lunes, 29 de junio de 2009

Wyspy Galápagos

W maju postanowilem oderwac sie od wszystkiego, i jechac na tydzien na wyspy Galápagos, gdzie chcialem sie udac jeszcze zanim tu przylecialem, i uznalem, ze wlasnie teraz jest odpowiedni moment. Jak postanowilem, tak tez zrobilem, chociaz nie wszystko odbylo sie zgodnie z planem – z jednego tygodnia zrobily sie dwa, a suma ktora chcialem tam wydac, rowniez, co przykre, ulegla podwojeniu. No coz, uwazam ze zdecydowanie warto bylo, poniewaz wiele sie nauczylem, widzialem mnostwo przepieknych rzeczy i wiele fajnych robilem, jednym zdaniem – wspaniale spedzilem czas. Ale od poczatku.

Przygotowania i podroz

Poniewaz w Ameryce Lacinskiej maja strasznie brzydki nawyk podzialu cen na ceny dla obywateli i innych (czasem dla ludzi z Ameryki Lacinskiej i inych), wiec jesli sie chce oszczedzac, nalezy podroz dobrze przygotowac. Szczegolnie w przypadku Galápagos. Wlasnie z powodu Galápagos wyrobilem sobie karte imigranta (ktora podobno trzeba sobie wyrobic jak sie zostaje na dluzej w Ekwadorze bo inaczej grozi ci kara grzywny, ale tak naprawde nie wiem...). Roznice w cenach sa straszne – sam samolot to ponad 120 dolarow roznicy. Mialem tez nadzieje opuscic cene wejscia do Parku Narodowego, co oznaczaloby kolejne 94 dolary roznicy, ale to okazalo sie niemozliwe. Niestety, okazalo sie dopiero na miejscu. Co bylo bardzo powaznym kopniakiem w portfel, po zapewnieniach w agencji podrozy, Policji Imigracyjnej, a takze telefonicznym zapewnieniu instytutu Ingala z wysp Galápagos ze na pewno nie dotycza mnie zadne podatki dla obcokrajowcow i na pewno zaplace tylko 6 dolarow na wyspach. Desinformacja byla potezna i brzemienna w skutkach. No coz. Park Narodowy Galápagos ma swoje wlasne, bardzo jasne prawo dotyczace tylko niego, i ostatecznie trzeba bylo zaplacic stowke za wejsciowke. Bardzo sie staralem to ominac, ale sie nie udalo. Ale wesprzec ten Park jest warto, wiec ostatecznie nie bylo mi bardzo zal. I przekonalem sie ze Galápagos jest miejscem w ktorym prawa sa troszke bardziej egzekwowane niz w reszcie Ekwadoru. Ogolnie rzecz biorac, miejscem bardzo innym pod wieloma wzgledami.

Poczatek podrozy – Guano – Riobamba, Riobamba – Guayaquil. W Guayaquil troche sie zakochalem. Costa jest... inna niz Sierra. Kultura jest inna – zaczelo sie od tego, ze w Sierze, od okresu kolonialnego a takze po wyzwoleniu Wielkiej Kolumbii i pozniej odlaczeniu sie Ekwadoru, panowal system wlasciwie feudalny – wladza ekonomiczna nalezala do posiadaczy ziemi, bedacych panami i wladcami chlopow – indian oczywiscie – dla nich pracujacych. Tymczasem Costa, jako okno na swiat, zyla bardziej z handlu, dominowal ciezko zwyrodnialy system kapitalistyczny, w ktorym biala ludnosc posiadala fabryki i spore firmy, a indianska ludnosc pracowala dla nich za glodowe stawki. Z tej roznicy, ktora przerodzila sie w konflikt interesow (handel miedzynarodowy nie byl na reke posiadaczom ziemi, a bardzo na reke handlarzom z Costy) powstaly dwie jakze inne kultury Ekwadoru, liberalna na wybrzezu i konserwatywna w gorach. Dzialalnosc Kosciola, o wiele skuteczniejsza w gorach (ziarno na zyzna glebe i te sprawy :), dodajmy ze Kosciol tez byl znaczacym posiadaczem ziemi i jakos nie traktowal swoich owieczek o wiele lepiej) dodatkowo zwiekszyla ta przepasc, podobnie jak powstanie pierwszych partii politycznych Ekwadoru, Konserwatywnej i Liberalnej. Wplyw zapewne ma rozniez klimat. Roznica kulturalna jest drastyczna az dotychczas. Po tym krotkim wprowadzeniu, po raz kolejny chce napisac, ze troche sie zakochalem w Guayaquil. Miasto jest ogromne, niebezbieczne, ale – pelne zycia, a ludzie sa o wiele bardziej otwarci, i imprezy sa wspaniale. Co prawda tylko w Guayaquil mi sie przydarzylo, zeby ktos w nocy wylal mi na glowe wiadro zimnej wody z ostatniego pietra budynku, ale – wlasnie w Guayaquil to nie ma wielkiego znaczenia, bo zaraz wysychasz i smiejesz sie z tego, co sie stalo. Moj dobry kumpel, Ricardo, i kumpela Carlita, nie po raz pierwszy bawiac sie w przewodnikow oprowadzili mnie w nocy po Starym Miescie Guayaquil, tlumaczac historie, powstanie miasta, obrone przed Holendrami, a takze pokazujac granice bogactwa i biedy, ktora zyje tuz kolo siebie w Centrum, nad rzeka Guayas. Miejsca turystyczne, a takze domy ktorym zarzadzeniem wladz pomalowano i wyremontowano fasady, aby wygladaly dobrze dla turystow, ktore z drugiej strony, podobnie jak od wewnatrz, wygladaja jak slumsy. Jakze piekny i bezposredni obraz hipokryzji naszej rzeczywistosci, czyz nie?
Z Guayaquil, po 2 godzinach snu, udalem sie na lotnisko by wziac samolot na wyspy.
Widok lotniska przerazonego przez Swinska Grype (kiedy tam bylem, pojawily sie pierwsze przypadki w Guayaquil) nie nalezy do najprzyjemniejszych. Caly personel w maskach, niektorzy w gumowych rekawiczkach, czesc pasazerow rowniez. Wszyscy obracajac sie nerwowo slyszac kazde kaszlniecie i kichniecie (w moim przypadku spowodowane nagla zmiana klimatu z gorskiego na wybrzezny), musze przyznac ze nie moglem powstrzymac sie od zartow:) To interesujace, zalecenia Swiatowej Organizacji Zdrowia przypuszczam ze sa sluszne, i sa pewnie odpowiednimi srodkami zapobiegawczymi, nie ma w nich nic zabawnego – to co jest komiczne to nie prewencja, ale strach ludzi, panika spowodowana wiadomosciami w mediach, wyczuwalne napiecie i skrajna podejrzliwosc.
Ale co bylo naprawde zabawne, zaczelo sie troche pozniej. Zaczelo sie od tego, ze nasz samolot opoznil sie ladnych kilka godzin. Dlaczego? Dlatego ze w Quito, skad zaczynal podroz, dzien wczesniej piorun rozwalil cos zwiazanego z elektrycznoscia i na lotnisku nie bylo pradu(!!!), wiec planowany remont samolotu musieli przelozyc na dzien naszego odlotu. No coz, oczywiscie linie lotnicze skapily jakichkolwiek informacji. Razem ze mna czekala spora grupa starszych juz nieco Francuzow, ktorzy nie bardzo wiedzieli co sie dzieje, i ktorym pomoglem jako tlumacz, tlumaczac powoli i wyraznie czesc po hiszpansku i czesc po angielsku, co kto rozumial. Razem z nimi z powodu opoznienia samolotu, otrzymalem wstep do VIP Area linii lotniczej Aerogal;) Gdzie juz zostalem prawie caly czas az do przybycia samolotu.
Wiec wsiedlismy do samolotu, i odlecielismy, dolecielismy nad ocean, gdzie..... musielismy zawrocic z powodu awarii samolotu. Takie rzeczy nie zdarzaja sie codziennie, wiec ludzie zaczeli sie nieco denerwowac. Siedzialem kolo grupy z Hiszpanii i jednej dziewczyny z Argentyny, razem z nimi zaprzyjaznilismy sie troche z jedna stewardessa, i w koncu sie dowiedzialem dlaczego to opoznienie i cala ta sytuacja. Wyladowalismy, znowu w Guayaquil, ale nikt nam nie wytlumaczyl, czy lecimy na Galápagos czy czekamy na inny samolot, czy co, wiec ludzie zaczeli sie coraz bardziej denerwowac. Z samolotu tez nas nie chcieli wypuscic. W koncu kapitan nas powiadomil, ze naprawiaja usterke, i zobaczymy czy lecimy czy nie, i jesli ktos chce to moze teraz opuscic samolot. Poniewaz usterka spowodowala wieksze zuzycie paliwa, trzeba bylo dotankowac. Juz mielismy leciec, gdy ktos zaczal wrzeszczec “Stop! Stop! Pare! Pare!” Okazalo sie, ze tankujac, wlali troche za duzo paliwa, co skonczylo sie rozchlastaniem benzyny po lotnisku, co pasazerom absolutnie nie wydalo sie normalne, wbrew zapewnieniom stewardess (a jednak jest w miare normalne i zdarza sie nie tak znowu rzadko, i nie tylko w Ekwadorze). By uniknac paniki, kapitan po raz kolejny powiedzial, ze kto nie chce leciec moze zostac. Ostatecznie ponad polowa pasazerow zostala w Guayaquil, jak zostala zalatwiona sprawa biletow itp, nie wiem, poniewaz samolot w koncu dolecial na miejsce przeznaczenia i sytuacja nie byla szczegolnie powazna..... Interesujace widziec taki przyklad wzrastajacego napiecia, paniki, szczegolnie w miejscu pelnym ludzi w maskach, caly czas w strachu przed swinska grypa... I interesujace doswiadczenie leciec prawie pustym samolotemJ W koncu dolecielismy na wyspy, spoznieni jakies 5-6 godzin, co zrujnowalo mi pierwszy dzien pobytu, bo wlasciwie go stracilem. Dodatkowo, na lotnisku dostalem kolejnego kopa – zabrali mi paszport, bo nie chcialem zaplacic 100 dolarow:) Spozniony przez klotnie na autobus, do kanalu miedzy wyspami Baltra (lotnisko) i Santa Cruz dostalem sie autobusem pelnym pracownikow lotniska. Pozniej okazalo sie, ze hotel, ktory mial byc najbardziej ekonomiczny ze wszystkich, jest calkiem pelny, bo chwile wczesniej przybyl oddzial armii ekwadorskiej (w celach w duzej mierze jesli nie calkiem turystycznych) i zajal caly, a takze sasiedni. W koncu jednak znalazlem sobie miejsce w hotelu Flamingo, wylazlem w nocy zobaczyc Puerto Ayora, zapytalem jedna dziewczyne na ulicy o droge dokads i tym samym poznalem Gabriele, z ktora spedzilem duzo czasu na wyspie Santa Cruz i wybralem sie na “przejazdzke” taksowka morska po zatoce, poogladac Pacyfik w nocy, pod gwiazdami. W koncu, nie bylo zle:)

