lunes, 29 de junio de 2009

Montañita, Puerto Lopez, wieloryby i Inti Raymi – weekend pelen wrazen

Niedlugo po powrocie z Galápagos poznalem fajna dziewczyne, ma na imie Andrea. Razem z nia postanowilismy sie wybrac na wybrzeze, aby milo spedzic czas. Sam chcialem juz od jakiegos czasu wybrac sie do Montañita, o ktorej mnostwo slyszalem, najbardziej turystyczny zakatek na Coscie, i do Puerto López, skad jak slyszalem mozna wziasc tour lodzia aby zobaczyc wieloryby Humbaki, co oczywiscie ciagnelo mnie najbardziej. Wybralismy sie w czwartek w nocy samochodem razem z Ruth i Yuberem, jej chlopakiem, ktorzy jechali odebrac rodzicow Ruth, ktorzy przylecieli ja odwiedzic, z lotniska. Poniewaz pomylilismy droge, spedzilismy w samochodzie 7 godzin w nocy – pomylka nie byla mala, jako ze odleglosci w Sierze sa spore. Jechalismy wiec przez Ozogoche, Alausi i Chunchi na poludnie, pozniej zjechalismy dopiero na Coste i stamtad na zachod do Guayaquil. Prowadzilem najgorszy kawalek drogi, od Alausi do Chunchi, gdzie nie ma asfaltu, droga jest straszna, i pelno jest ostrych zakretow, skal dookola, przepasci, a jedyne samochody jakie sie spotyka to ciezarowki – ci, ktorzy wiedza jak prowadze, moga sobie wyobrazic stres, w jakim znalezli sie moi wspolpodroznicy, ktorzy w Chunchi postanowili zabrac mi kierownice i dlugo nie chcieli jej oddac J Ale w koncu dotarlismy do Guayaquil, cali i zdrowi, gdzie nasze drogi sie rozeszly, Ruth i Yuber pojechali na lotnisko a my odwiedzilismy Ricardo, ktory udzielil nam noclegu. W piatek rano udalismy zdecydowalismy sie jechac do Montañita, i tak zrobilismy.
Montañita to piekne miejsce, ladna plaza, i sliczne miasteczko, z mnostwem turystow, wiec wlasciwie dwujezyczne, swietne miejsce by sie zrelaksowac i milo spedzic czas. Ale, to co jest jego zaleta, z drugiej strony jest wada – jest straszliwie turystyczne, wiec ceny sa podwojone w porownaniu z Ekwadorem. Poza noclegami – udalo nam sie znalezc jeden za 6 dolarow od osoby, proponowano nam za 5. Ten za 6 byl naprawde fajny, wiec go wzielismy. Wieczorem odwiedzilismy fajna knajpke, gdzie akurat byl koncert bluesowy, wiec milo spedzilismy czas. Wrocilismy do hotelu spac, poniewaz chcialem rano udac sie na tour zeby zobaczyc wieloryby. Niestety, mila pani, ktora nas zaprowadzila do tego hotelu, nie powiedziala nam, ze na przeciwko jest najwieksza dyskoteka w Montañita, calonocna, a obok inna. Spac wlasciwie nie spalismy. Niemniej rano wybralismy sie na tour, wykupiony w Montañita, ale wyruszajacy z Puerto López. Chcialem tez udac sie na inna wycieczke, na Isla de la Plata, nazywana Mini Galápagos (podczas tej wycieczki tez mozna zobaczyc wieloryby, jednak nie jest to zagwarantowane), ale niestety nie mialem kasy, wiec pozostaly nam „jedynie” wielkie ssaki.
Prywatnym samochodem udalismy sie do Puerto López, gdzie zorientowalismy sie w cenach lepiej. Mielismy szczescie, bo sami przeplacilismy tylko kilka dolarow, jakbysmy wzieli wycieczke na wyspe w Montañita, zaplacilibysmy podwojnie. Wsiedlismy na statek, i poplynelismy. Wieloryby robia ogromne wrazenie, zmienilem swoja koncepcje wielorybow i ich miejsca w oceanie, nieco podobnie jak wczesniej na Galápagos koncepcje ptakow morskich. Widzialem oslawiony wyskok wieloryba z wody, wszyscy na lodzi wydali z siebie cos na ksztalt cichego „oh”, albo „lal”. Wrazenie niesamowite. Ciekawe wrazenie robi tez tylnia pletwa, u ssakow ulozona poziomo, a u ryb generalnie pionowo, i gejzer wydalanej z organizmu wody. Mielismy szczescie zobaczyc dwa wieloryby Humbaki naprawde z bliska, kolo lodzi. Mam to na video, niestety wyskoku nie.... tylnej pletwy tez nie. Wydaje mi sie, ze nie jest latwo zobaczyc w zyciu zwierzeta wieksze od sloni (a Humbaki sa podobno 5 wzgledem wielkosci na swiecie, cztery pierwsze to oczywiscie rowniez gatunki wielorybow z Pletwalem Blekitnym na czele), i wrazenie jest niesamowite, wieloryby sa naprawde ciekawe i piekne.
