Poczatek Grudnia 2008
Od czego by tu zaczac......
Jestem w Ekwadorze juz okolo 3 tygodni, wlasciwie 3 tygodnie temu wyjechalem z Krakowa. Moge jedynie napisac, ze w tym czasie naprawde duzo sie zmienilo. To co mi sie tutaj przydarzylo przypomina troche wrzucenie kamienia w ocean - wysiadlem z samolotu w Caracas i plum !! Jestem w zupelnie innym swiecie, i otacza mnie ocean nowosci. Do Caracas leciala ze mna poznana w Warszawie kolezanka, od Caracas - hm, poznana w Caracas kolezanka z Quito ;)
Kurde, wlasnie kolo mnie siedza dzieci, Jesus i Maria, przysluchuja sie co robie, o wszystko pytaja i wszystkiego dotykaja :) Sa slodkie jak cholera.
Pierwsza niespodzianka przydarzyla mi sie w po drodze - no wiec nigdzie nie pisalo, ze mamy przystanek w Kolumbii, w Bogocie - a mielismy. No coz, najwyrazniej nie wszystko trzeba mowic pasazerom kupujacym bilet w Aviance ;). No ale dobrze, w koncu dotarlem do Quito, z lotniska odebraly mnie Cecilia (z Quito) i Barbara (studiujaca tu austriaczka), nocowalem u nich, a dzien pozniej Barbara wsadzila mnie w autobus i poslala do Riobamba, gdzie odebral mnie juz nasz tutejszy szef, Julio Cali. Z nim juz zabralem sie do Guano i przez tydzien poznawalem tutejsza rzeczywistosc. MIeszkam z 2 hiszpankami i francuzem. Hiszpanki super dziewczyny, Ruth, 29 lat, starsza z kolezanek, jest realistka i bardzo ciekawa osoba, i uklada nam sie nadspodziewanie dobrze. Nadspodziewanie, dlatego ze jest osoba ktora ma problemy ze wszystkim i wszystko jej przeszkadza, a w sytuacjach nerwowych prowadzi do konfrontacji, zeby czuc sie lepiej, poukladac swiat dookola siebie. Miala bardzo ciezka przeszlosc, na tyle ze nie bede pisal nic wiecej. Strasznie skomplikowana. Interesuje sie Reiki, medytuje, wierzy w energie itd. Jest pedagogiem, swoja droga znakomitym - nigdy w zyciu nie widzialem, aby ktos potrafil tak pracowac z dziecmi, czy doroslymi, tak zdynamizowac zamkniete srodowiska. Naprawde, bardzo imponujace. Dodatkowo jest zawodowym muzykiem, spiewa rewelacyjnie i dobrze gra na gitarze. Ogolnie, ciekawa i strasznie fajna osoba, bez ktorej byloby nam tu o wiele trudniej, poniewaz walczy o nasze prawa wolontariuszy bardzo zaciekle i chwala jej za to. Jest jej tutaj bardzo ciezko, frustruje ja tutejsza rzeczywistosc, szczegolnie sytuacja kobiet (i dzieci tez), traktuje to bardzo osobiscie. Bardzo przerwrazliwiona na punkcie chorob itd, szczegolnie malarii. Inna sprawa, ze komary ja kochaja, jest dla nich jak wielka czerwona latarnia ;) Jak jest obok, ja sie kompletnie nie musze komarami przejmowac. Ona spi pod moskitiera, z moim repelentem, i ciagle ma nowe ugryzienia, a mnie jak dotad ugryzl tutaj jeden lub 2 komary, a nie robie kompletnie nic szczegolnego zeby temu zapobiec tutaj w Guano (bo nie ma malarii tutaj).
Diana jest z kolei jedna z naladniejszych kobiet jakie widzialem w zyciu, zdjecia niestety tego nie oddaja. Latynoska, urodzona w Ekwadorze, wychowana w Hiszpanii, cialem i temperamentem Ekwadorka, czuje sie bardziej hiszpanka i mysli jak hiszpanka. Ma tutaj rodzine i spedza z nia duzo czasu (ma tez z nia mnostwo problemow, nie jest jej latwo), ma tez od niedawna chlopaka, Diego (dodajmy, ze w Hiszpanii tez, od 4 lat;)), bardzo fajnego faceta, ktorego za wiele rzeczy podziwiam. Uroda jest dla niej bardzo wazna, bardzo o siebie dba, jest bardziej niz troche narcystyczna. Mloda i zwariowana, tanczy przerewelacyjnie (ale tutaj niemal wszyscy podobnie), potrafi robic rzeczy, ktore w Polsce bylyby uznawane za co najmniej dziwne, takie jak obcinanie paznokci u stop w domu znajomych, w towarzystwie i odkladanie ich na stol ;) Ale oprocz mnie i Ruth nikt nie okazal zdziwienia, a i my bardzo dyskretnie miedzy soba;) Albo po sprzataniu lazienki, w gumowych rekawicach, siedziala przy stole, zamyslila sie i zaczela sie do nich przytulac ;) Dopiero Ruth przywrocila ja do rzeczywistosci;) I mnostwo tego typu, bylo nie bylo, przekomicznych rzeczy;) Niezle wyksztalcona, interesuje sie filozofia, lubi mange i anime, duzo gra w gry video. Niesamowicie interesujaca osoba i bardzo latwo da sie lubic, nawet troche zbyt latwo przy jej urodzie. Z nielicznymi problemami, zyje nam sie bardzo dobrze. Gorzej z Francuzem - 29 letni alkoholik, ktory nie zna hiszpanskiego, a angielski ktorego ma uczyc bardzo slabo. Sporo z nim mamy problemow, bardzo ciezko z nim zyc. Nie jest zlym czlowiekiem, ale ma powazny problem, a my razem z nim. Jeszcze wczoraj mial sie wyprowadzic do innego mieszkania, co bardzo mu sie nie podobalo i szczerze powiedziawszy mi go zal, obecnie sytuacja jest zbyt trudna i skomplikowana, aby moglo pozostac tak jak dawniej. Ma spotkania dla anonimowych alkoholikow, ktore sa po hiszpansku i biedak prawie nic nie rozumie. Jest mu ciezko, i przez to pije jeszcze wiecej....Dziewczyny sie go boja jak jest pijany, ja nie bardzo, ale ciagle napiecie, koncentracja i nerwy sa bardzo meczace. Ale dzisiaj okazalo sie, ze po przystaniu na ultimatum kompletnej trzezwosci, zupelnie pijany wpadl na nasza tutore i dyrektorke szkoly , w ktorej ma uczyc. Nie poznal ich, i jeszcze kompletnie pijany podczas fiesty zostal pokazany w lokalnej telewizji ;) Dyrektorka powiedziala, ze go nie chce. Podobno wraca do domu w najblizszych dniach.