Troche o historii naturalnej Wysp Galápagos

Galapagos to oczywiscie wyspy pochodzenia wulkanicznego. Mniej wiecej pod nimi znajduje sie Hotspot, miejsce aktywne wulkanicznie, ponad ktorym w strone Ameryki Poludniowej i plyty tektonicznej poludniowo - amerykanskiej powolutku plynie sobie plyta tektoniczna Nazca. Hotspot co jakis czas przebija ta plyte jak gwozdz deske, a poniewaz jest ona w ruchu efekt jest podobny jak w maszynie do szycia (tyle ze do gory nogami, i w maszynie do szycia nie powstaja wyspy J ) – kolejne przebicia tworza kolejne wulkany i razem z nimi wyspy. Z czasem wyspy ulegaja erozji, podrozujac na poludniowy - wschod, w strone kontynentu Ameryki Poludniowej, i z czasem koncza swoj „zywot” zanurzajac sie z powrotem w Oceanie Spokojnym (podobno, miedzy kontynentem a Galápagos znajduja sie ponoc poprzednicy obecnych wysp). Wyspy na wschodzie sa starsze, najstarsza – Española – ma prawie 5 mln lat, a najmlodsza i najbardziej wysunieta na zachod – Fernandina – ok 400 tys lat, i w dalszym ciagu ewoluuje, wybuchajac ostatni raz pod koniec kwietnia 2009 roku, skonczyla (chwilowo) jakies 2 tygodnie przed moim przybyciem na Galápagos. Wraz z uplywem czasu, z wiatrem i pradami morskimi przybyly na Galápagos pierwsze rosliny, nizinne i wyzynne, jakis czas pozniej pierwsze zwierzeta, pozniej inne nieco bardziej zaawansowane, z pomoca naturalnych „tratw” – mas roslinnosci. Ze wzgledu na odleglosc, nie mogly przezyc zadne plazy – podroz trwa okolo 2 tygodni od wybrzezy Ameryki Poludniowej (zdecydowana wiekszosc gatunkow na Galápagos pochodzi wlasnie stamtad), wiec zwierzeta zyjace na Galápagos to te, ktore potrwafia dlugo przezyc bez wody (swoja droga wody slodkiej na wyspach prawie nie ma, zadnych rzek, jedno jezioro powstale czesciowo z wody deszczowej). W miedzyczasie przybyly tez wraz z pradami morskimi zwierzeta morskie, takie jak pingwiny, zolwie morskie, lwy morskie, itd – na wyjatkowosc wysp sklada sie rowniez to, ze wlasnie tam spotykaja sie zimne i cieple prady morskie, tworzac interesujaca mozaike gatunkow tropikalnych i tych preferujacych chlod. We wzglednej izolacji od reszty swiata i w specyficznych warunkach, wiele gatunkow ewoluowalo w inne, ktore staly sie endemiczne dla Galápagos. Poza tym, ze wyspy sa niezwykle piekne i bogate w unikalne formy zycia (i ogolnie bogate w formy zycia szczegolnie morskiego), sa niezwykle wazne dla nauki, poniewaz tworza specyficzne laboratorium przyrodnicze, gdzie mozna obserwowac ewolucje zycia i ladu (przeciez wlasnie z tego powodu stalo sie slawne, pierwszym ktory to dostrzegl byl Charles Darwin, ktory tutaj, po poprzednich przemysleniach na wybrzezach Argentyny i Chile, tworzyl podstawy teorii ewolucji), badac niezwykle ciekawe formy zycia, a takze jak to niezwykle, czesciowo izolowane srodowisko reaguje na zmiany klimatu, i w koncu na bezposredni wplyw czlowieka i sprowadzonych swiadomie i nieswiadomie gatunkow roslin i zwierzat. Wlasnie z powodu tych ostatnich archipelag Galápagos znajduje sie na liscie Dziedzictw Zagrozonych UNESCO, a wladze Ekwadoru bardzo by chcialy, zeby go z tej listy zdjac. Czego osobiscia ja bardzo bym nie chcial.

