ktora wszyscy zalapalismy w Coscie, kilka wizyt w szpitalach, duzo roznych lekarstw, wydanych pieniedzy i niezliczone wizyty w roznych lazienkach. Teraz jestesmy na diecie, nie wolno nam pic, palic, jesc niczego tlustego, ani przyprawionego. No coz. Zapowiada sie spokojny Sylwester w Guano. Porazka, ale co zrobic – zdarza sie.
No wiec jestem tutaj. Troche po drugiej stronie planety – na innej polkuli czy z gory na dol czy na boki. W kraju, w ktorym mozna powiedziec Solo en Ecuador, i Estamos en Ecuador. Kraju, ktory moglby byc rajem, a jest troche bardziej chyba pieklem, ktore ludzie urzadzili ludziom i samym sobie. Przepieknym i wspanialym, ale jednak pieklem. Dla zdecydowanej wiekszosci zycie jest ciezkie.
Myslac o Ekwadorze, wiedzac o jego cudach natury, co sie mysli o powietrzu tutaj? Ze jest czyste, prawda? Ja tak myslalem. Wybrzeze, gory, Jungla, Galapagos, niewiele samochodow i nie tak znowu duzo ludzi. To prawda. Jednakze Ekwador ma rowniez od groma aktywnych wulkanow, jeden z nich bodajze najaktywniejszy na swiecie. Nie pamietam dokladnie liczb, ale to zdaje sie ze 99 procent dwutlenku wegla w atmosferze i spora czesc wielu innych substancji, jak dwutlenek siarki, sa pochodzenia wulkanicznego. Hm. Inna kwestia sa samochody – jest ich malo, ale duza czesc to sa stare, wielkie amerykanskie gruchoty, ktory produkuja straszne, przekraczajace chyba wszelkie normy ilosci spalin. Wskutek tego powietrze w miastach jest bardzo zanieczyszczone. I tutaj prawie wszedzie mozna palic. W wiekszosci restauracji i sklepow, wszyscy robia co chca. Palenie przy dzieciach jest pewna norma, nikt tu sie nie pierdoli z wychodzeniem na zewnatrz czy czyms podobnym. Oprocz tego, przemysl w kraju sie rozwija (a partia zielonych zostala zdelegalizowana, ale to troche inna historia). O innych smieciach nie wspominam, recykling tutaj jest rownie odlegly co podroze miedzygwiezdne, same miasta sa zasyfione roznego rodzaju odpadkami – w czym swoj udzial maja pieski rozszarpujace nocami worki na smieci. Jest brudno. Co prawda nie tonie sie w smieciach, ale jest brudno.
To, ze ojciec ma dzieci ze swoja corka, nie jest tutaj czyms az tak nadzwyczajnym. Oczywiscie szokuje, ale sie zdarza, nie-az-tak-rzadko. Dobrym pytaniem jest, dlaczego? Zwykle cywilizowani, edukowani ludzie wiedza, ze sie tego nie robi. Ludzie pierwotni, indianie, tez. Moja malutka teoryjka na ten temat brzmi, ze takie rzeczy dzieja sie w rodzinach pochodzenia indianskiego, ktore stracily czesc kontaktu ze swoja kultura w wyniku stycznosci z cywilizacja, ktora jednoczesnie chca wykorzystac i odrzucaja, poniewaz niesie powazne komplikacje do ich zycia. Ludzie ci nie sa wyedukowani, i zyja jakby na marginesie spoleczenstwa. 7 procent ludnosci Ekwadoru to analfabeci.
Problemy rasowe, etniczne i spoleczne, niska edukacja, zwiazane z historia rozczarowanie kapitalizmem i USA rzuca ten swiat w objecia rewolucji socjalistycznej (?) Revolución Ciudadana. Dotychczasowe rzady, niejednokrotnie Junty, nie umocnily wiary we wladze, wrecz przeciwnie – duza czesc spoleczenstwa jest nastawiona antyspolecznie, brak edukacji i infrastruktury, szerzaca sie korupcja. Dodatkowo rozkwitajace w tym, bylo nie bylo wspanialym klimacie choroby, kataklkizmy wywolywane przez wulkany i powodzie, sprawiaja ze ten piekny zakatek ziemi nie potrafi wykorzystac swego ogromnego potencjalu, i zyje sie w nim ciezko.
Krotki opis ostatnich miesiecy.
Co moge powiedziec, w Grudniu zylismy sobie calkiem niezle :) Mamy okolo 4 skrzynek butelek po piwie czekajacych na lepsze czasy w kuchni (wszyscy się co chwila potykaja o butelki), sporo bylo imprez z roznymi ludzmi, w tym Fiesta por Navidad Diferente, ktora zorganizowalismy dla dzieci z szkol, w ktorych uczymy i dzieci specjalnych z fundacji Talita-Kum. W wyniku niewiedzy wspanialej Reiny de Guano, musielismy zaplacic za nia z wlasnej kieszeni (100 dolarow poszlo i juz nie wroci), ale warto bylo. Swietnie się bawilismy, a co najwazniejsze dzieci tez. I mamy swietna prase – znajomy napisal o nas 2 artykuly, które stawiaja nas, wolontariuszy europejskich, w bardzo dobrym swietle. Nasza organizacje nie :) ale mniejsza z tym.
Pozniej opisana wczesniej wycieczka na Coste, która się zle dla nas skonczyla. I spokojny sylwester.
Styczeń minal bardzo spokojnie, brak imprez i dużo pracy. I komplikacje. Ponieważ, jak pisalem wczesniej, relacje profesjonalne tutaj niemal nie istnieja i wszystko opiera się na relacjach osobistych, stalo się cos co chyba musialo się stac. Stracilismy kontakt z grupa znajomych, ponieważ osoba, od której zaleza nasze projekty, a dokladnie zona burmistrza machnelaby na nas reka gdybysmy tego nie zrobili, co dano nam jasno do zrozumienia. Inna sprawa ze znajomosci z Fundacja Talita-Kum trzeba bylo zakonczyc z innych powodow – antypatie i problemy personalne, a także pewne rzeczy które widzielismy – korupcja i dziwne traktowanie ludzi. Także nie jest tak zle, ale sprawa wplywu osobistego tej kobiety strasznie mnie irytuje. Ma ogromna wladze która wykorzystuje z cala premedytacja również dla swoich celow osobistych. Moja teoria brzmi, ze tutaj polityka wplywa na życie obywateli w większym stopniu, niż w Europie – relacje personalne dotykaja ogromna grupe ludzi, wszysko zalatwia się przez znajomych, więc sympatie i antypatie wobec osob zwiazanych z polityka lokalna potrafia otworzyc, albo bardzo efektywnie zamknac, wiele drzwi.
Na początku lutego przylecial Francois, nowy wolontariusz. Strasznie fajny chlopak, bezproblemowy, z ktorym swietnie się spedza czas i pracuje. Mimo ze jest mlody – 22 lata, najmlodszy z grupy – ma ogromna wiedzę o aktualnych wydarzeniach i sytuacji politycznej na swiecie, a także nekajacych go problemach – dużo wieksza niż ja aby być szczerym (zwlaszcza ze soba samym). Dziennikarz, spedzil rok w Brazyli gdzie studiowal i nabyl ogrom doswiadczen, jakze przydatnych tutaj. Lewicujacy rebeliant, uwielbiajacy wszelkie demonstracje i protesty, zbuntowany aktywista i indywidualista lubiacy kooperacje z innymi i wspolna wlasnosc w domu. Mowi po francusku (oczywiste :) ), swietnie zna portugalski, dobrze hiszpanski, niezle rozumie angielki choc mowi bardzo slabo.
Troche o projektach, nad ktorymi pracujemy. Obecnie ja sam tworze 2 ankiety, które mają dotyczyc korupcji i wiedzy obywatelskiej. Projekty naukowe, które bardzo mnie ciekawia. W koncu cos robie w mojej dziedzinie naukowego, cos co chce robic, i co mnie interesuje. Oby wyszlo. Poza tym, pracujemy nad otwarciem Centrum Szkolen, w ktorym glownymi dziedzinami beda Economía Solidaria (Diana), Szkola Obywatelstwa (ja), Informatyka (ja....), Ekologia (jeszcze nie wiemy), angielski (ja?...) a także wiele innych dziedzin, troche bardziej.... praktycznych, i wiele proponowanych przez tutejsza spolecznosc. Z tym projektem mamy pewne problemy, jeszcze nic tak naprawdę nie wiadomo. Wszystko się okaze. Poza tym pracujemy wspolnie nad projektem edukacyjnym dla San Gerardo, malej hm..... wsi tutaj, który jak się powiedzie zostanie zaimplementowany w calym Cantón Guano. Niestety tu tez są komplikacje, ze strony ludzi, którzy z nami wspolpracuja – 2 kobiety, które nie mają zadnego interesu w pracy i tylko zgarniaja pieniadze jak najmniejszym kosztem, więc projekt opracowujemy sami. I od dzisiaj przestal ich dotyczyc, one mają swoj i my swoj. W zyciu nikogo takiego nie spotkalem. Dwa dni w tygodniu ucze informatyki w szkolach, angielski brzydko mowiac zwalilem na Francois (który choc dużo rozumie slabo mowi po ang, ale tutaj przy tak niskim poziomie nie jest to takie wazne), dlatego ze jest to syzyfowa praca, prawie nie przynoszaca efektow. Dlatego ze tu prawie nie ma stycznosci z angielskim, jestesmy w swiecie prawie calkowicie zdominowanym przez język hiszpanski. Informatyki na szczescie da się uczyc, i można obserwowac rezulataty, co dla mnie osobiscie jest wazne, nie przepadam za mozolna praca bez efektow. Oprócz tego robimy film o brudzie w Guano, który rezyseruje i kreci Francois (ja pomagam gdzie moge i jak moge, pracujemy wszyscy), filmik w San Gerardo z pomoca dzieci (tez Francois z pomoca moja i dziewczyn). Ruth pracuje nad swoim projektem Domu dla dzieci z rodzin patologicznych i dzieci opuszczonych (z mnostwem problemow, nie wiem czy jej się uda to w koncu zorganizowac, ostatnio się poswieca San Gerardo), projekt domu dla mlodziezy zaniechalismy. Teoretycznie pracujemy tez dla turystyki w Guano, ale w tym temacie ostatnio nic nie robimy, zostawiamy ten projekt na pozniej.
Zblizaja się wybory, i to niesamowicie utrudnia wspolprace z wladzami lokalnymi i paralizuje nasze projekty. No coz, uroki demokracji. Politycy chca zaspokajac potrzeby pilne i oczywiste, czego nie zrobili przez ostatnie lata i nadrabiaja w ostatniej chwili, aby zdobyc glosy wyborcow, i nie mają czasu ani checi myslec o przyszlosci, która ciezko przewidziec po dacie 26 kwietnia (dzien wyborow), która prawdopodobnie będzie ostatnia chwila urzedujacego burmistrza.
Co do podrozy, najpierw bylismy w w Baños, gdzie spedzilismy wspaniale czas i zwiedzilismy mnostwo ciekawych miejsc w Sierze w poblizu Amazonii, takich jak Pailón del Diablo (Kociol Diabla), ogromny i potezny wodospad. Niedawno bylismy w Alausi, gdzie wybralismy się na Naríz del Diablo (Nos Diabla, taki zbieg okolicznosci, naprawdę nie wyszukujemy diabelskich miejsc ;) ), wspaniala wycieczka pociagiem w gorach nad przekasciami, jedna z najtrudniejszych w swiecie. Wspaniale doswiadczenie. A ostatnio bylismy w Amazonii.