Pozniej poplynelismy w poblize wyspy Salango, gdzie poplywalismy chwile uprawiajac snorkeling, pogdybalismy chwile nad znalezionymi na jednej skale mieczakami, ale nie widzielismy wiele ciekawych rzeczy – nie poplynelismy w poblize wyspy (blad) gdzie podobno byly ryby i korale, widzielismy dwie rybki i skorupiaki.
W drodze powrotnej, jednemu facetowi, ekwadorczykowi, zginal telefon, ktory zostawil pod opieka sternika. Poniewaz nie mial wielkiej szansy wypasc za burte, uwazal ze telefon zostal skradziony – rzecz ogolnie ciezka do pomyslenia na zamknietej, malej lodzi pelnej obcokrajowcow. Ostatecznie nikt nikogo nie przeszukiwal, i choc troche czas stracilismy, zeszlismy w koncu na lad.
Po tej wycieczce zdecydowalem, ze jesli bede mial mozliwosc, w sierpniu jade do Puerto López, biore tour na Isla de la Plata, a jesli nie zobacze wielorybow, to drugi raz tour im poswiecony.
Po powrocie do Montañita, poszlismy jeszcze chwile pospacerowac po plazy, i udalismy sie w droge powrotna do Guano. Dystans Guayaquil – Riobamba przebylismy w rekordowym czasie, 4,5 godziny, z szalonym kierowca busa, co chwila czujac sie jak kartofle przewozone z miejsca na miejsce. Rano, w niedziele, Intiraymi.
Intiraymi to fiesta na czesc slonca, ktora miala miejsce w Cacha, spolecznosci rdzennej ludnosci 8 kilometrow od Riobamba. Tance i piesni ludowe, male muzeum, i typowe potrawy. Co do tancow, przyjechalismy troche pozno i widzielismy jedynie ostatni. Ogolnie bylo bardzo ciekawie.
I jedno dodatkowe doswiadczenie – to, czego nie moglismy juz zjesc, zeby nie wyrzucac, zostawilismy kilku kobietom indígena. Bardzo chetnie wziely, przypuszczam ze czesc z tego wezma do domu. Dla nich fiesta, gdzie rozdaja jedzenie za darmo, jest waznym wydarzeniem, ktore staraja sie wykorzystac jak najlepiej, jako ze niejednokrotnie zyja w skrajnej biedzie. Podejrzewam, ze tutaj ogolnie zjesc cos, co ktos zostawil i ci zaoferowal (zwlaszcza obcy), nie ma az tak negatywnego znaczenia jak w Polsce, ale nie jestem pewien. Zaoferowal im to Ekwadorczyk Yuber z cala szczeroscia dzielenia sie zamiast wyrzucania i bez zadnej checi ujecia im czegokolwiek, a one to zaakceptowaly dziekujac, zwlaszcza w swojej prawdopodobnie trudnej sytuacji. Nie wiem czy sie nie myle, ale mam wrazenie, ze w Polsce sa bardzo male szanse, aby cos takiego przeszlo, sytuacja musialaby byc raczej skrajna. A moze wlasnie ta rowniez byla skrajna....

2 comentarios:

  1. P.B.
    A jak Twoja nauka jezykow rdzennych?

    ResponderEliminar
  2. Idzie do przodu. Z bolem i trudnosciami, ale idzie. Obecnie, w Perú, przekonuje sie, jak inne sa od siebie Quichua i Quechua, na obecnym poziomie wiedzy ciezko mi sobie wyobrazic, jak dwie osoby moglyby sie porozumiec (co oznacza ze ucze sie jezyka ktorym posluguje sie niewielka grupa ludzi...), ale znow - wiem niewiele, mozliwe ze dwoch native speakerow (;)) moze sie dogadac. Ponoc tak, ale nie jestem taki pewny...

    ResponderEliminar