Ludzie na Wyspach Galápagos, kolonizacja, turystyka i konserwacja

Archipelag probowano skolonizowac od dawna, rozne panstwa chcialy go odebrac Ekwadorowi, ale z wielu roznych powodow pozostal przy Ekwadorze, a kolonizacja tak naprawde zaczela sie w drugiej polowie XX wieku, wczesniej na wyspie Isabela znajdowala sie kolonia karna (oczywiscie destrukcyjny wplyw ludzi zaczal sie wczesniej, wielorybnicy i piraci, ktorzy odwiedzali wyspy by uzupelnic zapasy wody i pozywienia, i ktorzy mieli tutaj swoje bazy, rozpoczeli wprowadzanie obcych gatunkow zwierzat i dla jedzenia i tluszczu wybili wiekszosc populacji Zolwi Sloniowych z Galápagos). W 1959 roku (za niedlugo obchody 50- lecia, zdaje sie 4 lipca) zalozono Park Narodowy Galápagos, obejmujacy 97% terytorium wysp. Dopiero pozniej rozpoczela sie prawdziwa kolonizacja – jeszcze w latach 1972 populacja ludzka na wyspach liczyla 3488 osob, obecnie szacuje sie, ze liczy okolo 40 tysiecy, z powodu nielegalnej imigracji dokladnie nie wiadomo. Ponadto Galápagos jest odwiedzana rocznie przez okolo 200 tysiecy turystow. Mimo wszelkich wysilkow Parku Narodowego i Charles Darwin Foundation, te liczby niestety musza miec wplyw na srodowisko. Jako wody do mycia itd uzywa sie slonawej wody (brackish water), ktora znajduje sie w zbiornikach naturalnych pod powierzchnia wysp, powstalych poprzez filtrowanie wody morskiej przez skaly. Niestety, te zbiorniki nie sa nieskonczone, i duza liczba ludzi za jakis czas zuzyje wszystkie jej zapasy, a ich odtworzenie nie nastapi szybko... Zagrozen, niestety, jest wiele, i sa ogromne. Musze jednak zaznaczyc, ze Galápagos to jedyne miejsce, w ktorym widzialem ekoturystyke rzeczywiscie funkcjonujaca. Smieci itp jest naprawde malo, wielu turystow ma swiadomosc gdzie jest i jak nalezy sie zachowac. Mieszkancy wysp od urodzenia lub od wielu lat maja ochrone przyrody juz gleboko zakorzeniona (w koncu, przeciez z niej wlasnie zyja), niestety ci, ktorzy mieszkaja tu krocej, niekoniecznie.... Jednym z istotnych problemow spolecznych na Galápagos jest migracja ostatnich lat, czesciowo nielegalna. Jest ona spowodowana w wiekszosci poszukiwaniem pieniedzy – Galápagos jest troche dla Ekwadorczykow jak Irlandia dla nas – placa minimalna wynosi 400 dolarow (na kontynencie 200), i chociaz ceny rowniez sa dwa razy wyzsze (czesciowo jest to spowodowane kosztami transportu – statek lub samolot, a czesciowo przez turystyke), to to co zostaje po wydatkach kazdego miesiaca rowniez jest dwukrotnie wyzsze i jest co poslac do domu jesli trzeba, albo co zaoszczedzic. Nowi mieszkancy niestety nie sa jeszcze tak srodowiskowo-swiadomi, i nowe dzielnice to te, w ktorych mozna znalezc najwiecej smieci, i najczesciej nowi mieszkancy to ci, ktorzy nie szanuja tutejszych zwierzat. Przykladem niech bedzie mieszkajacy na Santa Cruz cztery lata taksowkarz, ktoremu razem ze znajomymi zaplacilismy za wycieczke do Rancho Primicias by zobaczyc zolwie sloniowe w swoim „naturalnym” srodowisku (ktore chociaz zolwie przyszly tam same naturalne juz dawno nie bylo, pelne wprowadzonych drzew maracuya, ktore zolwie same rozprzestrzenialy po okolicy jedzac owoce i wydalajac nasiona, podobnie jak dawniej rozprzestrzenialy flore naturalna dla Galñápagos). Aby „zachecic” zolwia do wyjscia z pancerza, w ktorym chwilowo sie schowal, wbil mu paznokiec miedzy klepki na pancerzu, sprawiajac mu bol i wyrzadzajac krzywde, pozniej zachecal jedna z dziewczyn aby sobie na nim usiadla i zrobila zdjecie. Strasznie mnie tym wszystkim rozjuszyl. Podsumowujac, wielka fama Galápagos przynosi im korzysci, i powazne szkody, mimo wszystkich bardzo powaznych restrykcji prawnych przeciw niszczeniu przyrody, konserwacji i wszystkim staraniom instytucji. Ekonomicznie Galápagos odnosi ogromne korzysci, jednak przyroda w tym samym momencie jest konserwowana, i niszczona. Osobiscie uwazam, ze Park (z doradztwem Charles Darwin Foundation) odnosi ogromne sukcesy, polaczenie turystyki na ta skale z ochrona przyrody, jakie na Galápagos udalo sie utworzyc, jest naprawde imponujace, w tym samym czasie podejmuje sie walke z gatunkami wprowadzonymi, takimi jak kozy, swinie, szczury, dzikie koty i psy, ogniste mrowki i inne insekty, i roslinnymi (ktorych jest wiecej niz endemicznych i tubylczych razem wzietych...), ktore sa obecnie chyba najwiekszym zagrozeniem dla przyrody naturalnej wysp. Bez pomocy ludzi, zolwie by nie przezyly, stad te wszystkie galápagery – miejsca, w ktorych choduje i trzyma sie zolwie sloniowe – nazwa, podobnie jak wysp, pochodzi od hiszpanskiego Galápago, nazwa wlasnie zolwi sloniowych (dokladnie, rowniez kilku innych gatunkow zolwi tez). Sporo tez mozna sie nauczyc z Centro de Interpretación (w Charles Darwin Station i jedna na wyspie San Crístobal), a o zolwiach wlasnie w Galápagerach. Sporo przeprowadza sie akcji informujacych i edukujacych ludnosc, wprowadza restrykcyjne prawa chroniace przyrode, to wszystko robi wrazenie. Jednak przy starych i nowych problemach, w dalszym ciagu jest jednak zbyt wczesnie, aby usunac Galápagos z listy Dziedzictw Zagrozonych. Dodatkowym problemem jest nastawienie prezydenta Ekwadoru Rafaela Correa, ktory, chociaz mowi podwojnym jezykiem – „nie potrzebujemy doradztwa miedzynarodowego by wiedziec, ze Galápagos jest zagrozone” (przy okazji jednej z uwag ktorejs z instytucji w Ekwadorze o zagrozeniu wysp, brzmi antyzachodnio, ale w oryginale brzmialo bardziej jako „my tez jestesmy swiadomi w sprawach srodowiskowych, nie jak wiekszosc krajow trzeciego swiata niszczacych swoje dziedzictwo naturalne, nie gorsi pod tym wzgledem od krajow rozwinietych”, lub cos w tym rodzaju), w tym samym czasie chcac umasowic turystyke na Galápagos (jakby nie byla juz wystarczajaco masowa). Niestety, Correa juz wielokrotnie przedstawil swoje nastawienie „neo-rozwojowca” (neo-desarrollista), gloszace rozwoj, rozwiazywanie problemow spolecznych jak najszybciej wszelkimi dostepnymi srodkami, nie liczac sie, przynajmniej w krotkiej skali czasu, z konsekwencjami dla srodowiska (czego konsekwencje wlasnie, jak mozna sobie wyobrazic, sa niejednokrotnie druzgocace, zwlaszcza w dluzszym okresie czasu). Starsi mieszkancy Galápagos sa jego planami zaniepokojeni.
Jest jeszcze jedna rzecz, ktora przyciaga na archipelag ludzi z Ekwadoru – spokoj. Galápagos jest najbardziej bezpiecznym miejscem w Ekwadorze. Mozna tam spokojnie zostawic swoje rzeczy na plazy i nic sie z nimi nie stanie, w kazdym miejscu mozesz wyciagnac aparat fotograficzny i telefon i nikt do Ciebie nie podejdzie zadajac, bys mu je oddal. Oczywiscie, takie rzeczy sie zdarzaja, ale rzadko, nieco czesciej zdarzaja sie rabunki domow, zwlaszcza bogatych i pozostawionych bez opieki. Ogolnie jednak poziom przestepczosci na Galápagos jest bardzo niski – ludziom tam mieszkajacym i zyjacym z turystyki zalezy, aby tak bylo, a poza tym na Galápagos nie jest latwo sie dostac ani je opuscic. Istnieja drogi morskie, slabo monitorowane, ale dostep do nich jest ograniczony.