Wyprawa do Amazonii

Ostatnio, pod koniec lutego mielismy troche czasu wolnego - Karnawal. Bedac zdania ze majac troche wiecej czasu wolnego moznaby zrobic cos fajnego, wpadlem na pomysl, aby wybrac sie do Amazonii, i z niewielkimi problemami udalo mi sie przekonac Francois i Diane aby sie tam wybrac. Z pomoca Julia udalo sie zorganizowac wakacje w Palorze. Wiec pojechalismy Diana, Francois, Cristian i ja.
Palora lezy w Dzungli. Zeby sie tam dostac, autobus przeprawia sie przez rzeke Pastaza za pomoca tratwy - jest jeden most, ale tylko dla jednego na raz samochodu osobowego. Drogi oczywiscie bite. W Amazonii jest obecnie pora deszczowa, a wiec bardziej blotne. Na miejscu wynajelismy przewodnika, ktory zabral nas do dzungli i do wiosek indianskich. Dzungla jest wspaniala, piekna i tetni zyciem. I goraca i duszna. Szczerze powiedziawszy, pierwszy raz od dawna czulem, ze robie jedna z rzeczy ktore naprawde chce robic w zyciu. Widzialem mnostwo ciekawych owadow - mrowki - od Cortadoras de Ojas (ktore zbieraja liscie, na nich choduja grzyby, ktore rosna tylko i wylacznie w ich gniazdach - nie moga zyc bez mrowek, a mrowki bez nich - jest ich duzo w okolicy Palory) az po Congas (mrowki majace 2,5 centymetra, jak uzadla - tak, uzadla - podobno bol jest nie do zniesienia przez caly dzien), tez latajacego owada udajacego patyk, w kolorze drzewa, modliszke, gasienice sporo wieksza niz moj palec i produkujaca parzacy kwas jak sie ja denerwuje, i kilka innych. I to wszystko w bardzo krotkim czasie. Oprocz owadow drzewa, ktore chodza - maja korzenie, ktore przesuwaja i laza w poszukiwaniu swiatla, liany mordujace drzewa, i wiele innych pieknych i ciekawych roslin. Dzungla mnie fascynuje, moglbym tam spedzic mnostwo czasu bez wychodzenia, tylko analizujac co sie dzieje dookola. Widzielismy tez pokaz roznych kultur, zorganizowany przez stowarzyszenie 4 ludow, majace na celu promocje i ochrone ich dziedzictwa - Quichua, Shuar, Achuar i Sapara. Rozmawialismy z przedstawicielami, pomalowali nas w swoje wzory, pilem 5 rodzajow Chichy (od Chichy z banana az po Chiche z yuki, od takiej przezuwanej (przynajmniej czesciowo) az po wytworzona metodami nowoczesniejszymi i znosniejszymi dla turystow - pycha, jak pisal Cejrowski, chociaz przy jednej prawie zwymiotowalem:) ) i prawie sie nia upilem. Strzelalismy z tej strasznie dlugiej dmuchawki (której nazwy za cholere nie moge sobie przypomniec...) i rzucalismy dzida.
Kilka slow o kazdej z kultur:
Shuar - poznalem ja najlepiej, dlatego ze nasi przewodnicy byli Shuar. W naszej literaturze funkcjonuja jako Jiwaro - sa to oslawieni lowcy glow, ktorzy potrafia je zmniejszac do rozmiarow piesci. Na szczescie juz teraz tego nie robia :) Przynajmniej nie w okolicy Palory, i raczej sie tym nie chwala. Ogolnie rzecz biorac, wierza w przyrode i prawa wszechswiata, i walke dobrego boga ze zlym, ktora bedzie trwala na zawsze. Pewne aspekty rzeczywistosci w ich religii sa przedstawiane przez bostwa, np. bog (bogini ?) plodnosci kobiet, bog wody (bylismy przy jednej z kaskad, gdzie czczono boga wody, przepiekne miejsce), itd. Niestety w wyniku kontaktu z cywilizacja w okolicach Palory niewiele z tego zostalo - wszyscy to katolicy (tak o sobie mowia, dokladniej, ewangelisci - ewangelisci z USA ich nawrocili). Maja swoj jezyk, ktory podtrzymuja przez edukacje w 2 jezykach, miedzy soba rozmawiaja w Shuar (szeleszczacy troche jak nasz polski :) ). I przy obcych tez, co czasem frustruje :) Do malowania twarzy na czerwono uzywaja kolczastego, czerwonego owocu, ktorego wsciekle czerwone nasiona sie ubija i powstala naturalna farba maluje. W okolicy Palory z tradycji pozostalo niewiele - troche ze stylu zycia, niektorzy ciagle uprawiaja bigamie (np. 2 siostry naszego przewodnika, Gilberto, maja jednego meza), tance, i stosowanie ziol. Maja tez swojego szamana. Mielismy okazje go odwiedzic. Kilka obserwacji po rozmowie: Bardziej stosownie jest nazywac go Curandero, a nie szamanem. Katolik. Odprawia rytualy oczyszczenia, wierzy w moc duchow albo przynajmniej spiewa piesni je wzywajace, ale nie wiele moze powiedziec na temat magii czy cos wiecej na temat rytualow - prawie kazda rozmowa, na prawie kazdy temat wracala po chwili do Ayahuaski. Magii uczyl sie za mlodu z tomow Magii Czarnej, Czerwonej i Bialej, ale nie potrafil utrzymac ducha ktory mu sie
objawil, i uciekl, magii wiec nie zna. Dodajmy, ze sa to ksiazki zagraniczne, bodajze z Meksyku, znane na calym swiecie. Tyle jesli chodzi o tradycje. Ale jak przygotowac Ayahuaske, wie - i pije ja czesto. Dal nam skosztowac na palec jedna sprzed 15 dni, bo nie mial nowej - nie wiedzial, ze przyjedziemy i nie przygotowal (a Starej pic nie wolno, bo konczy sie wymiotami przez cala noc). W sprawie pnacza duchow (jak sie nazywa ten... wywar) jest ostrozny, przygotowuje ludzi na to, co ich czeka jak to wypija, i nie daje zbyt duzo. Nawet jedna wieksza kropla, ktora mialem na palcu po zanurzeniu w szklance, zmienia odrobine swiadomosc (i smakuje paskudnie). Ma 55 lat, dalej leczy swoj lud (w wiosce nie ma lekarza, trzeba jechac do Palory), ma zone, dzieci i 3 psy, z czego jeden przerazajaco chudy, mieszka troche osobno, pije ayahuaske i przeprowadza rytualy oczyszczenia. Jeden przeprowadzil na nas, ale szczerze powiedziawszy nie przekonal mnie - ja bylem pierwszy, wiec spedzil na mnie najwiecej czasu, Cristianowi powiedzial ze jest bardziej czysty niz ja (zeby usprawiedliwic brak pewnych czesci i krotki czas spedzony nad nim?), Dianie powiedzial ze miala sporo problemow, wewnetrzny niepokoj, strach itd (Diana byla niespokojna i caly czas pytala o Oczyszczenie, ktos jej powiedzial wczesniej ze Oczyszczenie by jej pomoglo, caly czas czegos sie boi, wrecz emanowala niepokojem, wiec nie bylo trudno przygotowac odpowiednia odpowiedz i powiedziec jej, ze byla najbrudniejsza z nas wszystkich (?) ), a o Francois wlasciwie nic nie powiedzial. Podczas rytualu, przy ktorym uzywa sie tytoniu, caly czas palil papierosy (nasze), spiewal lub nucil, i wygladalo na to ze sie zmeczyl paleniem i chuchaniem na nas
tytoniem, przesadnym kaszleniem (po wyciaganiu z nas naszych problemow za pomoca odwracania papierosa zapalona czescia do ust i wysysaniu), wiec wiecej gwizdal niz spiewal. Moim zdaniem rytual oczyszczenia, przynajmniej w jego wykonaniu, to czysta obserwacja, odrobina psychologii i show dla ludu. I dla turystow.
Wioska Shuar kolo Palory jest raczej dosc nowoczesna, nie sa to juz typowe szalasy ale domy
z drewna, niektory z cementu.
Pomimo calego sceptycyzmu, doswiadczenie bardzo ciekawe i wielce pouczajace, rowniez w kwestii impaktu cywilizacji na rdzenne kultury, o czym moge teraz napisac. Kultura Shuar liczy okolo 20 tysiecy osob w Amazonii, czesc w Ekwadorze i czesc w Peru. Byli pierwsza linia w ostatniej (czy w ostatnich) wojnach Ekwadoru z Peru. Mozna o nich poczytac na wikipedii, ale w polskiej jest bardzo malo, wiecej w angielskiej i hiszpanskiej.
Co do pozostalych kultur, rzeczywiscie kilka slow:
Sapara - wierza w nature, osoba z ktora rozmawialismy pochodzi z wioski do ktorej leci sie 30 minut samolotem lub wedruje przez dzungle przez 7 dni. W jego wiosce dalej podtrzymuje sie rdzenna religie (nie wiem jak jest w okolicach Palory, czy w ogole tam tak naprawde funkcjonuje ta kultura, ale jesli tak, jest o wiele bardziej... cywilizowana...), podobno sa monogamiczni. Nosza ubrania wytworzone z kory pewnego drzewa, ktora jest bardzo rozciagliwa i wlasciwie wykonanie takiego ubrania nie jest trudne. Torby na owoce itp tworza z lisci palmy. Szalasy robia z drzewa i lisci roslin, bardzo piekne. Tworza naczynia z gliny i ozdobiaja je za pomoca naturalnych farb. Oczywiscie Sapara maja swoj wlasny jezyk.
Achuar - kultura poligamiczna, ile kobiet mozesz utrzymac tyle mozesz miec. Rowniez maja swoj wlasny jezyk. W swoich szalasach ukladaja pale w ksztalt gwiazdy, i w srodku wzniecaja ogien - tak aby moc stawiac hm, garnki na palach i jednoczesnie cos w nich gotowac. Kobiety, jak witaja gosci (lub mezczyzn powracajacych z polowania) z chicha, biora ja do reki i podaja, smarujac jednoczesnie po twarzy. Po powitaniu, jak pijesz kobieta zawsze trzyma miske i podaje Ci ja do picia, Ty tylko dotykasz jej ustami. U nich pilem trzy rodzaje chichy, i jakos wiecej nie potrafie powiedziec na ich temat :) Tak szczerze, wiele wiecej sie o nich nie dowiedzielismy. Mezczyzna, z ktorym rozmawialismy, ma obecnie jedna zone, ale 11 dzieci z roznymi :)
Quichua - najbardziej rozpowszechniona rdzenna kultura w Ameryce Poludniowej, drugi jezyk Ekwadoru. W innych panstwach Ameryki znani jako Quechua. Rodzina podobnych jezykow, ale ze sporymi roznicami - cos jak rodzina jezykow indoeuropejskich. Kultura rozni sie diametralnie
w zaleznosci od regionu - np w Sierze i w Amazonii bardzo sie rozni. Wersja amazonska to okragle, otwarte szalasy. Jako torebek uzywaja gniazd pewnych ptakow - sciagasz gniazdo i torebka gotowa :) Tance na powitanie mezczyzn powracajacych z lowow sprawiaja wrazenie agresywnych - kobiety jakby atakuja mezczyzn, otaczaja ich podczas tanca ocierajac sie o nich. Bardzo interesujace. Mezczyzni pija chiche bardzo szybko. Quichua tworza swoje wlasne naczynia z gliny i maluja je uzywajac farb z owocow, tartych kamieni itp. Maluja sie uzywajac koloru czarnego.
Wiekszosc rdzennych mieszkancow Sierry to Quichua, ale ich zycie oczywiscie jest zupelnie inne. Szalasy sa zamkniete i w formie prostokatow (mysle o odnowieniu kilku opuszczonych i zorganizowaniu pokazu dla turystow, jak wygladalo zycie w Cantón Guano dawniej).
W Palora wzielismy tez udzial w Karnawale, co oznaczalo oblewanie woda i brudzenie roznymi sprayami specjalnie na te okazje, maka i jajkami :) Swietnie, ale to swietnie się bawilismy.
Dziewczyny z Amazonii są przepiekne. Naprawdę, zdecydowana większość kobiet w Puyo i Palora hipnotyzuje. Można sobie skrecic kark rozgladajac się idac ulica. Piekne metyski, indianki i biale. Przedziwne wrazenie.
Na Coscie także są piekne, może nie az taki procent, ale sporo. W Sierze, gdzie mieszkam, niestety jest inaczej, i naprawdę ladnych jest raczej malo.
Droga powrotna prawie nas wykoczyla, ponieważ na przeprawie przez rzeke Pastaze, autobus po drugiej stronie nie trafil sobie na tratwe i utknal w wodzie, blokujac przeprawe. Więc musielismy czekac w upale, zbierajac owoce z pobliskiego drzewa (takie jakby groszki, tylko slodkie i pestek się nie je, jedynie ich otoczke). Pozniej, w Baños, utknelismy w korku, spowodowanym przez karnawal. Podroz trwala w rezultacie jakos 9 godzin, a powinna trwac mniej wiecej 6.
Ostatnio mielismy w domu 2 ekologow, aktywiste i technika srodowiskowego (który jest intelektualista i erudyta, ateista, niesamowicie ciekawa osoba, z dziecmi starszymi ode mnie). Nauczylem się naprawdę dużo o ochronie srodowiska, recyklingu, problemach globalnych i zwlaszcza Ekwadoru, o straszliwych zniszczeniach w Amazonii (wydobycie ropy...), Sierze i Coscie. Także o skurwysynskiej polityce prezydenta Rafaela Correa i jego rzadu wobec Amazonii i ludzi tam zyjacych. Bedziemy z nimi spedzac troche więcej czasu, gdyż z naszej inicjatywy Jorge (technik) prawdopodobnie zacznie prace w Guano prowadzac 2 projekty o ekologii, i obaj z Rasa beda wspopracowac z nami przy projekcie San Gerardo. O ekologii w Ekwadorze, problemach w Amazonii, zmianach w biosferze Sierry spowodowanych przez Eukaliptus, brudzie w Guano itd napisze niedlugo nieco więcej. I kilka listow do prezydenta do wyslania i podpisania, z opisem po polsku, dla wszyskich których to interesuje.
Po Amazonii zachorowalem na zapalenie pluc. Zbieg okolicznosci był na tyle ciekawy, ze wszyscy mysleli ze zachorowalem na Malarie :) Na szczescie nie. Teraz jestem już zdrowy.
Wczoraj mielismy ryual Pelni Ksiezyca, prowadzony przez szamanke z Sierry. Bardzo ciekawe doswiadczenie, ponadto zulismy liscie Koki, która szamanka adorowala jako Mamusie Koke :) Co bylo najzabawniejsze, akurat w tym momencie odwiedzil nas spory patrol policji, kiedy kazdy mial koke w gebie i w rekach albo kieszeniach :) Kiedy Rasa wyjasnil, ze to rytual Pelni Ksiezyca i nie robimy nic zlego, przypomnieli nam, ze nie mozemy pic alkoholu ani zadne tym podobne, a my „oczywiscie, nic z tych rzeczy” :)
Pierwotne ludy, przed inwazja Inkow (a pozniej Hiszpanow), skladaly czesc ksiezycowi, nie sloncu. Ritual de Lina Llena jest rytualem glownie dla kobiet, co jest zwiazane oczywiscie z cyklem ksiezyca i okresem kobiety. Bylo to w parku ekologicznym w Riobamba, w miejscu aktywnym energetycznie, gdzie kobiety stworzyly krag z naprzemiennie ulozonych roznych roslin. Z kregu jest tylko jedno wyjscie, można wyjsc jedynie w kierunku ruchu wskazowek zegara w kregu. Na poczatek szamanka dziekuje i składa swoje nadzieje na rece Matki Luny, Pachamamy, dziekuje tez wszystkim zgromadzonym widzialnym i niewidzialnym za przybycie. Robi to palac tyton, który przekazuje pozostalym osobom, które także składają podziekowania i wyrazaja swoje nadzieje. Potem szamanka jeszcze raz mowi o Matce Lunie, Pachamamie, Wielkim Duchu i Matce Koce (w swoim języku, ponieważ w nim ma wieksza wiez z Matka Koka), rozdaje wszystkim liscie koki, które można rzuc tylko prawa strona ust, przelknac lub wypluc w lewa strone. Potem uczestnicy, którzy cos wiedza, opowiadaja historie o Ksiezycu (bylem jedna z 3 osob które mowily, opowiadalem o wplywie ksiezyca na ziemie, ze bez ksiezyca doba mialaby 8 godzin, a życie dopiero by się rozwijalo, i dzieki ksiezycowi mamy to bogactwo zycia ma ziemi które mamy, zgrabnie omijajac slowo grawitacja podobnie jak wczesniej Rasa i jeszcze jeden facet). Potem jeszcze raz z pomoca tytoniu (w naszym wypadku cygaro, które przez role w rytuale uwaza się za uswiecone) składa się dzieki Matce Lunie i Pachamamie, tanczy się skladajac część Ksiezycowi 4 razy okrazajac ognisko, a potem wychodzi z okregu. Zbiera się kwiaty, gasi ognisko (przynajmniej w parku :) ), a następnie kazda osoba robi 4 obroty, i mowi „idziemy, (swoje imię) i moje/nasze nadzieje (i co chce, np. idee)”, by nie pozostawic w tym miejscu rytualu, pelnym energii i duchow, niczego ze swojej osoby, i oddala się. Niesamowicie ciekawe, czyz nie ?
Aby podsumowac kilka rzeczy, i jakos mimo wszystkich problemow tu opisanych troche mnie zmotywowac i pokazac, ze warto odbywac dlugie podroze i podrozowac w ogole:
W ciagu tych 4 miesiecy nauczylem się:

języka hiszpanskiego – co mnie troche zaskoczylo, ze tak szybko można się nauczyc obcego języka niemalze od zera, jeśli się nim mowi niemal caly czas. To dużo latwiejsze niż myslalem. Jeszcze niedawno myslalem o tym języku jako o troche egzotycznym, a teraz posluguje się nim caly czas.

Bardzo dużo o Ameryce Poludniowej i tutejszej rzeczywistosci, spolecznej, politycznej, naturze, kulturze.

Sporo o tutejszych ludach pierwotnych, ich wierzeniach i rytualach.

Mnostwo o pisaniu projektow i projektach ogolnie, również sporo o metodologii.

Kilka rzeczy o korupcji, prawach czlowieka, i polityce w ogole.

Mnostwo o wspolzyciu, wspolpracy i ogolnie rzecz biorac o relacjach miedzyludzkich, troche o
psychologii, sporo o roznych relacjach spolecznych.

Troszeczke o tancu i sporo o muzyce.

Nowe sposoby myslenia, zalatwiania spraw, stawiania czola problemom, radzenia sobie z ludzmi, nowe idee.

Mnostwo o ekologii i jej sytuacji na swiecie.

Mnostwo spraw zwiazanych z informatyka.

A to dopiero 4 miesiace, ile można się nauczyc w rok ? Ciekawe, obym to wszystko przezyl w jednym kawalku i zdrowy :) Niedlugo, jakos w przyszlym tygodniu, rozpoczynamy z Francois, Ruth i chyba z Diana tez kurs Quichua :) Pierwszy język nie indoeuropejski. Zobaczymy jak się wszystko pouklada, ostatnio jestem troche sceptyczny i pesymistyczny, widzac tutejsza sytuacje i wszystkie problemy, ktorym musimy stawiac czola, od problemow technicznych (jestem tutejszym technikiem, wszyscy pokladaja we mnie nadzieje zwiazane z dzialaniem komputerow, które naprawdę dzialac nie chca), poprzez problemy z ludzmi, którzy nie chca wspolpracowac, polityke która tutaj wplywa na życie obywateli w znacznie większym stopniu poprzez niezdrowe relacje personalne, nasze realnie male mozliwosci dzialania i zaleznosc od relacji z ludzmi, często komplikowanych przez Ruth z jej wybuchowym charakterem (która przewodzi zawsze na spotkaniach i dominuje kazda grupe przez swoja latwosc w kontaktach, dopoki wszystko jest ok) (ale co czasem wychodzi nam na dobre). Ponadto Diana – ostatnio doszedlem do wniosku, ze ta sliczna dziewczyna, tak inteligentna, mimo tego ze czasem ma genialne pomysly, ma wode zamiast mozgu albo cos jeszcze innego i jest jednym wielkim balaganem myslacym tylko i wylacznie o sobie i o facetach, z ktorymi nie do konca sobie umie radzic – traktuje ich jak smieci, ale jeśli jej nie pozwola, daje się prawie calkowicie zdominowac i ogolnie rzecz biorac jest od nich kompletnie zalezna. I od innych osob tez, robi i mysli to, co inni jej powiedza, strasznie latwo na nia wplywac. I wspolpracowac jest z nia bardzo ciezko, bo ciagle ma cos lepszego do zrobienia niż praca. Jak glosi napis na jej bluzie, Pink Attitude. Pomimo tego bardzo ja lubie, bo jest wesola, rzadko powazna, jak przystalo osobie urodzonej 1 kwietnia :) I wnosi dużo zycia do naszej grupy.
Meczy mnie także ze nie mam czasu nawet poczytac o tym, co mnie naprawdę interesuje. Mam ksiazki, mam e-booki i gdzie je drukowac, ale nie mam czasu czytac.
No coz, tyle jeśli chodzi o male podsumowanie ostatnich miesiecy.

