lunes, 29 de junio de 2009

Chimborazo

Na poczatku maja, zgodnie z wczesniejszym planem, razem z François wybralismy sie na Chimborazo, z planem wyjscia powyzej 5 tysiecy metrow. Razem z nami chcialo sie wybrac jeszcze kilka osob, ale najwyrazniej nie byli wystarczajaco przekonani i w koncu poszlismy sami. Mielismy maly problem z transportem, bo nasz bus byl pelny i nie chcial nas wziac, a kolejny nie przyjechal, jednak ostatecznie roznymi srodkami transportu – jednym z nich byl samochod skupujacy i rozwozacy mleko, mielismy okazje poobserwowac jak sie kupuje mleko porozumiewajac sie na migi z osobami, ktore zdaje sie nie mowia w ogole po hiszpansku albo nie mowia w ogole – zachaczajac po drodze o Casa Condor - jedno z najslawniejszych miejsc turismo comunitario (turystyki spolecznej), ktore akurat bylo calkiem puste i jedynie je sobie poogladalismy - dostalismy sie na miejsce, czyli podnoza Chimborazo. Zaczelismy sie wspinac, pogoda byla bardzo zmienna, chmury poruszaly sie ze z duza predkoscia. Napotkalismy Vicuny, najmniejsze przedstawiciele wielbladowatych na swiecie, porobilismy pare zdjec. Po jakiejs godzince lub cos w tym rodzaju dogonil nas autobus, pelny obcokrajowcow, jak sie pozniej okazalo Holendrow, ktory milosiernie wzial nas ze soba az do pierwszego schroniska. Mialo to sporo skutkow, dobrych i zlych – dobrych - zaoszczedzilismy sporo czasu i udalo nam sie byc na gorze kiedy pogoda byla jeszcze ladna, zlych – jako ze szybko znalezlismy sie na sporej wysokosci, nie mialem czasu na spokojna aklimatyzacje, i bardzo duzo mnie kosztowala podroz do drugiego schroniska, znajdujacego sie na wysokosci wlasnie 5000 metrow. W schronisku poczatkowo chcielismy pozostac, polozylem sie na chwile spac, zeby odpoczac, bolaly mnie oczy od swiatla, bardzo ciezko mi bylo oddychac i bylem zmeczony. François zniosl to wszystko o wiele lepiej niz ja. Zasnac jednak nie moglem, jako ze za kazdym razem jak moj oddech robil sie wolniejszy, wybudzalem sie z uczuciem duszenia sie. Oddychac moglem jedynie szybko i plytko. Ale po chwili spedzonej w lozku poczulem sie lepiej, i przyzwyczailem sie do wysokosci (stosunkowo szybko, prawdopodobnie wplyw mialo to, ze mieszkam na wysokosci prawie 3 tysiecy metrow), wstalem i razem z François, ktory uzupelnial w miedzyczasie swoj dziennik, postanowilismy pojsc jeszcze troche wyzej. Teraz juz nie mialem problemow i wspinalem sie wzglednie normalnie. Weszlismy moze jakies 100 metrow ? wyzej niz schronisko, i chcielismy isc dalej, ale niestety zmiana pogody zmusila nas do powrotu. Nie wygladalo na to, ze ma sie wypogodzic (zwykle wieczorem w tych miesiacach Chimborazo nie jest widoczne, rano o wiele czesciej), wiec zdecydowalismy sie wracac. Wrocilismy razem ze wspomnianymi Holendrami – wycieczka zorganizowana przez jednego z nich, przyjezdza do Ekwadoru okolo dwoch razy w roku od 17 lat, uczestnicy pomagaja w jednej wiosce np. przy budowie budynkow komunalnych itp. Razem z nimi odwiedzilismy hodowle ryb, pozniej Gorace Zrodla, ktore nie majac zadnej reklamy zwykle sluza jedynie okolicznej rdzennej ludnosci. Widzielismy tradycyjne kanaly irygacyjne, ktore jeszcze uzywa sie by regulowac nawodnienie pol, proste kanaly w ziemi, jak sie uszkodza naprawia sie je za pomoca ziemi, robia spore wrazenie na zboczach gor, prosta „konstrukcja”, tradycyjna, w dalszym ciagu uzywana i dzialajaca. Holendrzy zaprosili nas na kolacje z kupionych wczesniej ryb, i zawiezli nas do Riobamba. W drodze posluchalismy sobie muzyki Quichua, jako ze przewodnicy, czlonkowie spolecznosci w ktorej Holendrzy pracowali, byli indígena i mowili tym jezykiem. Przy kilku okazjach podczas tej podrozy zamienilismy z nimi kilka zdan, i nauczylismy sie nowych slowek w Quichua.
Podsumowujac, nie bez trudnosci, ale udalo nam sie osiagnac cel, ktory sobie postawilismy. Wyszlismy na wysokosc okolo 5100 metrow. Widzac szczyt gory z tak bliska, postanowilismy, ze ktoregos dnia, jakos we wrzesniu, wrocimy tam z przewodnikiem i sprzetem, i zdobedziemy szczyt Chimborazo, 6290 metrow, najwyzszej gory w Ekwadorze.