Przyroda i piekno Wysp Galápagos

Glowna atrakcja turystyczna Galápagos to mozliwosc kontaktu z licznymi, rzadkimi zwierzetami. Wiekszosc mozna ogladac z bardzo bliska, a nawet z nimi plywac (ale dotykac nie nalezy) - poczynajac od zolwi sloniowych i morskich, przez iguany morskie (jedyne jaszczurki na swiecie zywiace sie w wodzie) i ladowe, lwy morskie, delfiny, rekiny mloty i white-tip reef shark (jakos nie znalazlem polskiej nazwy), plaszczki manta i plaszczki orle, orki, wieloryby, poprzez pelikany, zieby darwina, albatrosy, flamingi, fregaty, gluptaki niebieskonogie, pingwiny, moreny, rozne gatunki owadow, az po liczne gatunki tropikalnych ryb. Osobiscie udalo mi sie wielokrotnie ogladac zolwie sloniowe, rowniez w „naturze” (hm, Galápagera Natural na wyspie Santa Cruz, miejsce do zwiedzania, gdzie zolwie zyja naturalnie, a ludzie pobudowali swoja infrastrukture turystyczna itp, poza tym Galápagera Semi-natural na wyspie San Cristobal i rozne gatunki zolwi z roznych wysp w Galápagerach zwyklych na Isabela i Santa Cruz), w tym oslawionego Lonesome George (przykre wrazenie, patrzec na ostatniego ze swojego gatunku... George pochodzi z wyspy Pinta, obecnie znajduje sie w Galápagera w Charles Darwin Station, pod staranna opieka i obserwacja, gdzie staraja sie go rozmnozyc, mieszajac z najblizszym mu gatunkiem, spod jednego wulkanu z wyspy Isabela – gatunki zolwi sloniowych roznia sie w zaleznosci od wyspy, a takze od wulkanu na wyspach, ktore tworzac przeszkody dla nich prawie nie do pokonania izolowaly jedne grupy od innych). Udalo mi sie rowniez, w Rancho Trimisci, posiedziec chwile w trawie sam na sam z zolwiem, i porobic mu kilka zdjec. Zolwie sloniowe maja bardzo slaby wzrok, bardziej widza kolory, i jak rozumiem, ruch – jak sie ruszalem byl bardzo nerwowy i sie chowal w skorupie, jak siadlem w spokoju w trawie, chyba uznal, ze mnie juz tam nie ma, albo ze przynajmniej chwilowo nie stanowie zagrozenia, i wrocil do spokojnej konsumpcji trawy, pozwalajac mi tym samym na spokojna obserwacje i zrobienie paru zdjec. Poza zolwiami, widzialem wlasciwie wszystko wymienione poza rekinem mlotem, plaszczka manta, orka, wielorybem i albatrosem, i udalo mi sie poplywac z lwami morskimi, zolwiami morskimi, pingwinami (kiedy plynalem za trzema pingwinami, jeden z nich oddal kal i musialem szybko sie wycofac J ), white-tip shark, iguana morska, plaszczka orla i morena. Lwy morskie w wodzie, gdy patrza na mnie w ten swoj uwazny, oceniajacy, szacujacy sposob, przywodzacy na mysl obserwacje ofiary, budza we mnie niepokoj, szczegolnie ze w wodzie nie bardzo umiem rozroznic samice (niegrozna, czasem lubia podgryzac pletwy) od samca (mogacego stanowiacego raczej powazne niebezpieczenstwo gdy broni swojego terytorium). Szczegolne wrazenie zrobily na mnie zolwie morskie i plywanie z nimi (chociaz poszukiwanie zolwia w przedostatni dzien prawie skonczylo sie fatalnie, jako ze wyplynalem za daleko od plazy i prad morski odciagal mnie od brzegu, nie moglem wrocic i prawie wpadlem w panike, ostatecznie jednak walczac z pradem udalo mi sie doplynac do zatoki, straszliwie zmeczony, po to by zastac tam pierwszego w moim zyciu zolwia morskiego :) ). Jedna z najpiekniejszych plaz, jakie widzialem w zyciu, Tortuga Bay (jedna z dwoch, obie na Galápagos, druga w Puerto Chino na wyspie San Crístobal, plaza pusta i samotna, piekna – razem z grupka amerykanow plywalismy tam o zmierzchu, wsrod polujacych pelikanow, jeden zanurkowal i wbil sie w wode jakies 1,5-2 metry ode mnie), jest miejscem skladania jaj przez zolwie morskie i dlatego dostepna tylko do godziny 17.30. No wlasnie, dwie sprawy o Galápagos – pierwsza, jako ze jest to rezerwa, poruszanie sie po wyspach jest bardzo ograniczone, po wielu miejscach mozna chodzic wylacznie z przewodnikiem, po wiekszosci nie mozna w ogole, dostep tam maja jedynie ludze z Parku Narodowego (ktory poza miastami, na terenie rezerwy, ma najwieksza wladze, co mowi Park, jest prawem J i bardzo dobrze). Druga sprawa sa krajobrazy – druga atrakcja turystyczna Galápagos. Krajobrazy wulkaniczne, lasy endemincznych kaktusow Tuna Gigante (kaktus – drzewo, z czyms na ksztalt kory), bialych drzew i innych roslin, plaze z bialego piasku powstalego z drobno pokruszonych pancerzy koralowcow, niebiesko-zielone wody Pacyfiku przy brzegach, widok odleglych i bliskich wysp, skal wystajacych z morza, naprawde, naprawde robia olbrzymie wrazenie. I na Galápagos, poza miastami, w nocy mozna obserwowac gwiazdy, mnostwo, widok naprawde piekny. Z wysp, ktore odwiedzilem (Baltra, Santa Cruz, Bartolomé, Isabela, Plazas, Seymour, San Crístobal) najwieksze wrazenie zrobila na mnie Isabela – najwieksza, i z najpiekniejszymi krajobrazami (no, razem z Bartolomé, jedne i drugie podobne pod wzgledem krajobrazow wulkanicznych, tyle ze na Bartolomé zycia prawie nie ma, kilka prymitywnych roslin i malych zwierzatek, przywodzi na mysl krajobraz z poczatkow Ziemi), szczegolnie wulkanicznymi – jej wulkan Sierra Negra ma drugi na swiecie wzgledem wielkosci krater, mierzacy 7.2x9.3 km srednicy (ostatni raz wybuchl w 2005 roku), niesamowity. Z wulkanu Chico, wulkanu pasozytniczego Sierra Negra mozna w oddali zobaczyc wyspe Fernandina, na ktora niestety nie ma wstepu. Miasteczko na Isabela, Puerto Villamil, rowniez jest najpiekniejsze ze wszystkich, z ulicami z piasku, tyle ze troche brudne. Spore wrazenie robi tez wyspa Seymour, siedlisko gluptakow niebieskonogich i fregat, a takze iguan ladowych. Wyspa pelna iguan (oprocz nich kaktusow i malych roslinek, a takze morskich ptakow) to z kolei Plazas (tego samego dnia co Seymour, tyle ze troche wczesniej), gdzie calkowicie zmienilem swoja koncepcje, wizje ptakow morskich i ich relacji z oceanem.

Kilka doswiadczen i przemyslen

Przez pierwsze kilka dni lazilem do Parku Narodowego tlumaczac wielokrotnie dlaczego nie moge zaplacic 100 dolarow, ze pracuje tutaj i wydaje mi sie to zupelnie niesprawiedliwe ze ludzie ktorzy sie tu urodzili placa 6, a ja, ktory pracuje zeby im pomagac place 100. Ostatecznie, bez zadnych rezultatow. Kolejni ludzie mowili mi to samo, i dla odmiany w Ekwadorze okazalo sie ze przepisy sa bardzo jasne, a ich egzekucja jest bardzo dokladna, prawo jest prawem, i nawet nikt nie oferuje zlamania go ani nic z tych rzeczy. Ogolnie bardzo dobrze, chociaz 100 dolarow bolalo, ale jako kontrybucja dla Parku Narodowego i Rezerwy Morskiej Galápagos – nie jest ich szkoda. Jednak aby sie o tym wszystkim przekonac, tez stracilem troche czasu i jedna niewielka podroz, wiec ostatecznie postanowilem, ze zostaje dluzej na Galápagos, co okazalo sie bezproblemowe – bilet lotniczy byl otwarty, date powrotu zmienilem kilkakrotnie, a nawet lotnisko, z ktorego wracalem, i nie musialem za to zaplacic nawet centa.