Cos o Guano i Riobamba. Sa to miasta (no dobra, Guano to miasteczko, Pueblo), polozone wsrod gor (Guano w dolinie, 2500 mnpm, Riobamba okolo 2700 mnpm). Szczyty dookola to wulkany - Chimborazo 6- tysiecznik, najwyzsza gora w Ekwadorze (przymierzam sie do jej zdobycia), Tungurahua (wulkan, ktory widze z okna), Altar (wulkan z laguna w kraterze, jesli dobrze zrozumialem ;) ) i jeszcze inne. Widoki sa piekne. Co do wysokosci, nie mam wiekszych problemow. No chyba ze nalozy sie kilka czynnikow, takich jak wysokosc, gorac i zaduch, a obok pojawi sie naprzyklad Diana w krotkiej spodniczce ;) Wtedy czasem ciezko oddychac ;)
Mieszkanie mamy w miejscu bardzo dogodnym - kolo parku, w centrum miasteczka. Fajny widok z okna, na wulkan Tungurahua (niedawno wybuchl, w 2006 chyba, mam plakat w pokoju z lawa i dymem), na park, i na fiesty ktore tu maja miejsce. No wlasnie. Fiesty. To jest druga strona medalu, bo jak sa fiesty nie da sie spac i jest strasznie glosno ;) Ostatnio postawili mi scene pod oknem i zabawa trwala do 4 rano ;) A dzisiaj naprzyklad przygotowania do czegos (fiesty ??) rozpoczely sie o 7 rano muzyka o natezeniu podobnym jak na koncercie. Bo tutaj przeciez wszyscy wstaja o 6 lub przed.... Co akurat jest prawda, jakbym nie byl na nogach pewnie chcialbym rozerwac kogos na kawalki.
Na poczatku nie bylo az tak duzo pracy, odwiedzalismy tutejsze spolecznosci wiejskie, pomagalismy mierzyc i wazyc dzieci (brudne i radosne), w wolnych chwilach uczylem sie hiszpanskiego. Z dziewczynami dobrze sie zgralismy, bardzo mi pomagaly, bez nich ciezko tu sobie byloby poradzic. Moja jakby nie bylo dobra znajomosc angielskiego jest tu kompletnie nieprzydatna, bo jak dotad spotkalem jedna osobe stad ktora dobrze zna angielski (dziewucha mieszkala 5 lat w USA) i kilka osob z Kanady :) I gdyby jeszcze wszystko bylo jak w Europie, to nie byloby tak zle, ale nie - skomplikowana biurokracja i kazdy na kazdym kroku probuje Cie oszukac. Trzeba liczyc kazdy cent, zawsze - bo w autobusie za kazdym razem probuja mnie oszukac na 5 centow (wiec za kazdym razme sie wyklucam), w sklepie ciagle zle wydaja reszte.... W rejonie w ktorym jestem wygladam obco, bo jestem bialy (nie zolty lub ciemny), i mam.... jasne wlosy (tak tak). Oczy mam w miare normalne, jedne z najciemniejszych i sie nie wyrozniaja szczegolnie. Takze tutaj na kazdym kroku musze uwazac. I kazdy z kazdym sie wykluca, jak cos sie stanie - to nie moja wina bla bla bla. To ciagle oszukiwanie jest naprawde wkurzajace, tylko dlatego ze mam jasna twarz kazdy probuje policzyc mi wiecej itd. Ogolnie moglbym sie wmieszac wsrod mieszkancow Ekwadoru spokojnie, jednak z oczywistych powodow na razie nie moge, i w Guano bardzo trudno.
W ciagu pierwszego poltora tygodnia sporo sie wydarzylo ;)
Zdazylem wyladowac w szpitalu z tropikalna choroba zoladka - coz, jedzenie i bakterie rozni sie od tego co mamy w Polsce. Dziewczynom i francuzowi nic nie bylo. Ale tez prawda, ze przygotowania do wyjazdu i 4 tabletki na malarie mi nie pomogly takze.