Info z Ekwadoru

Poczatek Grudnia 2008

Od czego by tu zaczac......
Jestem w Ekwadorze juz okolo 3 tygodni, wlasciwie 3 tygodnie temu wyjechalem z Krakowa. Moge jedynie napisac, ze w tym czasie naprawde duzo sie zmienilo. To co mi sie tutaj przydarzylo przypomina troche wrzucenie kamienia w ocean - wysiadlem z samolotu w Caracas i plum !! Jestem w zupelnie innym swiecie, i otacza mnie ocean nowosci. Do Caracas leciala ze mna poznana w Warszawie kolezanka, od Caracas - hm, poznana w Caracas kolezanka z Quito ;)
Kurde, wlasnie kolo mnie siedza dzieci, Jesus i Maria, przysluchuja sie co robie, o wszystko pytaja i wszystkiego dotykaja :) Sa slodkie jak cholera.
Pierwsza niespodzianka przydarzyla mi sie w po drodze - no wiec nigdzie nie pisalo, ze mamy przystanek w Kolumbii, w Bogocie - a mielismy. No coz, najwyrazniej nie wszystko trzeba mowic pasazerom kupujacym bilet w Aviance ;). No ale dobrze, w koncu dotarlem do Quito, z lotniska odebraly mnie Cecilia (z Quito) i Barbara (studiujaca tu austriaczka), nocowalem u nich, a dzien pozniej Barbara wsadzila mnie w autobus i poslala do Riobamba, gdzie odebral mnie juz nasz tutejszy szef, Julio Cali. Z nim juz zabralem sie do Guano i przez tydzien poznawalem tutejsza rzeczywistosc. MIeszkam z 2 hiszpankami i francuzem. Hiszpanki super dziewczyny, Ruth, 29 lat, starsza z kolezanek, jest realistka i bardzo ciekawa osoba, i uklada nam sie nadspodziewanie dobrze. Nadspodziewanie, dlatego ze jest osoba ktora ma problemy ze wszystkim i wszystko jej przeszkadza, a w sytuacjach nerwowych prowadzi do konfrontacji, zeby czuc sie lepiej, poukladac swiat dookola siebie. Miala bardzo ciezka przeszlosc, na tyle ze nie bede pisal nic wiecej. Strasznie skomplikowana. Interesuje sie Reiki, medytuje, wierzy w energie itd. Jest pedagogiem, swoja droga znakomitym - nigdy w zyciu nie widzialem, aby ktos potrafil tak pracowac z dziecmi, czy doroslymi, tak zdynamizowac zamkniete srodowiska. Naprawde, bardzo imponujace. Dodatkowo jest zawodowym muzykiem, spiewa rewelacyjnie i dobrze gra na gitarze. Ogolnie, ciekawa i strasznie fajna osoba, bez ktorej byloby nam tu o wiele trudniej, poniewaz walczy o nasze prawa wolontariuszy bardzo zaciekle i chwala jej za to. Jest jej tutaj bardzo ciezko, frustruje ja tutejsza rzeczywistosc, szczegolnie sytuacja kobiet (i dzieci tez), traktuje to bardzo osobiscie. Bardzo przerwrazliwiona na punkcie chorob itd, szczegolnie malarii. Inna sprawa, ze komary ja kochaja, jest dla nich jak wielka czerwona latarnia ;) Jak jest obok, ja sie kompletnie nie musze komarami przejmowac. Ona spi pod moskitiera, z moim repelentem, i ciagle ma nowe ugryzienia, a mnie jak dotad ugryzl tutaj jeden lub 2 komary, a nie robie kompletnie nic szczegolnego zeby temu zapobiec tutaj w Guano (bo nie ma malarii tutaj).
Diana jest z kolei jedna z naladniejszych kobiet jakie widzialem w zyciu, zdjecia niestety tego nie oddaja. Latynoska, urodzona w Ekwadorze, wychowana w Hiszpanii, cialem i temperamentem Ekwadorka, czuje sie bardziej hiszpanka i mysli jak hiszpanka. Ma tutaj rodzine i spedza z nia duzo czasu (ma tez z nia mnostwo problemow, nie jest jej latwo), ma tez od niedawna chlopaka, Diego (dodajmy, ze w Hiszpanii tez, od 4 lat;)), bardzo fajnego faceta, ktorego za wiele rzeczy podziwiam. Uroda jest dla niej bardzo wazna, bardzo o siebie dba, jest bardziej niz troche narcystyczna. Mloda i zwariowana, tanczy przerewelacyjnie (ale tutaj niemal wszyscy podobnie), potrafi robic rzeczy, ktore w Polsce bylyby uznawane za co najmniej dziwne, takie jak obcinanie paznokci u stop w domu znajomych, w towarzystwie i odkladanie ich na stol ;) Ale oprocz mnie i Ruth nikt nie okazal zdziwienia, a i my bardzo dyskretnie miedzy soba;) Albo po sprzataniu lazienki, w gumowych rekawicach, siedziala przy stole, zamyslila sie i zaczela sie do nich przytulac ;) Dopiero Ruth przywrocila ja do rzeczywistosci;) I mnostwo tego typu, bylo nie bylo, przekomicznych rzeczy;) Niezle wyksztalcona, interesuje sie filozofia, lubi mange i anime, duzo gra w gry video. Niesamowicie interesujaca osoba i bardzo latwo da sie lubic, nawet troche zbyt latwo przy jej urodzie. Z nielicznymi problemami, zyje nam sie bardzo dobrze. Gorzej z Francuzem - 29 letni alkoholik, ktory nie zna hiszpanskiego, a angielski ktorego ma uczyc bardzo slabo. Sporo z nim mamy problemow, bardzo ciezko z nim zyc. Nie jest zlym czlowiekiem, ale ma powazny problem, a my razem z nim. Jeszcze wczoraj mial sie wyprowadzic do innego mieszkania, co bardzo mu sie nie podobalo i szczerze powiedziawszy mi go zal, obecnie sytuacja jest zbyt trudna i skomplikowana, aby moglo pozostac tak jak dawniej. Ma spotkania dla anonimowych alkoholikow, ktore sa po hiszpansku i biedak prawie nic nie rozumie. Jest mu ciezko, i przez to pije jeszcze wiecej....Dziewczyny sie go boja jak jest pijany, ja nie bardzo, ale ciagle napiecie, koncentracja i nerwy sa bardzo meczace. Ale dzisiaj okazalo sie, ze po przystaniu na ultimatum kompletnej trzezwosci, zupelnie pijany wpadl na nasza tutore i dyrektorke szkoly , w ktorej ma uczyc. Nie poznal ich, i jeszcze kompletnie pijany podczas fiesty zostal pokazany w lokalnej telewizji ;) Dyrektorka powiedziala, ze go nie chce. Podobno wraca do domu w najblizszych dniach.
Cos o Guano i Riobamba. Sa to miasta (no dobra, Guano to miasteczko, Pueblo), polozone wsrod gor (Guano w dolinie, 2500 mnpm, Riobamba okolo 2700 mnpm). Szczyty dookola to wulkany - Chimborazo 6- tysiecznik, najwyzsza gora w Ekwadorze (przymierzam sie do jej zdobycia), Tungurahua (wulkan, ktory widze z okna), Altar (wulkan z laguna w kraterze, jesli dobrze zrozumialem ;) ) i jeszcze inne. Widoki sa piekne. Co do wysokosci, nie mam wiekszych problemow. No chyba ze nalozy sie kilka czynnikow, takich jak wysokosc, gorac i zaduch, a obok pojawi sie naprzyklad Diana w krotkiej spodniczce ;) Wtedy czasem ciezko oddychac ;)
Mieszkanie mamy w miejscu bardzo dogodnym - kolo parku, w centrum miasteczka. Fajny widok z okna, na wulkan Tungurahua (niedawno wybuchl, w 2006 chyba, mam plakat w pokoju z lawa i dymem), na park, i na fiesty ktore tu maja miejsce. No wlasnie. Fiesty. To jest druga strona medalu, bo jak sa fiesty nie da sie spac i jest strasznie glosno ;) Ostatnio postawili mi scene pod oknem i zabawa trwala do 4 rano ;) A dzisiaj naprzyklad przygotowania do czegos (fiesty ??) rozpoczely sie o 7 rano muzyka o natezeniu podobnym jak na koncercie. Bo tutaj przeciez wszyscy wstaja o 6 lub przed.... Co akurat jest prawda, jakbym nie byl na nogach pewnie chcialbym rozerwac kogos na kawalki.
Na poczatku nie bylo az tak duzo pracy, odwiedzalismy tutejsze spolecznosci wiejskie, pomagalismy mierzyc i wazyc dzieci (brudne i radosne), w wolnych chwilach uczylem sie hiszpanskiego. Z dziewczynami dobrze sie zgralismy, bardzo mi pomagaly, bez nich ciezko tu sobie byloby poradzic. Moja jakby nie bylo dobra znajomosc angielskiego jest tu kompletnie nieprzydatna, bo jak dotad spotkalem jedna osobe stad ktora dobrze zna angielski (dziewucha mieszkala 5 lat w USA) i kilka osob z Kanady :) I gdyby jeszcze wszystko bylo jak w Europie, to nie byloby tak zle, ale nie - skomplikowana biurokracja i kazdy na kazdym kroku probuje Cie oszukac. Trzeba liczyc kazdy cent, zawsze - bo w autobusie za kazdym razem probuja mnie oszukac na 5 centow (wiec za kazdym razme sie wyklucam), w sklepie ciagle zle wydaja reszte.... W rejonie w ktorym jestem wygladam obco, bo jestem bialy (nie zolty lub ciemny), i mam.... jasne wlosy (tak tak). Oczy mam w miare normalne, jedne z najciemniejszych i sie nie wyrozniaja szczegolnie. Takze tutaj na kazdym kroku musze uwazac. I kazdy z kazdym sie wykluca, jak cos sie stanie - to nie moja wina bla bla bla. To ciagle oszukiwanie jest naprawde wkurzajace, tylko dlatego ze mam jasna twarz kazdy probuje policzyc mi wiecej itd. Ogolnie moglbym sie wmieszac wsrod mieszkancow Ekwadoru spokojnie, jednak z oczywistych powodow na razie nie moge, i w Guano bardzo trudno.
W ciagu pierwszego poltora tygodnia sporo sie wydarzylo ;)
Zdazylem wyladowac w szpitalu z tropikalna choroba zoladka - coz, jedzenie i bakterie rozni sie od tego co mamy w Polsce. Dziewczynom i francuzowi nic nie bylo. Ale tez prawda, ze przygotowania do wyjazdu i 4 tabletki na malarie mi nie pomogly takze.