Kolonizacja wysp Galápagos w ciagu swojej historii byla raczej wielonarodowa. Oczywiscie w wiekszosci Ekwadorczycy, ale takze wielu Europejczykow osiedlilo sie tam i pobudowalo swoje domy. W jednym z nich mieszkala Gabriela, o ktorej wczesniej wspomnialem – Ekwadorka podrozniczka, ktora w Europie zwiedzila wiecej niz ja, mowi po angielsku i niemiecku. Ma 26 lat, pogodna i z otwartym umyslem. Podczas mojego pobytu tlumaczyla mi mnostwo rzeczy odnosnie Galápagos. Jej kolezanka, Francuzka, mieszka jakies 20 lat na wyspie Santa Cruz, i poniewaz postanowila sie wybrac w podroz dookola swiata, co zajmie jej przynajmniej rok, zaproponowala Gabrieli by pracowala w jej sklepie i mieszkala w jej domu przez ten czas, opiekujac sie jej posiadloscia. Na Galápagos Gabriela mieszkala juz 1,5 miesiaca gdy sie tam pojawilem. Dom polozony z dala od wszystkiego, w lesie, byl zdaje sie najpiekniejszym prywatnym domem nie przemienionym w muzeum jaki widzialem w zyciu, z tarasem wychodzacym na ogrod pelny drzew papaya, tylko kawalek dalej las, poza ktorym w oddali mozna bylo zobaczyc Puerto Ayora i jeszcze troche dalej Pacyfik. W nocy niesamowita cisza i spokoj, slychac tylko dzwieki owadow i innych nocnych zwierzat. No, i jeszcze w domu karaluchow lazacych po czym tylko sie da, szczegolnie na tarasie. Gatunek, jesli sie nie myle, wprowadzony, i zbyt powszechny na archipelagu. No ale coz, powszechny prawie wszedzie na swiecie, w Polsce mamy szczescie ze ich prawie nie ma.

Galápagos to miejse dwujezyczne. Wiekszosc turystow jest anglojezyczna, a jezykiem mieszkancow jest hiszpanski. Czesc turystow stara sie cos mowic po hiszpansku, ale przewaznie sa to zwroty typu „hola”, „cuanto cuesta”, „gracias” i „ciao”, a wielu mieszkancow stara sie mowic po angielsku, jednak wiekszosci wychodzi cos.... aby zacytowac wlasciciela jednego hotelu, ktory chcial sie pochwalic swoja elokwencja, „don´t speak english very donkey”. Tak wiec istnieja dwie grupy ludzi, zyjace (turysci chwilowo) obok siebie i nie bardzo mogace sie ze soba porozumiewac. Przewodnicy przewaznie maja komunikatywny, ale dobrze pokaleczony angielski, spotkalem jednego, ktory mowil naprawde dobrze, tak ze przyjemnie go bylo sluchac. Mowic tutaj oboma tymi jezykami plynnie jest prawdziwym przywilejem. Ze wszystkimi mozna porozmawiac, dowiadujac sie mnostwa rzeczy i wymieniajac doswiadczenia, odkrywajac swiaty dla innych niedostepne.
To doswiadczenie sklonilo mnie do przemyslen. Kontakt z turystami, ktorzy mowia po hiszpansku i z tymi, ktorzy podrozuja po calej Ameryce Lacinskiej jezyka nie znajac, odslonil mi nowy obraz znaczenia jezyka dla odszyfrowywania rzeczywistosci i ogromny wplyw, jaki to ma na podroze. Bez znajomosci jezyka, moim skromnym zdaniem, podroz po Ameryce Lacinskiej traci ponad polowe swojego sensu. Bo co bez niego mozna zrobic w miejscu, gdzie malo kto mowi po angielsku? Mozna razem z plecakiem odwiedzic miejsca najbardziej turystyczne. Roznica miedzy bogatym turysta ktory przylatuje z wycieczka wykupiona w USA albo w Europie a mlodym turysta z plecakiem na plecach jest mniej wiecej taka, ze ten drugi spedzi tu wiecej czasu, zobaczy wiecej krajobrazow z autobusu, i troche wiecej biedy Ameryki Lacinskiej. Bez jezyka jednak prawie niemozliwym wydaje sie zrozumienie kontekstu, w jakim sie znajdujemy (przy czym jezyk jest warunkiem zdaje sie koniecznym, ale na pewno nie wystarczajacym). Cennym zrodlem informacji staja sie ci nieliczni ktorzy mowia po angielsku albo inni turysci ktorzy mowia oboma jezykami. Ta konstatacja, ktora chociaz tutaj szczegolnie mnie nie dotyczy, dala mi sporo do myslenia, jako ze moim wymarzonym celem podrozy jest Azja... Gdzie bede sie znajdowal w tej samej sytuacji, co ci biedni turysci tutaj, albo i w gorszej.
Co ciekawe, wiekszosc podroznikow planuje sie nauczyc hiszpanskiego juz tutaj, ale podrozujac jakos im sie nie udaje – podrozuja z jednego oslawionego turystycznego miejsca do drugiego, i posluguja sie jedynie najbardziej podstawowymi slowami i zdaniami. Ze wszystkich napotkanych podroznikow, jedynie Vlad, 29-letni Rumun mieszkajacy w USA od kiedy mial 11 lat, podrozujac naprawde nauczyl sie hiszpanskiego. I dlatego, ze po zwiedzeniu Gwatemali, udal sie do Kolumbii, w ktorym to panstwie tak sie zakochal, ze planujac tam spedzic tylko jeden miesiac, zostal na czternascie, i mial powazne trudnosci z wyjechaniem stamtad. Vlad poza zwykla turystyka uprawia sekso-turystyke (co umozliwia mu jezyk hiszpanski) i stara sie swietnie spedzac czas w Ameryce Lacinskiej. Ogolnie, jest bardzo ciekawym czlowiekem o niezwyklym poczuciu humoru, z ktorym spedzilem mnostwo czasu na Galápagos swietnie sie bawiac na zwiedzaniu, fiestach i innych szalenstwach (przyklad: wybranie sie bez butow w miejsce, gdzie byly jedynie kaktusy, inne rosliny kolczaste i ostre skaly... przeplynelismy Las Grietas – kanion pelen wody, dwa zbiorniki kolo siebie - i postanowilismy sie wspiac po scianie kanionu, i na gorze zastalismy wlasnie to miejsce... kolce wyciagalem przez kolejne kilka dni) i duzo sie z nim i od niego nauczylem. Po tym wszystkim moge napisac, ze jest moim dobrym kumplem.
Ciekawym doswiadczeniem byla rozmowa z dwojka amerykanow i niemcem, Rolandem. Rozmowa zaczela sie od cudow natury, a skonczyla na polityce J Razem z Rolandem reprezentowalismy myslenie hm, europejskie, podczas gdy amerykanie w duzej mierze bronili polityki swojego kraju. Rozmowa o krajach arabskich, ataku na Irak i Afganistan, torturach, polityce Busha, Obamie... Nauczylem sie sporo nowych rzeczy.
Kolejnym waznym przemysleniem z Galápagos, jest, dlaczego wlasciwie podrozujemy? Dlaczego podrozuja ludzie z roznych kultur, dlaczego ludzie ogolnie, dlaczego podrozuje ja? Jaki wplyw na to wszystko ma moda? Czy ludzie podrozuja, bo sa ciekawi swiata, czy dlatego, by pozniej wrocic do domu i o tym wszystkim opowiedziec znajomym i pokazac zdjecia, by zdobyc szacunek i wzbudzic zazdrosc? Gdziekolwiek nie jestem, najczesciej spotykam podroznikow z Niemiec i Izraela, tutaj w Ekwadorze takze ze Stanow Zjednoczonych (w Ameryce Lacinskiej Polakow spotyka sie niezwykle rzadko, wszyscy poznani ludzie byli gleboko zaskoczeni obecnoscia tutaj jednego z nas.. chociaz spotkalem wycieczke dziesiecu bogatych ludzi z Polski na wyspach, ktorzy placac 4 tysiace dolarow od osoby za sam rejs statkiem przylecieli tutaj nurkowac). Jak to jest z japonczykami, ktorzy jeszcze jakis czas temu byli wszedzie ze swoimi aparatami, teraz jakos ich mniej, dlaczego podrozuja? W Izraelu, jak mi opowiedziano, czescia kultury, pewna tradycja stalo sie podrozowanie po ukonczeniu sluzby wojskowej. Ile w tym wszystkim jest wlasnej ciekawosci swiata? Checi zdobycia doswiadczen? Ilu z nas naprawde planuje podroze, ktore odbywa? Czy widzimy w nich jakichs cel, ktory realizujemy, czy moze raczej podroze sa rezultatem zagubienia, realizacja oslawionego powiedzenia „jesli nie wiesz, co zrobic ze swoim zyciem, czas zaczac podrozowac”? Jeszcze nie mam jasnych odpowiedzi na te pytania, czego jest wiecej a czego mniej... Co moge powiedziec, ze moim zyciowym celem jest cel nie do spelnienia - zrozumiec i poznac swiat, bawiac sie przy tym jak najlepiej. Ironia jest, ze jakis czas po postawieniu sobie tego celu stalem sie agnostykiem poznawczym. Przynajmniej mam cel i zajecie do konca zycia J To jest wiec rowniez cel moich podrozy, zrozumiec i poznac swiat. Pomimo tego, nie moge zanegowac faktu, ze kontekst spoleczny podrozowania silnie na mnie wplywa, o wiele zbyt silnie. Na Galápagos zrozumialem w koncu, jak wazny, przynajmnie dla mnie, jest podrozowanie w jakims celu, by go zrealizowac, i dokladne (w miare mozliwosci) przygotowanie podrozy (zadanie domowe).
Sporo czasu spedzilem rowniez rozmyslajac o teorii ewolucji, teoriach jej opozycyjnych, manipulacji ideami i ich wplywie na swiat (gdy czlowiek zdaje sobie sprawe, jakie rozne grupy maja interesy w proklamowaniu pewnych idei, przekonuje sie jasno o znaczeniu nauk spolecznych, szczegolnie socjologii i politologii w kontekscie pozostalych nauk), o rzeczywistosci ogolnie i naczej ludzkiej rzeczywistosci (agnostycyzm poznawczy). Szczegolnie duzo czasu spedzilem analizujac wazki z wyspy San Crístobal – ich kolory i ksztalty, roznice miedzy gatunkami i plciami, rozwazajac nad naturalna selekcja i preferencjami seksualnymi wzgledem ksztaltow i kolorow jako motorami ewolucji. Zastanawialem sie tez troche o osach i gniazdach, ktore tworza, roznicy miedzy gatunkami i ich przyczynach. Sporo tez myslalem o konserwacji i ochronie przyrody, o relacji czlowieka z przyroda (mysle ze niewiele jest miejsc tak sklaniajacych do takich przemyslen jak Ekwador, szczegolnie Galápagos, ale Amazonia, Sierra i Costa tez - ten temat interesuje mnie coraz bardziej im dluzej tu jestem).