Wlasnie, a propos przygotowan. To co sie nam wydaje w Europie, jest odlegle od tego co tutaj zastalem. Malaria jest dobrym przykladem. Wszyscy bylismy strasznie przewrazliwieni (Ruth do tej pory jest), podazalismy za zaleceniami lekarza itd itp. Wiec grzecznie zazylem 4 tabletki, a tutejsza lekarka na mnie patrzyla z slabo ukrywanym rozbawieniem tlumaczac, ze oni tu tak nie robia. I ze tabletki sie zazywa jak ktos zachoruje. No wiec tak robimy, broniac sie przed pogryzieniem. Mamy bardzo skuteczny repelent. Nikt oprocz Ruth nie uzywa nic wiecej, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Jakby komary mocno pogryzly i czlowiek zle sie czul, to mamy tabletki. Inna sprawa, ze jak cos sie dzieje od razu walimy do szpitala, bo tu wszystko moze byc smiertelnie niebezpieczne, a komara sie zabija nie tylko dlatego, ze denerwuje, ale dlatego ze moze zabic Ciebie. Pogoda tutaj jest... rozna :) Ogolnie w ciagu dnia cieplo, czasem bardzo, chyba ze jest pochmurno i leje, a w nocy jest przewaznie chlodno. Ciekawe polaczenie rownika i wysokosci. Riobamba ma w Ekwadorze przezwisko Friobamba (Zimno- Bamba). Ogolnie czasem dziekuje losowi, ze jestem Polakiem :) Jestem ogolnie rzecz biorac duzo odporniejszy na zimno niz ludzie tutaj. Zreszta, ludzie tutaj ogolnie zachowuje sie jak strasznie delikatni czasami - wieksza niz w Europie swiadomosc wlasnego ciala, cielesnosc, sprawia ze bardziej sie rozwodza nad kazda najmniejsza pierdola ktora im sie przydarzy, zadrapania ktorych ja zupelnie nie zauwazam itd. I jakos malo rzeczy mi przeszkadza, i jedzenie i wszystko jakos dobrze toleruje (poza jednym przypadkiem ktory opisalem wyzej, i trzeba zaznaczyc ze dziewczyny tez dosc dlugo chorowaly jakis czas pozniej).
Fiesty roznia sie od naszych imprez troche. Rozni sie podejscie - nie liczy sie dni wedlug dni tygodnia, ale wedlug rzeczy ktore zamierzamy zrobic ;) Zawsze ciekawie i bez rutyny. Przed imprezami, ludzie powtarzaja sobie, ze sa dziewicami i prawiczkami i ze ida sie bawic ;) Tutaj imprezujac czuje sie jak nastolatek. Musze sie przyznac, ze tutaj, w tym podejsciu do zabawy, do wszystkiego, czuje sie jakbym znowu mial 17 lat. Wszystkiego musze sie uczyc od nowa, mowic (jezyk), bawic (taniec i tutejsze obyczaje, rozne), odnajdywac w roznych sytuacjach, zupelnie dla mnie nowych....Opis jednej imprezy (bez szczegolow) pomoze uswiadomic jak bardzo rozni sie Ekwador od Polski. Diana ma kuzyna, Pablo, ten ma kumpla - Diego, (obecnie chlopaka Diany). Strasznie fajni faceci, poszlismy z nimi cos zjesc - jedlismy zupe z Flakow i krwi, i... byla bardzo dobra. Jak sobie czlowiek poradzil z obrzydzeniem. Potem pojechalismy na impreze, gdzie po raz pierwszy sie przekonalem (teraz, po 3 tygodniach to podtrzymuje), ze tutaj wszyscy, z naprawde nielicznymi wyjatkami, potrafia tanczyc tak, jak u nas naprawde malo kto. Dopiero tutaj zrozumialem jak ogromna moze byc ta roznica. Hiszpanki (ktore tancza swietnie) tez sa w szoku. Ja nie umiem tanczyc, wiec trzeba mnie uczyc - wiec wszyscy mnie ucza ;) Pierwsze upokarzajace lekcje mam za soba. Pablo zagadal do jakiejs dziewczyny, pierwszej lepszej i juz mialem nauczycielke i pare na cala noc. Tak, tu naprawde jest inaczej, a dziewczyny sa strasznie, strasznie gorace... Za kazdym razem jak z jakas tancze dluzej, nawet jak nie umiem, pozniej z nia wychodze z dyskoteki. I tutaj inaczej sie pije - o wiele szybciej. Szklanke piwa zawsze na raz. I tanczy sie calutenki czas, bez odpoczynku.No wiec skoro nagle wszyscy sie sparowali na tej imprezie (nawet nie wiem jak to sie wszystko stalo, latynosi sa wrecz niesamowicie sprawni w podrywie), a ta sie skonczyla, z nowo poznanymi ludzmi (znajomymi mojej pary) wyszlismy z pabu i zastanawialimy sie co robic. A poniewaz bylo nas 10 osob, byl halas, i podeszla do nas policja nas przegonic. Wiec grzecznie, na oczach policji, calkiem pijane calutenkie 10 osob wsiadlo bo Chevroleta Aveo (tak, tak, to autko wielkosci Punto) i odjechalo w strone wulkanu, kapac sie w goracych zrodlach (woda podgrzana przez wulkan). Wracajac, zostalismy zatrzymani przez zupelnie inny patrol policji (jak jest kontrola, zatrzymuja wszystkich, w tym nas). 10 osob w aucie, kierowca pijany (inna sprawa ze nie mieli alkomatu do dmuchania, bylo prosze chuchnac ;) ), Ruth bez kserokopii paszportu (to jedyny "dokument" jaki tutaj nosze).... Naprawde nie wygladalo to dobrze. Ale troche klamstw, wolontariusze, bla bla bla, i okazalo sie ze da sie z tego wykpic za... 10 dolarow. Duzy patrol policji. Troche klamstw i 10 dolarow. No coz. Stalem i obserwowalem. Nie zdozylismy sie jednak nadziwic, poniewaz niedlugo pozniej, tym samym samochodem, juz tylko ;P w osiem osob, zdezylismy sie z autobusem. Bylem jedyna osoba, ktora siedziala z przodu (siedzialem razem z Diana w fotelu), ktorej nic sie nie stalo. Inni mieli problemy z plecami, i nogami. Ale na cale szczescie nic powaznego. Zeby nie wezwano policji, kierowca zaplacil w autobusie 20 dolarow ;) Potem wrocilismy do domow. Oczywiscie, cale miasteczko wie, ze tam bylismy. Tutaj wszyscy wszystko wiedza bardzo szybko ;) Plotkuja, ale jakos nie ma to konsekwencji innymi poza spolecznymi.... Troche chyba mowi o kulturze prawnej...