Wlasnie, a propos przygotowan. To co sie nam wydaje w Europie, jest odlegle od tego co tutaj zastalem. Malaria jest dobrym przykladem. Wszyscy bylismy strasznie przewrazliwieni (Ruth do tej pory jest), podazalismy za zaleceniami lekarza itd itp. Wiec grzecznie zazylem 4 tabletki, a tutejsza lekarka na mnie patrzyla z slabo ukrywanym rozbawieniem tlumaczac, ze oni tu tak nie robia. I ze tabletki sie zazywa jak ktos zachoruje. No wiec tak robimy, broniac sie przed pogryzieniem. Mamy bardzo skuteczny repelent. Nikt oprocz Ruth nie uzywa nic wiecej, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Jakby komary mocno pogryzly i czlowiek zle sie czul, to mamy tabletki. Inna sprawa, ze jak cos sie dzieje od razu walimy do szpitala, bo tu wszystko moze byc smiertelnie niebezpieczne, a komara sie zabija nie tylko dlatego, ze denerwuje, ale dlatego ze moze zabic Ciebie. Pogoda tutaj jest... rozna :) Ogolnie w ciagu dnia cieplo, czasem bardzo, chyba ze jest pochmurno i leje, a w nocy jest przewaznie chlodno. Ciekawe polaczenie rownika i wysokosci. Riobamba ma w Ekwadorze przezwisko Friobamba (Zimno- Bamba). Ogolnie czasem dziekuje losowi, ze jestem Polakiem :) Jestem ogolnie rzecz biorac duzo odporniejszy na zimno niz ludzie tutaj. Zreszta, ludzie tutaj ogolnie zachowuje sie jak strasznie delikatni czasami - wieksza niz w Europie swiadomosc wlasnego ciala, cielesnosc, sprawia ze bardziej sie rozwodza nad kazda najmniejsza pierdola ktora im sie przydarzy, zadrapania ktorych ja zupelnie nie zauwazam itd. I jakos malo rzeczy mi przeszkadza, i jedzenie i wszystko jakos dobrze toleruje (poza jednym przypadkiem ktory opisalem wyzej, i trzeba zaznaczyc ze dziewczyny tez dosc dlugo chorowaly jakis czas pozniej).
Fiesty roznia sie od naszych imprez troche. Rozni sie podejscie - nie liczy sie dni wedlug dni tygodnia, ale wedlug rzeczy ktore zamierzamy zrobic ;) Zawsze ciekawie i bez rutyny. Przed imprezami, ludzie powtarzaja sobie, ze sa dziewicami i prawiczkami i ze ida sie bawic ;) Tutaj imprezujac czuje sie jak nastolatek. Musze sie przyznac, ze tutaj, w tym podejsciu do zabawy, do wszystkiego, czuje sie jakbym znowu mial 17 lat. Wszystkiego musze sie uczyc od nowa, mowic (jezyk), bawic (taniec i tutejsze obyczaje, rozne), odnajdywac w roznych sytuacjach, zupelnie dla mnie nowych....Opis jednej imprezy (bez szczegolow) pomoze uswiadomic jak bardzo rozni sie Ekwador od Polski. Diana ma kuzyna, Pablo, ten ma kumpla - Diego, (obecnie chlopaka Diany). Strasznie fajni faceci, poszlismy z nimi cos zjesc - jedlismy zupe z Flakow i krwi, i... byla bardzo dobra. Jak sobie czlowiek poradzil z obrzydzeniem. Potem pojechalismy na impreze, gdzie po raz pierwszy sie przekonalem (teraz, po 3 tygodniach to podtrzymuje), ze tutaj wszyscy, z naprawde nielicznymi wyjatkami, potrafia tanczyc tak, jak u nas naprawde malo kto. Dopiero tutaj zrozumialem jak ogromna moze byc ta roznica. Hiszpanki (ktore tancza swietnie) tez sa w szoku. Ja nie umiem tanczyc, wiec trzeba mnie uczyc - wiec wszyscy mnie ucza ;) Pierwsze upokarzajace lekcje mam za soba. Pablo zagadal do jakiejs dziewczyny, pierwszej lepszej i juz mialem nauczycielke i pare na cala noc. Tak, tu naprawde jest inaczej, a dziewczyny sa strasznie, strasznie gorace... Za kazdym razem jak z jakas tancze dluzej, nawet jak nie umiem, pozniej z nia wychodze z dyskoteki. I tutaj inaczej sie pije - o wiele szybciej. Szklanke piwa zawsze na raz. I tanczy sie calutenki czas, bez odpoczynku.No wiec skoro nagle wszyscy sie sparowali na tej imprezie (nawet nie wiem jak to sie wszystko stalo, latynosi sa wrecz niesamowicie sprawni w podrywie), a ta sie skonczyla, z nowo poznanymi ludzmi (znajomymi mojej pary) wyszlismy z pabu i zastanawialimy sie co robic. A poniewaz bylo nas 10 osob, byl halas, i podeszla do nas policja nas przegonic. Wiec grzecznie, na oczach policji, calkiem pijane calutenkie 10 osob wsiadlo bo Chevroleta Aveo (tak, tak, to autko wielkosci Punto) i odjechalo w strone wulkanu, kapac sie w goracych zrodlach (woda podgrzana przez wulkan). Wracajac, zostalismy zatrzymani przez zupelnie inny patrol policji (jak jest kontrola, zatrzymuja wszystkich, w tym nas). 10 osob w aucie, kierowca pijany (inna sprawa ze nie mieli alkomatu do dmuchania, bylo prosze chuchnac ;) ), Ruth bez kserokopii paszportu (to jedyny "dokument" jaki tutaj nosze).... Naprawde nie wygladalo to dobrze. Ale troche klamstw, wolontariusze, bla bla bla, i okazalo sie ze da sie z tego wykpic za... 10 dolarow. Duzy patrol policji. Troche klamstw i 10 dolarow. No coz. Stalem i obserwowalem. Nie zdozylismy sie jednak nadziwic, poniewaz niedlugo pozniej, tym samym samochodem, juz tylko ;P w osiem osob, zdezylismy sie z autobusem. Bylem jedyna osoba, ktora siedziala z przodu (siedzialem razem z Diana w fotelu), ktorej nic sie nie stalo. Inni mieli problemy z plecami, i nogami. Ale na cale szczescie nic powaznego. Zeby nie wezwano policji, kierowca zaplacil w autobusie 20 dolarow ;) Potem wrocilismy do domow. Oczywiscie, cale miasteczko wie, ze tam bylismy. Tutaj wszyscy wszystko wiedza bardzo szybko ;) Plotkuja, ale jakos nie ma to konsekwencji innymi poza spolecznymi.... Troche chyba mowi o kulturze prawnej...
No wiec po tym opisie wyobrazam sobie, ze ze roznica jest w miare widoczna.
Dzien pozniej, po poltora tygodnia pojechalem z Gloria, zona Julio, do Portoviejo, gdzie zwiedzalem szkole w strasznie suchym regionie, posrod suchych lasow wybrzeza Ekwadoru. Tam zyskalem sporo pewnosci siebie, bo uczylem matematyki czlowieka ktory uczyl jej dzieci - zobaczylem ze robi to zle (zle mnozyl ulamki), powiedzialem mu, i gdy go przekonalem, wypelnialismy razem cala ksiazke do matematyki, coraz trudniejsze zadania, i wszystko jakos wymyslalem i wypelnialem, a nawet jakos tlumaczylem. Nie swiadczy to dobrze o edukadorze, ktory mial pomagac uczyc dzieci i o poziomie edukacji tutaj tez nie, przynajmniej w niektorych miejscach. Zyskalem sobie sporo szacunku i bylem z siebie strasznie dumny. Zrozumialem, ze naprawde czlowiek duzo moze i nie trzeba sie martwic. Bylem tez nad oceanem !!!!! Pacyfik piekny i cieply jak zupa. Cudownie. Tylko na bety na plazy trzeba uwazac a najlepiej nie miec ich ze soba. W autobusie poznalem fajne dziewczyny. Tutaj naprawde jest inaczej, w Polsce rzadko dziewczyny podrywaja faceta w autobusie. Dzien po mnie przyjechala reszta, pojechalismy w nocy nad ocean, a dzien pozniej - dluga wycieczka (tesknie za naszymi dobrymi polskimi drogami (tak, tak)) do Paraiso (Raj) w prowincji Manabi. W lesie tropikalnym w nadbrzeznej czesci Ekwadoru, miedzy Oceanem a Andami. Mieszkalismy w siedzibie misji. Zwiedzalismy okoliczne miasteczka i wioski i obserwowalismy projekt pracy z dziecmi, zeby sie czegos nauczyc od nich. Widzialem Iguane, egzotyczne osy, jaszczurki i swierszcza wiekszego od mojej piesci (co bylo szokiem, bo jak uslyszelimy odglos podobny do europejskiego, zastanawialismy sie czym sie roznia od naszych ;)) Plywalem w jeziorze (czego nie powinnismy byli robic, ale ok, bo woda jak sie okazalo bardzo nie zdrowa), i jedlismy obiad z ksiedzem (mlodym, z Hiszpanii), w starym stylu - dopoki ojciec nie zaczal, nikt nie tykal niczego. Bylo pieknie!! i niesamowicie ciekawie. Od Siostry, ktora tam pracowala dostalismy prezenty. Dostalem krzyzyk, ktory nosze, i niejednokrotnie mnie tutaj wyratowal z klopotliwej sytuacji;) ) Tutaj naprawde ludzie sa strasznie wierzacy, i nie jest dobrze mowic ze mysli sie inaczej. Dobrze jest miec krzyzyk, ktory mozna wyciagnac spod koszuli gdy ktos Cie o to pyta. Po kilku dniach spedzonych tam, wracalismy przez Nobol, gdzie zwiedzilismy kosciol w ktorym spoczywa Swieta Narcyza od Jezusa. Potem bylismy w najbardziej niebezpiecznym miescie Ekwadoru (i najwiekszym) - Guayaquil. Duzo nie pozwiedzalismy, przenocowalismy sie i dzien pozniej wracalismy juz w Andy. Widoki po drodze cudowne, droga wije sie po zboczach gor, nad przepasciami, po szczytach (3800 metrow jak nie wyzej), cudownie i pieknie. Co do drog, to jeszcze jedna rzecz tutaj zdumiewa straszliwie. Wyobrazcie sobie cos takiego: macie piekna droge, wyjatkowo dobra, szeroka, cos jak nasza stara zakopianka, i..... przez cala szerokosc progi zwalniajace. Niektore nawet bez znakow ;) Wrocilismy w piatek, imprezowalismy ostro przez 3 dni, tance (kolejne lekcje, tym razem uczyla mnie 15 latka (tak tak, a jej mama byla obok, imprezowala z nami ostro, tutaj kobiety sa naprawde czasem troche za gorace i czesto za mlode). Dziewczynie na imie Daiana, jest przesliczna i wyglada na o wiele wiecej niz 15 lat - jailbait ;) I tanczy po prostu przerewelacyjnie. Koncert reggae i imprezy z ekipa ktora grala (hehe). Tutaj naprawde wszyscy umieja tanczyc. A teraz zaczynamy projekt - nauka w szkolach. I odpoczywamy po tym wszystkim. Diana troche choruje, wszyscy sa troche smutni i przygnebieni.