Z doswiadczen troszke innych – na Galápagos pierwszy raz bawilem sie w snorkeling, kilka razy. Jak wspomnialem wczesniej, jest to bardzo fajna sprawa, chociaz jedynie nedzna namiastka prawdziwego nurkowania. Poza tym, pierwszy raz naprawde jezdzilem na koniu na wyspie Isabela, na wulkan Sierra Negra – moj kon mial na imie Ranchero, ale wlasciciel nazywal go Avioncito (Samolocik) – szybko sie przekonalem, dlaczego J Udalo mi sie jednak w miare szybko nauczyc jezdzic na koniu i wypracowac z nim pewne porozumienie J, tym samym w miare go kontrolowac, i robilem prawie co chcialem, az do galopu, ktory jednak byl dla mnie troche za trudny. Musze sie nauczyc jezdzic lepiej, strasznie mi sie spodobalo, jezdziectwo wydaje sie byc swietne.

Chociaz latwo o tym zapomniec, Galápagos jest jednak czescia Ekwadoru, i czasem czlowiek sie o tym przekonuje – pieknym przykladem bylo, jak wykupilem wycieczke na wyspe Isabela, ale jakies dwie kobiety (zamaskowane by chronic sie przed swinska grypa) zajely moje, i jeszcze jednej dziewczyny, miejsce w lodzi. Blad byl tych, ktorzy je na lodz wpuscili, pozniej juz nie dalo sie ich w cywilizowany sposob z niej usunac. Zaczela sie dluga klotnia, teksty typu „tenga la bondad” (bardzo czesto uzywane w Ekwadorze, znaczy mniej wiecej „prosze miec dobroc”), kobiety, oficer marynarki pracujacy w porcie i pracownicy z lodzi, a takze ja i Mabel, ktora byla w tej samej sytuacji co ja. Ostatecznie skonczylo sie na tym, ze poszedlem na poklad lodzi (juz nie chcialem sie wyklucac, stajac na sloncu jak idiota) na ktorym odbylem, lezac i opalajac sie (pod sporymi ilosciami olejku) na morderczym sloncu, smagany rozpryskiwana przez lodz woda. Ogolnie wyglada na to ze bylo duzo lepiej niz pod pokladem, gdzie ludzie czesto bardzo zle znosza podroze w tym typie lodzi (male i bardzo szybkie) i gdzie co jakis czas ktos wymiotuje. Jakis czas pozniej sam wybralem podroz na pokladzie, i po podrozach na gorze i na dole stwierdzam, ze na gorze jest o wiele fajniej J Chociaz nielegalnie, jako ze marynarka na to nie zezwala, i jesli zlapie taka lodz, daje jej mandat...

I jeszcze o pewnym hotelu. Hotel nazywa sie Albatross, znajduje sie na wyspie San Crístobal, w Puerto Baquerizo Moreno. Hotel reklamuje sie jako w miare luksusowy, i normalnie do najtanszych nie nalezy. Ma wentylatory i telewizje, i jak mowia, wygodne pokoje. Jesli kiedys zdarzy sie wam znalezc na tej wyspie, mozecie sobie ten hotel zwiedzic, ale dla wlasnego dobra nie zostawajcie tam na noc, dobrze radze. Poniewaz porzadny i bardzo tani hotel obok byl calkiem pelny, po okolo godzinie czekania na recepcji, zapytalem sie wlascicielki (jak sadze), po ile ma najtanszy pokoj (bylem juz prawie bez kasy). Powiedziala mi, ze ma jeden za 10 dolarow za noc, ucieszylem sie, zaprowadzila mnie tam, i go wzialem. Dopiero po pewnym czasie zdalem sobie sprawe z jego pewnych wad. Po pierwsze, byl brudny, z grzybami w lazience, nie wiem kiedy ktos go ostatnio sprzatal, naprawde sprzatal. Po drugie, nie mial okna, jedyne okno mial w lazience, gdzie z kolei nie bylo swiatla i smierdzialo niemilosiernie. Aby spac, musialem wlaczac wentylator i otwierac drzwi od pokoju, zamykajac lazienke. Poza tym, w hotelu byly karaluchy (w innych wczesniej tez widzialem, w sumie zdaje sie, ze sa prawie wszedzie na Galápagos, przynajmniej w miastach). Jestem juz przyzwyczajony do nedznych warunkow, ale to przeszlo moje oczekiwania. Zdecydowalem, ze nie bede placil za to 10 dolarow za noc, i gotowy szantazowac wlascicielke zamieszczeniem informacji w internecie, po pierwszej nocy poszedlem rano z nia rozmawiac. Opisujac po kolei warunki w moim pokoju, zaznaczylem, ze za ten pokoj zaplace 20 dolarow za trzy noce, na co z niewesola mina pani sie zgodzila. Obylo sie bez szantazu, a chociaz skandaliczny, hotel stal sie wystarczajaco tani, aby to zniesc (tak czy inaczej, spedzalem w nim tylko noce). Obejrzalem sobie kilka pokoi w poblizu mojego, i stwierdzilem, ze warunki sa podobne. Ostatecznie na ostatnia noc, poszedlem spac do pokoju obok, ktory przynajmniej mial okno, za to mial zniszczony zamek w drzwiach, ale jako ze moje musialem otwierac, bylo mi wszystko jedno J Przez sciane konczaca sie jakies pol metra pod sufitem, moglem sluchac pary Francuzow mieszkajacych obok, i ich rozmow nad ranem. No ale okej. Po przeczytaniu tego opisu, mam nadzieje ze jesli przyjdzie tam wam sie znalezc, dobrze sie zastanowicie zanim skorzystacie z tego hotelu o jakze pieknej nazwie.