No wiec po tym opisie wyobrazam sobie, ze ze roznica jest w miare widoczna.
Dzien pozniej, po poltora tygodnia pojechalem z Gloria, zona Julio, do Portoviejo, gdzie zwiedzalem szkole w strasznie suchym regionie, posrod suchych lasow wybrzeza Ekwadoru. Tam zyskalem sporo pewnosci siebie, bo uczylem matematyki czlowieka ktory uczyl jej dzieci - zobaczylem ze robi to zle (zle mnozyl ulamki), powiedzialem mu, i gdy go przekonalem, wypelnialismy razem cala ksiazke do matematyki, coraz trudniejsze zadania, i wszystko jakos wymyslalem i wypelnialem, a nawet jakos tlumaczylem. Nie swiadczy to dobrze o edukadorze, ktory mial pomagac uczyc dzieci i o poziomie edukacji tutaj tez nie, przynajmniej w niektorych miejscach. Zyskalem sobie sporo szacunku i bylem z siebie strasznie dumny. Zrozumialem, ze naprawde czlowiek duzo moze i nie trzeba sie martwic. Bylem tez nad oceanem !!!!! Pacyfik piekny i cieply jak zupa. Cudownie. Tylko na bety na plazy trzeba uwazac a najlepiej nie miec ich ze soba. W autobusie poznalem fajne dziewczyny. Tutaj naprawde jest inaczej, w Polsce rzadko dziewczyny podrywaja faceta w autobusie. Dzien po mnie przyjechala reszta, pojechalismy w nocy nad ocean, a dzien pozniej - dluga wycieczka (tesknie za naszymi dobrymi polskimi drogami (tak, tak)) do Paraiso (Raj) w prowincji Manabi. W lesie tropikalnym w nadbrzeznej czesci Ekwadoru, miedzy Oceanem a Andami. Mieszkalismy w siedzibie misji. Zwiedzalismy okoliczne miasteczka i wioski i obserwowalismy projekt pracy z dziecmi, zeby sie czegos nauczyc od nich. Widzialem Iguane, egzotyczne osy, jaszczurki i swierszcza wiekszego od mojej piesci (co bylo szokiem, bo jak uslyszelimy odglos podobny do europejskiego, zastanawialismy sie czym sie roznia od naszych ;)) Plywalem w jeziorze (czego nie powinnismy byli robic, ale ok, bo woda jak sie okazalo bardzo nie zdrowa), i jedlismy obiad z ksiedzem (mlodym, z Hiszpanii), w starym stylu - dopoki ojciec nie zaczal, nikt nie tykal niczego. Bylo pieknie!! i niesamowicie ciekawie. Od Siostry, ktora tam pracowala dostalismy prezenty. Dostalem krzyzyk, ktory nosze, i niejednokrotnie mnie tutaj wyratowal z klopotliwej sytuacji;) ) Tutaj naprawde ludzie sa strasznie wierzacy, i nie jest dobrze mowic ze mysli sie inaczej. Dobrze jest miec krzyzyk, ktory mozna wyciagnac spod koszuli gdy ktos Cie o to pyta. Po kilku dniach spedzonych tam, wracalismy przez Nobol, gdzie zwiedzilismy kosciol w ktorym spoczywa Swieta Narcyza od Jezusa. Potem bylismy w najbardziej niebezpiecznym miescie Ekwadoru (i najwiekszym) - Guayaquil. Duzo nie pozwiedzalismy, przenocowalismy sie i dzien pozniej wracalismy juz w Andy. Widoki po drodze cudowne, droga wije sie po zboczach gor, nad przepasciami, po szczytach (3800 metrow jak nie wyzej), cudownie i pieknie. Co do drog, to jeszcze jedna rzecz tutaj zdumiewa straszliwie. Wyobrazcie sobie cos takiego: macie piekna droge, wyjatkowo dobra, szeroka, cos jak nasza stara zakopianka, i..... przez cala szerokosc progi zwalniajace. Niektore nawet bez znakow ;) Wrocilismy w piatek, imprezowalismy ostro przez 3 dni, tance (kolejne lekcje, tym razem uczyla mnie 15 latka (tak tak, a jej mama byla obok, imprezowala z nami ostro, tutaj kobiety sa naprawde czasem troche za gorace i czesto za mlode). Dziewczynie na imie Daiana, jest przesliczna i wyglada na o wiele wiecej niz 15 lat - jailbait ;) I tanczy po prostu przerewelacyjnie. Koncert reggae i imprezy z ekipa ktora grala (hehe). Tutaj naprawde wszyscy umieja tanczyc. A teraz zaczynamy projekt - nauka w szkolach. I odpoczywamy po tym wszystkim. Diana troche choruje, wszyscy sa troche smutni i przygnebieni.