Tutaj caly czas trzeba byc strasznie pewnym siebie, i niczego sie nie bac i nie wstydzic. Jak dotychczas dalem okolo 10 publicznych wypowiedzi po hiszpansku, wzialem udzial w wielu oficjalnych spotkaniach i dyskusjach na temat rzeczy najrozniejszych. I taniec - trzeba sie uczyc, bo to fajne i tutaj wazne, a poczatki sa ciezkie. W Polsce czlowiek zwykle sie szczegolnie nie wyroznia, zawsze jest duzo pajacow ktorzy tanczyc nie umieja i sobie skacza, dziewczyn tez. Tutaj - nie. Tu wszyscy tanczac sa strasznie powazni, taniec jest jakby czyms innym niz dla nas, jest bardziej intymny, i mimo calej powagi jest swietna zabawa. Ciekawe czy mi sie uda co nieco nauczyc. I muzyka..... caly czas Reggeaton. Szczerze powiedziawszy, zakochalem sie. Dyskoteka tutaj to naprawde niesamowite przezycie, i muzyka jest wspaniala. Cejrowski cos pisal o tupecie jak taran, teraz troche lepiej to rozumiem. Inna sprawa, ze hiszpanski mi sie strasznie poprawil. Nauczylem sie wiecej niz sie spodziewalem, duzo rozumiem i duzo potrafie powiedziec.
Warunki w Ekwadorze sa bardzo rozne. Sa potezne nierownosci, skrajna prawie bieda i ogromne bogactwo. Rozne rzeczy szokuja. Psy biegajace po ulicach i buszujace w smieciach, podobnie inne zwierzeta - np. swinie (widzialem na wybrzezu). W autobusach jest zawsze muzyka, jest ogolnie glosniej i weselej. Jest wlasciwie strasznie glosno. Szokuje rowniez kultura jazdy - tutaj nikt nie umie jezdzic, jest, ze tak powiem, wolna amerykanka. Kazdy robi prawie co chce, trzeba miec oczy ze wszystkich stron. Kto ma wiekszy samochod, ten jest bardziej pewny siebie, i ma wieksze prawo. Bo jest grozniejszy. Wiecej moze. Pieszy ma totalnie przesrane, rowezysta tez. I wszyscy trabia. Z roznych powodow. Zeby dac znac ze jade, zeby pieszy uciekl, zeby nikt ich nie uderzyl (na skrzyzowaniach), trabia takze kiedy dziekuja lub widza kogos znajomego, kiedy ktos przed nimi jedzie powoli albo stoi o ulamek sekundy za dlugo. Wiec trabia caly czas, i prawie nikt sie tym nie przejmuje ;) Ulice sa niebezpieczne. Miasta, te wieksze, sa jak w USA podzielone na kwadraty, niezle zorganizowane, ale w tym wszystkim jest niesamowity latynoski chaos. I nic nie wiadomo, a jedna czesc miasta prawie nie rozni sie od drugiej, ulice strasznie dla mnie podobne. Dlatego najlepiej poruszac sie kombinacja autobus - taksowka. Taksowka po miescie, a z miasta do miasta autobus;) Srodki transportu sa strasznie tanie tutaj. Autobus 20 centow, taki jeden dolar po miescie, z Guano do Riobamba 3 dolary. I jezdzi ich strasznie duzo. Benzyna jest tania jak woda (dolar 20 centow za galon (!!!), a woda dolar za galon), jednak samochody sa drogie. Tanie sa motocykle. Bardzo powaznie myslimy (wlasciwie juz postanowilismy to zrobic), zeby kupic 2 motocykle do poruszania sie po okolicy. Latwo tez zrobic prawo jazdy na motor, i rozwazamy nad ich zrobieniem.
Mieszkanie mamy znacznie lepsze od naszych poprzednikow, caly czas nad nim pracujemy - jeszcze nasze mieszkanko nie jest gotowe. Jeszcze pare drobiazgow zostalo. Pracujemy tez nad naszym biurem (tak, mamy biuro ;)), ja tez nad komputerami w szkolach.
No wlasnie. Komputery. Edukacja w Ekwadorze naprawde szwankuje z gory na dol. Cos jest bardzo nie tak..... Dzieci na ang co rok ucza sie tego samego i nic nie umieja, na informatyce podobnie. W rejonach wiejskich dzieci w wieku 9, 10, 11 lat nie umieja pisac na komputerze, czesto ledwie potrafia przeliterowac swoje imiona i nazwiska. Szkoly w tych rejonach maja komputery (ok, czasem jeden na 16 dzieci czyli cala szkole, czasem jeden z 4 monitorami i uzytkownikami:) ), ale nie maja nauczycieli, poniewaz jest dla wyksztalconych ludzi za daleko. A tam sa dzieci, ktore chca sie uczyc. System edukacji jest, za przeproszeniem, lekko spierdolony. Chociaz zwykle podchodze sceptycznie do takich rzeczy jak pomoc ludzi z zagranicy (nie wspominam nawet o kretynskim rozdawaniu pieniedzy), uwazam, ze praca wolontariacka tutaj jest bardzo wazna. Dopoki cos sie nie zmieni na szczycie. Bo po prostu, szkoda tych dzieci. A kraj sie uczy demokracji dopiero. Wszedzie polityka, napisy nawolujace do glowania tak lub nie, na to lub na to, na murach, koszulkach.... Dzieci pracuja od najwczesniejszego wieku, uczniowie pracuja po lekcjach.... Nie jest tutaj latwo i czesto jest to przygnebiajace. Spolecznosci sa w dalszym ciagu straszliwie zamkniete, nie mysla o zmianach i rozwoju - mowie tutaj o sposobach myslenia... Np. szef organizacji ktora nas przyjmuje nie rozumie internetu i uwaza ze Centro Agricola go nie potrzebuje.... Julio kombinuje jak to zrobic, zeby jednak ten internet byl. Bardzo rozpowszechnione jest tutaj zjawisko machismo. Kobiety maja tutaj zdecydowanie gorzej niz w Europie, sa bardzo podporzadkowane mezczyznom. Mlode juz nie zawsze i nie az tak bardzo, ale ogolnie - w dalszym ciagu zjawisko jest bardzo silne. Sluby i dzieci sa zwykle strasznie wczesnie. Czasem przerazajaco wczesnie. Szwankuje edukacja seksualna. Diana majac 22 lata jest juz troche jak stara panna, przynajmniej w niektorych regionach. Co do kobiet, to oprocz tego ze sa gorace, wiele jest naprawde pieknych. Naprawde, mozna sobie glowe ukrecic bardzo latwo. Jest jednak z nimi tutaj pewien niewielki problem - wszystkie ladne maja albo mniej niz 19 lat, albo sa kurna zamezne. Faceci tez sa strasznie przystojni, i jak pisalem wczesniej, wszyscy szokujaco skuteczni. To naprawde, jest swiat bardzo rozny od naszego. W Ekwadorze mozna obserwowac wiele bardzo ciekawych (i przygnebiajacych) problemow spolecznych. Powaznym problemem jest rasizm, sa miejsca do ktorego moga wejsc tylko biali, jest tez napiecie pomiedzy pierwotnymi mieszkancami a bardziej cywilizowanymi mieszkancami miast. Ludzie mowia, ze indigenes nie chca sie zmieniac - maja pieniadze na ubrania, ale nie chca ich kupowac, nie chca zyc jak "ludzie". O tym jak sie traktuje gringos, bialych, w regionach zdominowanych przez metysow (zdecydowana wiekszosc) i indian, pisalem juz wczesniej. Caly czas trzeba miec oczy dookola glowy.
Ludzie tez sa rozni, niektorzy robia ogromne wrazenie swoimi osiagnieciami. W tym nowym dla mnie kraju, przegladam sie troche jak w lustrze, i widze pewna wygode, latwosc i nude dotychczasowego zycia. Moje osiagniecia wydaja sie malutkie, maciupenkie, i na pewno tutaj malo istotne. Naprawde musze sie tutaj bardzo duzo nauczyc, czuje sie troche jak dziecko. Ze wszystkim sobie jakos radze, ale caly czas musze byc skoncentrowanym i ostroznym. Na razie sie ucze, o tym jak tu jest, co tylko dam rade, hiszpanskiego i tanczyc. Nie wyciagam zadnych narazie wiekszych wnioskow, bo ciezko mi to sobie wszystko uporzadkowac. Wiec sie ucze i nie jest latwo. Ciezko mi zrozumiec, jak ludzie tak religijni potrafia jednoczesnie wiare pogodzic z tym, co sie tu dzieje na imprezach (i nie tylko), jest to wrecz szokujace. Rozmawialem z kolega, ktory mi opowiadal, jak on to wierzy, ze Bog mu pomaga i dlatego on pomaga innym. Tej samej nocy zdradzil swoja sliczna zone (ktora nawiasem mowiac tez poznalem). Mocno wierza, ale zawsze w autobusie probuja skroic na 5 centow. Podwojna moralnosc ?? Dla nas, moze, a dla nich ?? O higienie tutaj (poza ta podstawowa) mozna zapomniec. Fascynuja mnie tutejsze kuchnie i lazienki. Prawie wszystko takie same - tak straszliwie brudne, ze Sanepid by sie przewrocil na ich widok. To jest po prostu niewyobrazalne na poczatku. Juz sie przyzwyczailem, i jem normalnie jak wszyscy tutaj, w comedorach na ulicy itd. I zwykle bardzo mi smakuje ;) Ludzie tez tutaj inaczej podobnie do tego podchodza (chyba podobnie jak w hiszpanii czy we Wloszech - podrapanie sie po nosie, w srodku, przy ludziach nie jest uznawane za cos niezwyklego czy zlego. Wszyscy sa bardziej.... cielesni, bardziej swiadomi swojego ciala i bardziej z nim oswojeni niz w Polsce. Czy Irlandii.