Co sie nie udalo – podsumowanie negatywne

Ogolnie z pobytu na Galápagos jestem bardzo zadowolony, ale oczywiscie nie wszystko sie udalo. Poza wspomnianej koniecznosci zaplacenia 100 dolarow, wydalem duzo wiecej pieniedzy niz chcialem – Galápagos jest dwa, trzy razy drozsze niz kontynent, najdrozsze sa tours i podroze miedzy wyspami. Nie udalo mi sie zwiedzic kilku wysp, ktore bardzo chcialbym odwiedzic -
Española (tylko rejs, strasznie drogi), Fernandina (nie ma mozliwosci jej zwiedzenia, mozna wziac bardzo drogi rejs ktory przeplywa obok niej) Floreana (moja ignorancja, a w koncu brak czasu – kiedy moglem, okazalo sie ze nie ma rejsow lub miejsc w tym czasie, czego nie przewidzialem), i wyspy na polnocy, m. in. Darwin (tylko rejs...). Bardzo zaluje rowniez, ze nie mialem licencji na nurkowanie, musze ja sobie w koncu wyrobic (podobnie jak skydiving i climbing). Snorkeling jest fajny, ale jest jedynie nedzna namiastka nurkowania. Wlasnie z tego powodu wlasciwie nie mialem szansy zobaczyc rekina mlota i mniejsze by zobaczyc plaszczke manta, co rowniez sie nie udalo. Nie udalo mi sie zobaczyc albatrosow (bardzo ciezko je spotkac poza wyspa Española), gluptakow czerwnonogich (brak czasu i pieniedzy na wyspie San Crístobal), gluptakow zamaskowanych (podobnie), orek ani wielorybow, flaminga tylko jednego z daleka, a delfiny tylko przelotnie w wodzie (pisze o tym, bo zwierzeta mnie fascynuja i uwielbiam je obserwowac, fajnie zobaczyc je na wlasne oczy a nie tylko w telewizji, przekonac sie, ze naprawde istnieja i ze naprawde mozna je samemu spotkac, chociaz nie zawsze jest to latwe, mozna tez zwrocic uwage na detale srodowiska, kontekstu spotkania, ktore nie zawsze widac w programach przyrodniczych). I na wyspach, na ktorych bylem, nie wszedzie udalo sie dotrzec, gdzie chcialem i zobaczyc to, co chcialem. Ogolnie, spedzilem na Galápagos za malo czasu, i czesc z tego czasu zmarnowalem :P na fiesty i szeroko rozumiane socjalizowanie sie (spedzanie czasu ogolnie nie takie zle, ale niekoniecznie na Galápagos, gdzie moglem go spedzic lepiej, niemniej w ten sposob tez duzo sie nauczylem, chociaz mozliwe ze w inny moglbym nauczyc sie wiecej J). Podsumowujac, wiem, ze to bedzie trudne, ale naprawde chcialbym odwiedzic Galápagos jeszcze raz.

Powrot

Ostatecznie wracalem w niedziele, dwa tygodnie po przybyciu, z lotniska na wyspie San Crístobal i kolejny raz samolot byl opozniony – wrocilem do Guano okolo 1.30 w nocy, a o 6.25 musialem wstac do pracy.

5 comentarios:

  1. P.B.
    Musisz mi wyjawić wartość nauk społecznych w takim razie :> Bo, liznąwszy taką, która z nauką (science) nie ma nic wspólnego, uważam, że samo istnienie nauk społecznych jest pokłosiem tego, że istnieją grupy interesu, którym nie jest na rękę analizowanie świata metodą naukową (czyli przez rzetelne, niedogmatyczne weryfikowanie teorii przez empirię). Krótko mówiąc: nauki społeczne w najlepszym razie są jałowym komentarzem rozkładu poparcia dla różnych teoryjek, albo po prostu bronią indoktrynującą nas, biednych głupków, żeby przypadkiem nie próbowali myśleć krytycznie, ewentualnie pozbyli się dogmatyzmu.

    ResponderEliminar
  2. Wlasnie, Pawle, nauki spoleczne, takie jak socjologia daja Ci jako taki wglad w to, co sie dzieje. Wiekszosc badan naukowych jest obecnie finansowane przez firmy wielonarodowe. Jesli sama ta idea Cie nie niepokoi, popatrz sobie na sprawe Exxonu (finansowanie badan majacych dowiesc ze czlowiek nie mial zadnego wplywu na globalne ocieplenie, a takze finansowanie wyglaszanych tego typu opinii przez naukowcow). Poza tym, wplywy amerykanskich konserwatystow, katolikow i mniejszych sekt religijnych skutkuja podwazeniem teorii ewoulucji do tego stopnia, ze na niektorych uniwersytetach w USA jej nie nauczaja, a na katedrach kroluje sobie w najlepsze Inteligentny Projekt, czego pozniejszym efektem sa ksiazki takie jak Bog Urojony Dawkinsa (o czym wiesz doskonale, bo razem sie tym interesowalismy :)). Podobne manipulacje moga dotyczyc psychologii (ktora wedlug niektorych ma o wiele mniej wspolnego z nauka niz socjologia, chetnie bym Ci przedstawil Marcina M. do dyskusji ;)), a takze fizyki przy mnogosci jej teorii (dla przykladu, komentarz Jana Pawla II na konferencji dot. astronomii w Watykanie w 1981 roku, z grubsza - afirmujacy teorie big-bangu i stwierdzajacy, ze to co przed nim, to juz sprawa boska i nauka nie powinna sie tym zajmowac...). Wlasnie nauki spoleczne daja Ci wglad w mnogosc roznych teorii i mozliwosci, pokazuja jakie sily wplywaja na nauke i jak czesto moze ona podlegac manipulacji, daja mozliwosc spojrzenia na wiele rzeczy neutralnie, krytycznie i bez emocji, wlasnie dlatego ze nie maja jedynego prawdziwego paradygmatu u podstaw. Jesli chodzi o metodologie, no coz, mozesz badac pewne podmioty tak, lub zostawic je w spokoju i ich nie badac... Nauki spoleczne istnieja jeszcze dlatego, ze odnosza pewne sukcesy, w ten lub inny sposob weryfikowalne i wystarczajaco wiarygodne. Oprocz tego, czepiajac sie metodologii zwroc uwage na jej ewolucje i wykorzystanie nowych metod, czesto zaczerpnietych z nauk scislych, takie jak socjofizyka czy epidemiologiczne sledzenie rozprzestrzeniania sie korupcji.... Rzeczy bardzo ciekawe.

    ResponderEliminar
  3. P.B.
    Uhuhu :]
    1/ Globalne ocieplenie - to jest kwestia do dowiedzenia. Srednio sie tym interesuje, zwlaszcza ze moze sie ogazac ze globalne ocieplenie spowoduje lokalna epoke lodowcowa w Europie (przez zatrzymanie cieplego pradu zatokowego); byl taki artykulik w "Swiecie nauki"; druga sprawa to to czy faktycznie temperatura rosnie w skali globalnej, a jesli rosnie - co z tego; dlaczego mozna zadac tak bezczelne pytanie? dlatego, ze moze "klimat" nie istnieje i po prostu nazwalismy sobie tak pewna wartosc pogody na globie, ktora akurat udalo nam sie zaobserwowac - moze mamy za krotki horyzont czasowy i "globalne ocieplenie" to kolejna faza naturalnego cyklu
    Nie jest to obrona rownie absurdalnie pewnej tezy, ze "globalne ocieplenie to mit!", ale proste stwierdzenie agnostycyzmu: dane sa sprzeczne, hipotezy roznorodne - a oba (wprowadzmy je dla uproszczenia) srodowiska chca drastycznych zmian (lub braku) polityczno-ekonomicznych w imie swoich niepotwierdzonych urojen