Tutaj caly czas trzeba byc strasznie pewnym siebie, i niczego sie nie bac i nie wstydzic. Jak dotychczas dalem okolo 10 publicznych wypowiedzi po hiszpansku, wzialem udzial w wielu oficjalnych spotkaniach i dyskusjach na temat rzeczy najrozniejszych. I taniec - trzeba sie uczyc, bo to fajne i tutaj wazne, a poczatki sa ciezkie. W Polsce czlowiek zwykle sie szczegolnie nie wyroznia, zawsze jest duzo pajacow ktorzy tanczyc nie umieja i sobie skacza, dziewczyn tez. Tutaj - nie. Tu wszyscy tanczac sa strasznie powazni, taniec jest jakby czyms innym niz dla nas, jest bardziej intymny, i mimo calej powagi jest swietna zabawa. Ciekawe czy mi sie uda co nieco nauczyc. I muzyka..... caly czas Reggeaton. Szczerze powiedziawszy, zakochalem sie. Dyskoteka tutaj to naprawde niesamowite przezycie, i muzyka jest wspaniala. Cejrowski cos pisal o tupecie jak taran, teraz troche lepiej to rozumiem. Inna sprawa, ze hiszpanski mi sie strasznie poprawil. Nauczylem sie wiecej niz sie spodziewalem, duzo rozumiem i duzo potrafie powiedziec.
Warunki w Ekwadorze sa bardzo rozne. Sa potezne nierownosci, skrajna prawie bieda i ogromne bogactwo. Rozne rzeczy szokuja. Psy biegajace po ulicach i buszujace w smieciach, podobnie inne zwierzeta - np. swinie (widzialem na wybrzezu). W autobusach jest zawsze muzyka, jest ogolnie glosniej i weselej. Jest wlasciwie strasznie glosno. Szokuje rowniez kultura jazdy - tutaj nikt nie umie jezdzic, jest, ze tak powiem, wolna amerykanka. Kazdy robi prawie co chce, trzeba miec oczy ze wszystkich stron. Kto ma wiekszy samochod, ten jest bardziej pewny siebie, i ma wieksze prawo. Bo jest grozniejszy. Wiecej moze. Pieszy ma totalnie przesrane, rowezysta tez. I wszyscy trabia. Z roznych powodow. Zeby dac znac ze jade, zeby pieszy uciekl, zeby nikt ich nie uderzyl (na skrzyzowaniach), trabia takze kiedy dziekuja lub widza kogos znajomego, kiedy ktos przed nimi jedzie powoli albo stoi o ulamek sekundy za dlugo. Wiec trabia caly czas, i prawie nikt sie tym nie przejmuje ;) Ulice sa niebezpieczne. Miasta, te wieksze, sa jak w USA podzielone na kwadraty, niezle zorganizowane, ale w tym wszystkim jest niesamowity latynoski chaos. I nic nie wiadomo, a jedna czesc miasta prawie nie rozni sie od drugiej, ulice strasznie dla mnie podobne. Dlatego najlepiej poruszac sie kombinacja autobus - taksowka. Taksowka po miescie, a z miasta do miasta autobus;) Srodki transportu sa strasznie tanie tutaj. Autobus 20 centow, taki jeden dolar po miescie, z Guano do Riobamba 3 dolary. I jezdzi ich strasznie duzo. Benzyna jest tania jak woda (dolar 20 centow za galon (!!!), a woda dolar za galon), jednak samochody sa drogie. Tanie sa motocykle. Bardzo powaznie myslimy (wlasciwie juz postanowilismy to zrobic), zeby kupic 2 motocykle do poruszania sie po okolicy. Latwo tez zrobic prawo jazdy na motor, i rozwazamy nad ich zrobieniem.
Mieszkanie mamy znacznie lepsze od naszych poprzednikow, caly czas nad nim pracujemy - jeszcze nasze mieszkanko nie jest gotowe. Jeszcze pare drobiazgow zostalo. Pracujemy tez nad naszym biurem (tak, mamy biuro ;)), ja tez nad komputerami w szkolach.