Tutaj ludzie sa... duzo blizej, ciagle sie przytulaja itd, wszystko jest blizsze. Chociaz jest tez homofobia, ktora w polaczeniu z machizmem sprawia ze mezczyzni maja wobec siebie pewien dystans. Ale mlodzi niekoniecznie, i ogolnie kontakty sa duzo cieplejsze niz w Polsce. Ktos moze powiedziec jasne, to kazdy wie - ale nawet wiedzac to, wyladowac z Polski (albo Irlandii) w srodku Ekwadoru i odczuc to na wlasnej skorze jest czyms zupelnie innym i chociaz sie czegos takiego spodziewalem, na pewno jest to pewnym szokiem kulturowym. Kolejna kwestia jest to, ze wszystko tutaj podaje sie z reki. I w Hiszpanii podobno tez - papierosy, gumy do zucia, cukierki, krakersy, wszystko. I nie zauwazylem, aby ktokolwiek sie przejmowal, czy rece sa czyste czy nie. Czasem z zupelnie obcymi osobami je sie cos ta sama lyzeczka, pali tego samego papierosa, lize tego samego loda, o piciu z tej samej butelki nie wspominam (w Polsce to tez jest raczej normalne ;) ). Wszystko. Juz sie przyzwyczailem, ale czasem dalej mnie to zdumiewa.
Oprocz opisywanych comedorow, sa takze kramy z jedzeniem na powietrzu. Np pokawalkowane swinie albo kurczaki. Wygladaja troche strasznie, i ja tam (narazie ?) nie jadam ;) Muchy wszedzie itd. Co do jedzenia, inna kwestia ktora mnie zszokowala - rybe tutaj podaje sie na talerzu z glowa i pletwami. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak pierwszy raz jak zobaczylem wsrod ryzu i warzyw rybe razem z glowa i pletwami naprawde sie zdziwilem. Wlasnie, ryz. W Ekwadorze znajduja sie plantacje ryzu, i ryz je sie tutaj caly czas. Caly czas ryz, ryz, ryz.
Tutaj wszystko jest jakby.... bardziej. Ludzie sa bardziej religijni, bardziej sklonni do zabawy, lepiej tancza, ciagle uprawiaja jakis sport, ogolnie sa sprawniejsi fizycznie... Jakby zyli bardziej intensywnie.
Sport... Tutaj mnostwo osob zongluje, czy bawi sie pojkami albo czyms podobnym (albo ja takich spotykam). Normalne tez jest, ze ludzie rozkladaja w miescie siatke nad ulica (taka mniej uczeszczana) i graja na pieniadze tutejsza wersje siatkowki (zasady podobne do starych zasad siatkowki). W wieku najrozniejszym. Pada czy nie pada, graja. Pieniadze po to, by bardziej mobilizowac.
Jak pisalem, samochodow jest mniej niz u nas, i czesto obserwuje sie (lub bierze udzial ;)) liczbe osob przekraczajaca o wiele dopuszczalna, podobnie na motocyklu - widzialem 5 osob na jednym, sam bylem jedna z 4. Jedna z 3 juz kilka razy. Widok autobusow czasem napawa przerazeniem. Nie dosc, ze to ledwo jezdzi, to jeszcze czasem jest doladowane tak, ze ludzie wystaja przez otwarte drzwi (w wiekszosci sa zawsze otwarte), i jeden trzyma sie z obu stron drzwi, trzymajac jednoczesnie kilku innych pasazerow. Z drugiej strony jego miejsce ma tez plusy - ma czym oddychac ;) Ale co fajne, tutaj autobus wlasciwie zawsze czeka na kazdego, pomaga sie ludziom wsiasc do autobusu, aby nikt go nie przegapil caly czas ktos wrzeszczy np. "Riobamba! Riobamba! Riobamba!", miejsce przeznaczenia. I ogolnie autobusy jeszcze bardzo czesto, co chwila. I ciagle gra muzyka.
Inna kwestia, tutaj ciagle jest glosno. Np w kafejce kazdy komputer ma glosniki, i jeszcze jest telewizor z muzyka, tak glosno ze nawet na sluchawkach ciezko cos uslyszec ;)
Kolejne imprezy i tance.... Czasem imprezujemy zdecydowanie do przesady. Kazdy weekend jest szalony.
Polecam filmy "Qué tan lejos" (swietny ekwadorski film, oddaje pejzarze, nie oddaje liczby ludzi i samochodow, ale nie o to w nim chodzi), i "Narcisa de Jesus" (dla mnie raczej beznadziejny, ale tutaj to jest jak Pasja - film bardzo wazny dla osob wierzacych, a wiec dla znakomitej wiekszosci, i czasem niebezpiecznie mowic, ze Ci sie nie podobal;) Cos mowi o ludziach).
Nasze powszednie problemy to glownie David, ale sa tez inne - mamy mnostwo problemow z koordynatorami, np. dotychczas nie mialem obiecanych lekcji hiszpanskiego, bo sa za drogie o.O A funduje je UE... Kiedy potrzebujemy ich interwencji, czesto musimy czekac o wiele za dlugo. Czasem niebezpiecznie dlugo - kiedy z Diana bylismy w Riobamba, Ruth czekala na nich 3 godziny z pijanym i agresywnym Davidem w domu, po uslyszeniu "zaraz bede". I dalej nie mamy internetu. Ogolnie rzecz biorac, rozpetalismy tutaj male pieklo, kontaktujac sie z hiszpanska organizacja Cerujovi w roznych sprawach, i nasi koordynadorzy sa na nas wsciekli. Na szczescie nie maja wiele do gadania.
Dostajemy nawet niezle pieniadze, duzo ponad 281 dolarow miesiecznie, co, jak nie wyladujesz w szpitalu (30 dolarow poszlo sie pasc) i nie jezdzisz za kazdym razem taksowka z miasta do miasta wystarcza spokojnie na zycie i ostre imprezowanie. W tym miesiacu mi braklo wlasnie okolo 30 dolarow, a nie oszczedzam szczegolnie. I chyba bedziemy dostawac wiecej, musimy renegocjowac warunki, bo zdaje sie koordynadorzy przywlaszczaja sobie sporo z naszych pieniedzy.
Obecnie ucze w szkolach informatyki i angielskiego, dalem tez korepetycje Maríi i Jesusowi z angielskiego (glownie dziewczynce). Sa to dzieci naszego koordynadora, Julio, i naszej tutory, Glorii. Strasznie przytulaste (tutaj to normalne) i przeurocze dzieciaki ktore spedzaja u nas w domu duzo czasu, wprowadzajac straszliwy chaos. Ruth jest nimi zmeczona, irytuje ja ze Gloria zostawia je u nas, bo nie jest naszym obowiazkiem ich nianczenie. Mnie bardzo nie przeszkadzaja, fajne dzieciaki. Co do szkol, dzieci tez sa przeurocze. Ostatnio nie chcialy mnie wypuscic ze szkoly;) Na dzien dzisiejszy (:P) pracuje 3 dni w tygodniu, 2 dni informatyka i 1 dzien angielski. Czekam na dalszy rozklad zajec na pozostale 2 dni. Na razie ucze dzieci pisac na komputerze, bo sa kompletnie nie oswojone i jeszcze nic nie umieja, nawet utworzyc nowego folderu. Jak pisalem wczesniej, edukacja w szkolach wiejskich straszliwie szwankuje, dzieci majace 9, 10 i 11 lat nie zawsze potrafia sie dobrze podpisac, a kiedy maja trudnosci z nauka (mam takiego co najmniej jednego), to naprawde jest ciezko.... Nowo pobudowane w Ekwadorze szkoly to male baraki, ktore nie zawsze maja szyby, bo po co szyby np. w regionach tak suchych jak Jipijapa. Czasem nowa szkola stoi obok starej, ktora o wiele lepiej byloby wyremontowac, a za pieniadze kupic komputery albo wynajac nauczycieli... Tymczasem stara sobie stoi i niszczeje. Dodatkowa trudnosc stanowia, braki w jezyku, nie bardzo wiem jak sie zwraca do dzieci, czasem ciezko je zrozumiec jak mowia.... Ucze sie czegos nowego codziennie, wymawiac slowa jak tutaj albo w Hiszpanii (dzwieki ktorych nie ma w jezyku polskim, inaczej niz sie uczylem w Polsce, inaczej niz mowi wiekszosc znajomych ktorzy sie tam uczyli w innych szkolach) i walcze o lekcje hiszpanskiego, bo z nimi byloby latwiej. Niemniej, jak pisalem, strasznie duzo sie juz nauczylem, i caly czas tutaj wszystko jest po hiszpansku. Tak jak pisalem wyzej, po angielsku nie mowi wlasciwie nikt, a uczyc wymowy angielskiej, sposobu myslenia po angielsku dzieci, ktore operuja w jezyku hiszpanskim jest naprawde trudno. A zwlaszcza, jak ledwie umieja pisac... Albo nie umieja.
W tej chwili, po ogladaniu meczu siatkowki na ulicy, na deszczu i chlodzie (no dobra, stalem pod dachem, ale bylo chlodno), a nastepnie przejazdzce na motorze przez cale miasto podczas ulewy, jestem troche chory, ale w ciagu kilku dni planuje dojsc do siebie ;)
Zaczynamy tez prace nad wieloma projektami spoza naszego glownego pola dzialania - zakladamy Banco Tiempo, Centrum Kulturalne, promujemy recykling smieci, zakladamy bancos comunitarios i organizujemy wspolprace miedzy nimi, wreszcie, projekt antykorupcyjny, jak sie uda ruszy w przyszlym roku, luty-marzec albo chwile pozniej, zaleznie jak sie wszystko potoczy. Musze go dokladnie opracowac jeszcze, dopracowac forme (prawdopodobnie bedzie to rowniez kampania zwiekszajaca swiadomosc spoleczna, wzorowana na polskich), wszystkie szczegoly. Potrzebuje jeszcze troche lepiej poznac tutejsza rzeczywistosc (pewne wyobrazenie po przezyciach z policja, wypadkiem, sluzba zdrowia i osobami we wladzach lokalnych i uniwersyteckich juz mam, chociaz bylem tylko obserwatorem, ponadto wszyscy tutaj caly czas mowia o korupcji i jej problemie), nauczyc sie lepiej hiszpanskiego i kupic motocykl (srodek transportu). To naprawde jest inny swiat. Strasznie wciagajacy i troche przerazajacy. Mam nadzieje go poznac jeszcze troche lepiej, bo na razie dopiero zaczynam...
Aby podsumowac powyzsze - mam tutaj rozpiety o jeden guzik wiecej, i nosze krzyzyk na szyi ;)