    2/ ID na katedrach; uwazam, ze nauka ma JEDNA ceche, ktora rozni ja od filozofii, religii czy magii: pozwala eksperymentalnie sprawdzic swoje przewidywania ad materialnej rzeczywistosci, wobec tego w odpowiednio dlugim horyzoncie czasowym zadna z wczesniej wymienionych jej nie zastapi; mowiac krotko: ID albo sie wypali, albo przyjmie, ze "Palec Bozy" zapoczatkowal ewolucje i zostawil;
    A taoizm uczy, ze aby nie przegrywac nalezy nie walczyc - madrosc, ktora staram sie, choc z trudem, w sobie kultywowac :]

    3/ nie chodzilo mi o to, ze psychologia jest naukowa, ale tak: jest bardziej naukowa niz prawo, niz to co wiem o politologii czy socjologii, ktore zajmuja sie wytworami naszej wyobrazni: spoleczenstwem, kultura i reszta tego bajzlu (ZALOZENIE: mowa o biopsychologii, czesciowo psychologii spolecznej, moze ewolucyjnej (niedawno "Swiat nauki" zaprezentowal artykul krytyczny wobec ps-ew, sugerujacy ze wiekszosc to niczym nie poparte, niefalsyfikowalne fantazje)
    Natomiast jalowy badz co badz opis socjologa czy politologa jest faktycznie wartosciowy, bo pokazuje jak sie cos ma. Np. uwazam ze powinno sie bardzo doglebnie, ale i "przyziemnie" (bez sraczki w rodzaju "spoleczna psychoanaliza"!) dokonac badania tego, jak sie "robi" hard science; jaki wplyw maja przekonania, autorytety, tradycje, sposob myslenia - a jaki empiryczna weryfikacja; naukowcy by sie posrali ze zlosci :>

    4/ Komentarze JPII nie maja wiekszej wartosci, bo jesli beda metody, to naukowcy i tak zajrza za BB;

    5/ Okej, przyznaje powtornie, badanie opisowe jest calkiem ciekawe - ale uwazam jalowe, w sensie nic poza opisem nam nie daje. Albo raczej nie ma prawa dawac, jesli stosujemy sie do Hume'a. A niektorzy diagnozuja stan A, ktory potem oceniaja jako negatywny, wiec proponuja dzialanie X, ktore ma go zmienic. Z reguly nie zmienia, a poza tym oceny sa czysto subiektywne, z reguly nie oparte na kryterium materialnej rzeczywistosci.
    Poza tym, samo zaangazowanie grup interesu w dany ambaras nie falsyfikuje samo z siebie zadnego wyniku.
    I kolejna sprawa to to, ze o ile w science konkurencyjne hipotezy albo sa filozoficzne (czego, fakt, naukowcy czasami nie chca przyznac), albo weryfikowalne empiria - to w "naukach" spolecznych jakie jest kryterium? Chyba ze mowa wlasnie o metodach inspirowanych naukami scislymi.

    ResponderEliminar
  4. Uffff :)
    1. Prezentuje ogolnie rzecz biorac podobne stanowisko do Ciebie w stosunku do globalnego ocieplenia. Niemniej, niepokoja mnie manipulacje organizowane przez korporacje paliwowe typu Exxon. Duza czesc badan naukowych swiadczacych o tezie "nie ma globalnego ocieplenia" albo "nie my je powodujemy" jest sfinansowana przez srodowiska ktorym zalezy na uczymaniu ststus quo i obecnych trendow w ekonomii, szczegolnie dotyczacej zrodel energii. Co sklania mnie do tezy (chociaz oczywiscie nie wiem), ze jednak mozemy powodowac globalne ocieplenie. Temat jest niezwykle istotny, niezaleznie od jego korzeni - wiekszosc duzych miast znajduje sie na wybrzezach, na poziomie morza - podniesienie poziomu morza o bardzo niewiele moze spowodowac zalanie sporych polaci tych miast, epidemie, migracje itd. Juz o innych anomaliach pogodowych i ich skutkach nie wspominajac. I wyginieciu wielu gatunkow zwierzat, co moze sie w istotny sposob przyczynic do ograniczenia bio-roznorodnosci, i dalszej podatnosci na wymieranie gatunkow (i nas) na rozne choroby. Ponadto istotne jest, aby wiedziec, czy to my powodujemy ocieplenie czy nie - poniewaz jesli my je powodujemy, skutki moga byc o wiele bardziej tragiczne niz myslimy. W swoim czasie Steven Hawking poswiecil troche swojego czasu temu zagadnieniu i obliczyl, ze jesli to my i nasz dwutlenek wegla przyczyniamy sie do efektu cieplarnianego, istnieje ryzyko, ze juz albo niedlugo bedzie go w atmosferze na tyle, aby rozpoczac swoiste perpetuum mobile ktore zamieni nasza planete w druga Wenus. Hasla to hasla, ale efekty moga byc istotne - jak mowil George Carlin, "Planet is Fine! WE are fucked!" :) Artykulikow jest sporo, mam ich cala kolekcje w Polsce (zbieram je, ze wzgedu na rzeczony agnostycyzm w tej kwestii i spore zainteresowanie) - glosza od tego ze jest to ocieplenie cykliczne co potwierdzaja rozne informacje historyczne az do tego, ze juz nasi przodkowie tysiace lat temu zakonczyli epoke lodowcowa i rozpoczeli globalne ocieplenie przez produkcje metanu (wielkie pola ryzowe, ktore zaczely sie pojawiac w Azji) i dwutlenku wegla (wycinka olbrzymich polaci lasow, m. in. w Europie, ktora miala miejsce mniej wiecej w tym samym czasie). Zaluje, ze ich nie mam tutaj, moglbym cos ciekawszego i bardziej szczegolowego napisac:)

    2. Brak poparcia dla teorii moze oznaczac brak badan w pewnych sferach (albo brak ich publikowania poza "nie zawsze" godnym zaufania i czesto traktowanym podejrzliwie internetem przy calej jego glorii). Wszystko fajnie, rozum kiedys zatriunfuje jak zawsze to robil - sredniowiecze w koncu sie skonczylo, ale - czy naprawde chcemy kolejny zastoj tego typu w naszej epoce rewolucji informacyjnej? Oczywiscie jet to gadanie czysto teoretyczne i porownanie bardzo demagogiczne, ale wydaje mi sie ze pokazuje sens niepokojenia sie o tego typu manipulacji, zwlaszcza w epoce, w ktorej wydaje sie ze na nic nie ma czasu.

    ResponderEliminar
  5. 3. Ok, neuro-science to nauki o solidnych podstawach wywodzace sie z biologii. Ale juz cala psychoanaliza jako teoria naukowa juz nie przechodzi, i psychologia spoleczna (swoja droga nauka spoleczna:)) tez ma swoich zagozalych przeciwnikow... Opis zastanej rzeczywistosci jest istotny ze wzgledu na funkcje organizacji wiedzy, jaka pelni. Oczywiscie kazdy opis w swojej strukturze i organizacja niesie takze wiele zagrozen. Nauki spoleczne zajmuja sie danymi podmiotami, i ich zaleta jest utrzymywanie ich w obrebie badan i wynajdywanie coraz nowszej metodologii, czesto zaczerpnietej z nauk scislych. Co do wplywu autorytetow i tradycji i reszty na nauke a empirycznej weryfikacji - w pelni sie zgadzam :) Czesto mozna to zobaczyc na uniwersytetach, kiedy szanowany profesor cos mowi i to natychmiast staje sie podstawa wiedzy studentow, ktorzy traktuja go jak Boga.... Cala elita inteletualna, popularne i niepopularne idee, i te wszystkie nie przemyslane, pomijane alternatywy, poniewaz madry profesor powiedzial ze to bzdury...

    4. Mniej wiecej podobnie jak w 2. :)

    5. (Czesc w punkcie 3 :) )Nie mam zamiaru bronic tradycyjnych metod w naukach spolecznych, ale znowu - pewnych podmiotow jeszcze nie umiemy badac inaczej. Wiec pozostaje badac tak (i rozwijac nowe metody) albo to zostawic i czekac....

    ResponderEliminar