No wlasnie. Komputery. Edukacja w Ekwadorze naprawde szwankuje z gory na dol. Cos jest bardzo nie tak..... Dzieci na ang co rok ucza sie tego samego i nic nie umieja, na informatyce podobnie. W rejonach wiejskich dzieci w wieku 9, 10, 11 lat nie umieja pisac na komputerze, czesto ledwie potrafia przeliterowac swoje imiona i nazwiska. Szkoly w tych rejonach maja komputery (ok, czasem jeden na 16 dzieci czyli cala szkole, czasem jeden z 4 monitorami i uzytkownikami:) ), ale nie maja nauczycieli, poniewaz jest dla wyksztalconych ludzi za daleko. A tam sa dzieci, ktore chca sie uczyc. System edukacji jest, za przeproszeniem, lekko spierdolony. Chociaz zwykle podchodze sceptycznie do takich rzeczy jak pomoc ludzi z zagranicy (nie wspominam nawet o kretynskim rozdawaniu pieniedzy), uwazam, ze praca wolontariacka tutaj jest bardzo wazna. Dopoki cos sie nie zmieni na szczycie. Bo po prostu, szkoda tych dzieci. A kraj sie uczy demokracji dopiero. Wszedzie polityka, napisy nawolujace do glowania tak lub nie, na to lub na to, na murach, koszulkach.... Dzieci pracuja od najwczesniejszego wieku, uczniowie pracuja po lekcjach.... Nie jest tutaj latwo i czesto jest to przygnebiajace. Spolecznosci sa w dalszym ciagu straszliwie zamkniete, nie mysla o zmianach i rozwoju - mowie tutaj o sposobach myslenia... Np. szef organizacji ktora nas przyjmuje nie rozumie internetu i uwaza ze Centro Agricola go nie potrzebuje.... Julio kombinuje jak to zrobic, zeby jednak ten internet byl. Bardzo rozpowszechnione jest tutaj zjawisko machismo. Kobiety maja tutaj zdecydowanie gorzej niz w Europie, sa bardzo podporzadkowane mezczyznom. Mlode juz nie zawsze i nie az tak bardzo, ale ogolnie - w dalszym ciagu zjawisko jest bardzo silne. Sluby i dzieci sa zwykle strasznie wczesnie. Czasem przerazajaco wczesnie. Szwankuje edukacja seksualna. Diana majac 22 lata jest juz troche jak stara panna, przynajmniej w niektorych regionach. Co do kobiet, to oprocz tego ze sa gorace, wiele jest naprawde pieknych. Naprawde, mozna sobie glowe ukrecic bardzo latwo. Jest jednak z nimi tutaj pewien niewielki problem - wszystkie ladne maja albo mniej niz 19 lat, albo sa kurna zamezne. Faceci tez sa strasznie przystojni, i jak pisalem wczesniej, wszyscy szokujaco skuteczni. To naprawde, jest swiat bardzo rozny od naszego. W Ekwadorze mozna obserwowac wiele bardzo ciekawych (i przygnebiajacych) problemow spolecznych. Powaznym problemem jest rasizm, sa miejsca do ktorego moga wejsc tylko biali, jest tez napiecie pomiedzy pierwotnymi mieszkancami a bardziej cywilizowanymi mieszkancami miast. Ludzie mowia, ze indigenes nie chca sie zmieniac - maja pieniadze na ubrania, ale nie chca ich kupowac, nie chca zyc jak "ludzie". O tym jak sie traktuje gringos, bialych, w regionach zdominowanych przez metysow (zdecydowana wiekszosc) i indian, pisalem juz wczesniej. Caly czas trzeba miec oczy dookola glowy.
Ludzie tez sa rozni, niektorzy robia ogromne wrazenie swoimi osiagnieciami. W tym nowym dla mnie kraju, przegladam sie troche jak w lustrze, i widze pewna wygode, latwosc i nude dotychczasowego zycia. Moje osiagniecia wydaja sie malutkie, maciupenkie, i na pewno tutaj malo istotne. Naprawde musze sie tutaj bardzo duzo nauczyc, czuje sie troche jak dziecko. Ze wszystkim sobie jakos radze, ale caly czas musze byc skoncentrowanym i ostroznym. Na razie sie ucze, o tym jak tu jest, co tylko dam rade, hiszpanskiego i tanczyc. Nie wyciagam zadnych narazie wiekszych wnioskow, bo ciezko mi to sobie wszystko uporzadkowac. Wiec sie ucze i nie jest latwo. Ciezko mi zrozumiec, jak ludzie tak religijni potrafia jednoczesnie wiare pogodzic z tym, co sie tu dzieje na imprezach (i nie tylko), jest to wrecz szokujace. Rozmawialem z kolega, ktory mi opowiadal, jak on to wierzy, ze Bog mu pomaga i dlatego on pomaga innym. Tej samej nocy zdradzil swoja sliczna zone (ktora nawiasem mowiac tez poznalem). Mocno wierza, ale zawsze w autobusie probuja skroic na 5 centow. Podwojna moralnosc ?? Dla nas, moze, a dla nich ?? O higienie tutaj (poza ta podstawowa) mozna zapomniec. Fascynuja mnie tutejsze kuchnie i lazienki. Prawie wszystko takie same - tak straszliwie brudne, ze Sanepid by sie przewrocil na ich widok. To jest po prostu niewyobrazalne na poczatku. Juz sie przyzwyczailem, i jem normalnie jak wszyscy tutaj, w comedorach na ulicy itd. I zwykle bardzo mi smakuje ;) Ludzie tez tutaj inaczej podobnie do tego podchodza (chyba podobnie jak w hiszpanii czy we Wloszech - podrapanie sie po nosie, w srodku, przy ludziach nie jest uznawane za cos niezwyklego czy zlego. Wszyscy sa bardziej.... cielesni, bardziej swiadomi swojego ciala i bardziej z nim oswojeni niz w Polsce. Czy Irlandii.
Tutaj ludzie sa... duzo blizej, ciagle sie przytulaja itd, wszystko jest blizsze. Chociaz jest tez homofobia, ktora w polaczeniu z machizmem sprawia ze mezczyzni maja wobec siebie pewien dystans. Ale mlodzi niekoniecznie, i ogolnie kontakty sa duzo cieplejsze niz w Polsce. Ktos moze powiedziec jasne, to kazdy wie - ale nawet wiedzac to, wyladowac z Polski (albo Irlandii) w srodku Ekwadoru i odczuc to na wlasnej skorze jest czyms zupelnie innym i chociaz sie czegos takiego spodziewalem, na pewno jest to pewnym szokiem kulturowym. Kolejna kwestia jest to, ze wszystko tutaj podaje sie z reki. I w Hiszpanii podobno tez - papierosy, gumy do zucia, cukierki, krakersy, wszystko. I nie zauwazylem, aby ktokolwiek sie przejmowal, czy rece sa czyste czy nie. Czasem z zupelnie obcymi osobami je sie cos ta sama lyzeczka, pali tego samego papierosa, lize tego samego loda, o piciu z tej samej butelki nie wspominam (w Polsce to tez jest raczej normalne ;) ). Wszystko. Juz sie przyzwyczailem, ale czasem dalej mnie to zdumiewa.