5 comentarios:

  1. P.B.
    Wyjaśnij "turystyka społeczna". To tak jak ci Holendrzy? Jeśli dobrze zrozumiałem: przyjeżdżają, ale obok zwiedzania - pomagają lokalnej społeczności w normalnym funkcjonowaniu?

    ResponderEliminar
  2. Cos w tym rodzaju, turystyka spoleczna to turystyka majaca na celu poznanie kultury, zwyczajow itp, poprzez zycie przez chwile w danej spolecznosci i udzial w ich ceremoniach, a takze w pracach zycia codziennego - np wyrabianie naturalnej farby itd. Ogolnie idea jest swietna, niestety w wiekszosci wypadkow (przynajmniej tak wynika z doswiadczenia mojego i znajomych w Ekwadorze), ze wzgledu na dystans miedzy turystami i tubylcami, falszywa i pusta. Brak jest obustronnej checi zrozumienia, szacunku i zyczliwosci. Mam nadzieje ze z czasem to sie zmieni.

    ResponderEliminar
  3. Zazdroszcze Ci widoku tych Gor, Gor i Gor jeszcze raz ... :-)

    ResponderEliminar
  4. P.B.
    Apropos ceremonii... Ty juz wiesz co :P

    Jak ktos przyjezdza na tydzien czy dwa to nadal troche zabawa... A niewielu stac, by na powaznie poswiecic na cos takiego rok, dwa, wiecej. Zreszta jest tu wielka dwuznacznosc, bo "nasza cywilizacja" tak czy tak osiagnela sukces i probujac im "pomoc" mozemy nawet nieswiadomie przykrawac ich za bardzo na nasze podobienstwo. Samemu mozemy nie skorzystac na cudzej madrosci a jeszcze innym zabrac co maja wartosciowego, albo raczej pozwolic to wyrzucic.
    No i niestety wciaz powszechne jest, chyba w nas wszystkich, idealizowanie. Mit "szlachetnego dzikusa" (oczywiscie, niektorzy wierza raczej w "smierdzacego dzikusa", ale ostatnio jest to malo poprawne politycznie i popularne) sprawia, ze tez mozna troche za bardzo przeceniac drugiego czlowieka, jego dobra (i silna) wole, madrosc.
    To wszystko jest stapanie po grzaskim gruncie

    ResponderEliminar
  5. Nic dodac, nic ujac.... Pytanie, czy przypadkiem turystyka nie jest jedyna szansa na to, by niektore tradycje zachowac, chociaz w swojej straszliwie zdeformowanej formie, i czy tak lepiej czy o nich po prostu zapomniec... Niektore spolecznosci w nowoczesnym swiecie czesc swoich tradycji pielegnuja lepiej dla turystow, niestety ich sens gdzies powoli ginie, pozostaje fasada. jak to ujales, grzaski grunt, i pewne sprawy ciezko ocenic....

    ResponderEliminar