Oprocz opisywanych comedorow, sa takze kramy z jedzeniem na powietrzu. Np pokawalkowane swinie albo kurczaki. Wygladaja troche strasznie, i ja tam (narazie ?) nie jadam ;) Muchy wszedzie itd. Co do jedzenia, inna kwestia ktora mnie zszokowala - rybe tutaj podaje sie na talerzu z glowa i pletwami. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak pierwszy raz jak zobaczylem wsrod ryzu i warzyw rybe razem z glowa i pletwami naprawde sie zdziwilem. Wlasnie, ryz. W Ekwadorze znajduja sie plantacje ryzu, i ryz je sie tutaj caly czas. Caly czas ryz, ryz, ryz.
Tutaj wszystko jest jakby.... bardziej. Ludzie sa bardziej religijni, bardziej sklonni do zabawy, lepiej tancza, ciagle uprawiaja jakis sport, ogolnie sa sprawniejsi fizycznie... Jakby zyli bardziej intensywnie.
Sport... Tutaj mnostwo osob zongluje, czy bawi sie pojkami albo czyms podobnym (albo ja takich spotykam). Normalne tez jest, ze ludzie rozkladaja w miescie siatke nad ulica (taka mniej uczeszczana) i graja na pieniadze tutejsza wersje siatkowki (zasady podobne do starych zasad siatkowki). W wieku najrozniejszym. Pada czy nie pada, graja. Pieniadze po to, by bardziej mobilizowac.
Jak pisalem, samochodow jest mniej niz u nas, i czesto obserwuje sie (lub bierze udzial ;)) liczbe osob przekraczajaca o wiele dopuszczalna, podobnie na motocyklu - widzialem 5 osob na jednym, sam bylem jedna z 4. Jedna z 3 juz kilka razy. Widok autobusow czasem napawa przerazeniem. Nie dosc, ze to ledwo jezdzi, to jeszcze czasem jest doladowane tak, ze ludzie wystaja przez otwarte drzwi (w wiekszosci sa zawsze otwarte), i jeden trzyma sie z obu stron drzwi, trzymajac jednoczesnie kilku innych pasazerow. Z drugiej strony jego miejsce ma tez plusy - ma czym oddychac ;) Ale co fajne, tutaj autobus wlasciwie zawsze czeka na kazdego, pomaga sie ludziom wsiasc do autobusu, aby nikt go nie przegapil caly czas ktos wrzeszczy np. "Riobamba! Riobamba! Riobamba!", miejsce przeznaczenia. I ogolnie autobusy jeszcze bardzo czesto, co chwila. I ciagle gra muzyka.
Inna kwestia, tutaj ciagle jest glosno. Np w kafejce kazdy komputer ma glosniki, i jeszcze jest telewizor z muzyka, tak glosno ze nawet na sluchawkach ciezko cos uslyszec ;)
Kolejne imprezy i tance.... Czasem imprezujemy zdecydowanie do przesady. Kazdy weekend jest szalony.
Polecam filmy "Qué tan lejos" (swietny ekwadorski film, oddaje pejzarze, nie oddaje liczby ludzi i samochodow, ale nie o to w nim chodzi), i "Narcisa de Jesus" (dla mnie raczej beznadziejny, ale tutaj to jest jak Pasja - film bardzo wazny dla osob wierzacych, a wiec dla znakomitej wiekszosci, i czasem niebezpiecznie mowic, ze Ci sie nie podobal;) Cos mowi o ludziach).
Nasze powszednie problemy to glownie David, ale sa tez inne - mamy mnostwo problemow z koordynatorami, np. dotychczas nie mialem obiecanych lekcji hiszpanskiego, bo sa za drogie o.O A funduje je UE... Kiedy potrzebujemy ich interwencji, czesto musimy czekac o wiele za dlugo. Czasem niebezpiecznie dlugo - kiedy z Diana bylismy w Riobamba, Ruth czekala na nich 3 godziny z pijanym i agresywnym Davidem w domu, po uslyszeniu "zaraz bede". I dalej nie mamy internetu. Ogolnie rzecz biorac, rozpetalismy tutaj male pieklo, kontaktujac sie z hiszpanska organizacja Cerujovi w roznych sprawach, i nasi koordynadorzy sa na nas wsciekli. Na szczescie nie maja wiele do gadania.
Dostajemy nawet niezle pieniadze, duzo ponad 281 dolarow miesiecznie, co, jak nie wyladujesz w szpitalu (30 dolarow poszlo sie pasc) i nie jezdzisz za kazdym razem taksowka z miasta do miasta wystarcza spokojnie na zycie i ostre imprezowanie. W tym miesiacu mi braklo wlasnie okolo 30 dolarow, a nie oszczedzam szczegolnie. I chyba bedziemy dostawac wiecej, musimy renegocjowac warunki, bo zdaje sie koordynadorzy przywlaszczaja sobie sporo z naszych pieniedzy.
Obecnie ucze w szkolach informatyki i angielskiego, dalem tez korepetycje Maríi i Jesusowi z angielskiego (glownie dziewczynce). Sa to dzieci naszego koordynadora, Julio, i naszej tutory, Glorii. Strasznie przytulaste (tutaj to normalne) i przeurocze dzieciaki ktore spedzaja u nas w domu duzo czasu, wprowadzajac straszliwy chaos. Ruth jest nimi zmeczona, irytuje ja ze Gloria zostawia je u nas, bo nie jest naszym obowiazkiem ich nianczenie. Mnie bardzo nie przeszkadzaja, fajne dzieciaki. Co do szkol, dzieci tez sa przeurocze. Ostatnio nie chcialy mnie wypuscic ze szkoly;) Na dzien dzisiejszy (:P) pracuje 3 dni w tygodniu, 2 dni informatyka i 1 dzien angielski. Czekam na dalszy rozklad zajec na pozostale 2 dni. Na razie ucze dzieci pisac na komputerze, bo sa kompletnie nie oswojone i jeszcze nic nie umieja, nawet utworzyc nowego folderu. Jak pisalem wczesniej, edukacja w szkolach wiejskich straszliwie szwankuje, dzieci majace 9, 10 i 11 lat nie zawsze potrafia sie dobrze podpisac, a kiedy maja trudnosci z nauka (mam takiego co najmniej jednego), to naprawde jest ciezko.... Nowo pobudowane w Ekwadorze szkoly to male baraki, ktore nie zawsze maja szyby, bo po co szyby np. w regionach tak suchych jak Jipijapa. Czasem nowa szkola stoi obok starej, ktora o wiele lepiej byloby wyremontowac, a za pieniadze kupic komputery albo wynajac nauczycieli... Tymczasem stara sobie stoi i niszczeje. Dodatkowa trudnosc stanowia, braki w jezyku, nie bardzo wiem jak sie zwraca do dzieci, czasem ciezko je zrozumiec jak mowia.... Ucze sie czegos nowego codziennie, wymawiac slowa jak tutaj albo w Hiszpanii (dzwieki ktorych nie ma w jezyku polskim, inaczej niz sie uczylem w Polsce, inaczej niz mowi wiekszosc znajomych ktorzy sie tam uczyli w innych szkolach) i walcze o lekcje hiszpanskiego, bo z nimi byloby latwiej. Niemniej, jak pisalem, strasznie duzo sie juz nauczylem, i caly czas tutaj wszystko jest po hiszpansku. Tak jak pisalem wyzej, po angielsku nie mowi wlasciwie nikt, a uczyc wymowy angielskiej, sposobu myslenia po angielsku dzieci, ktore operuja w jezyku hiszpanskim jest naprawde trudno. A zwlaszcza, jak ledwie umieja pisac... Albo nie umieja.
W tej chwili, po ogladaniu meczu siatkowki na ulicy, na deszczu i chlodzie (no dobra, stalem pod dachem, ale bylo chlodno), a nastepnie przejazdzce na motorze przez cale miasto podczas ulewy, jestem troche chory, ale w ciagu kilku dni planuje dojsc do siebie ;)
Zaczynamy tez prace nad wieloma projektami spoza naszego glownego pola dzialania - zakladamy Banco Tiempo, Centrum Kulturalne, promujemy recykling smieci, zakladamy bancos comunitarios i organizujemy wspolprace miedzy nimi, wreszcie, projekt antykorupcyjny, jak sie uda ruszy w przyszlym roku, luty-marzec albo chwile pozniej, zaleznie jak sie wszystko potoczy. Musze go dokladnie opracowac jeszcze, dopracowac forme (prawdopodobnie bedzie to rowniez kampania zwiekszajaca swiadomosc spoleczna, wzorowana na polskich), wszystkie szczegoly. Potrzebuje jeszcze troche lepiej poznac tutejsza rzeczywistosc (pewne wyobrazenie po przezyciach z policja, wypadkiem, sluzba zdrowia i osobami we wladzach lokalnych i uniwersyteckich juz mam, chociaz bylem tylko obserwatorem, ponadto wszyscy tutaj caly czas mowia o korupcji i jej problemie), nauczyc sie lepiej hiszpanskiego i kupic motocykl (srodek transportu). To naprawde jest inny swiat. Strasznie wciagajacy i troche przerazajacy. Mam nadzieje go poznac jeszcze troche lepiej, bo na razie dopiero zaczynam...
Aby podsumowac powyzsze - mam tutaj rozpiety o jeden guzik wiecej, i nosze krzyzyk na szyi ;)
Festivalfff 2012
Hace 13 años
Z tego co pamiętam to było tego troszkę więcej??
ResponderEliminarwitaj Janku
ResponderEliminarpamietam jak spotkalismy sie gdzies z rok temu i obaj mowilismy jakby to fajnie bylo nie isc przez zycie utartym szlakiem tylko nadac mu nieco nieszablonowy kierunek. Ciesze sie ze przynajmniej Tobie sie udalo to zrealizowac i udac w tak odlegly i (stwierdziwszy po zamieszczonych wpisach) egzotyczny zakatek naszego globu. Ja podazam pisana mi droga - takze jesli zaczniesz nauczac dzieciaki programowania - to sie polecam:)
zycze powodzenia i wielu przygod (ale tylko ze szczesliwym zakonczeniem), takze z ekwadorskimi dziewczynami:)
pozdrawiam
Arek